Wyjdę tylko na 10 minut po śmietanę, przecież śpi

/ 19 sierpnia

W Polskim prawie jest wciąż wiele niejasności co do wieku, w którym pozostawienie dziecka w domu bez opieki dorosłego nie jest przestępstwem. Kwestia ta bardzo często okazuje się być źródłem sporu wśród mam. Na pewno wszyscy pamiętamy czasy, kiedy samodzielnie wracaliśmy ze szkoły. Nie było to nic nadzwyczajnego. Dziecko w wieku szkolnym powinno być w miarę samodzielne. Co jednak z maluchami? Okazuje się, że sporo mam zostawia je w domu na czas robienia zakupów, nawet te kilkumiesięczne. Bo jest upał albo śnieżyca, a śmietana do zupy musi być. Maluch w końcu smacznie śpi, a sprawunki zajmą maksymalnie 10-15 minut. W końcu wszyscy wiedzą, jak wygląda taka wyprawa z dzieckiem. Coś, co zwykle zajmuje nam parę minut, z maluchem może przedłużyć się do godziny. 


Każdy postępuje jak uważa, ale moim zdaniem pozostawienie dziecka samego w domu, aby wybrać się na zakupy, nie jest rozsądne. Nie mówię o tym, aby nie skorzystać z łazienki czy nie wywiesić prania - nawet jeśli wyjdziesz na balkon albo przed dom to ciągle tak, jakbyś była w domu. A jednak wyjście do sklepu, nawet blisko, to dla mnie coś innego.
Może znasz dobrze swoje dziecko i wiesz, że jak uśnie, będzie spać godzinę albo dwie, ale czasem zdarza się tak, że los robi nam na złość. Maluch się obudzi i będzie wystraszony. Dla Ciebie to może być 10 minut - co to jest, a jednak dla dziecka, które zanosi się od płaczu, to cała wieczność. W drodze do sklepu może Ci się coś stać i nie będziesz w stanie powiedzieć, że w domu jest dziecko. Dodatkowo zostawienie małego dziecka samego w domu może mieć konsekwencje prawne. 

Dzieci mają różne pomysły, są ciekawe świata, testują, smakują. Może wcale nie płakać, gdy się obudzi, ale po którejś próbie wypadnie z łóżeczka. Szczerze mówiąc, o tym, że moje dziecko potrafi wyjść z łóżeczka dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy z niego po prostu wyszło. :-) Niektóre dzieci mają niebezpieczne albo szalone pomysły. Kiedyś, gdy miałam kilkanaście lat, zostałam sama w domu z 3-latkiem. Smażyłam w kuchni kotleta, a gdy wróciłam, na stole leżały różne elementy - rozkręcił lampkę na części pierwsze.  Wtedy naprawdę nie spodziewałam się, że taki berbeć na coś takiego wpadnie, a tego, że będzie umiał to rozkręcić, to już w ogóle.
Dziecko może wejść na parapet i majstrować przy klamce tak długo, aż w końcu otworzy okno. Może wspiąć się na komodę, która nie jest przykotwiczona i na nie spadnie. Może posmakować chemii do czyszczenia łazienki.
Może Twoje dziecko nie ma głupich pomysłów, ale pomyśl, co się stanie, gdy ktoś włamie się do domu i nie będzie mieć sumienia. Albo wadliwa instalacja elektryczna spowoduje pożar. 

Jasne, to wszystko może się stać, gdy będziesz w domu, w pokoju obok, w łazience, a nawet w tym samym pokoju. Jednak jeśli jesteś obok, masz szansę w jakiś sposób zareagować, wezwać pomoc, działać. Jeśli Cię nie ma, to nie zrobisz nic, niezależnie od tego, co się wydarzy.
Ja na przykład nie wybaczyłabym sobie, jeśli któraś z tych rzeczy by się wydarzyła, a w tym czasie stałabym w kolejce do kasy. 

Każdemu z nas wydaje się, że jest wyjątkowy. Choroba, śmierć, nieszczęśliwe przypadki przydarzają się jedynie w wiadomościach, komuś nieznajomemu lub dalekiemu. Nie blisko nas, na drugim końcu miasta. Mam wrażenie, że to taka życiowa brawura. Nie jesteśmy w stanie uniknąć wszystkich złych rzeczy. Po prostu się nie da, ale po co kusić los w ten sposób? 

Nie chodzi o to, aby zawsze przebywać z dzieckiem w jednym pomieszczeniu. Kilkulatek zazwyczaj biega po całym mieszkaniu, a Ty przecież nie będziesz go śledzić 24 godziny na dobę, ale jednak jesteś za ścianą, kilkanaście metrów dalej. Masz szansę usłyszeć ciszę. Jeśli wyjdziesz do sklepu, to niestety nie. 

Zanim wyjdziesz, zastanów się, czy rzecz, którą musisz kupić, naprawdę nie może poczekać na to, aż dziecko się obudzi i pójdziecie po nią razem. Czy ta śmietana, mleko albo pomidor są na tyle istotne, aby biec na zakupy z duszą na ramieniu, denerwować się, czy dziecko przypadkiem w tym czasie nie wstało, nie płacze czy nie zrobiło sobie krzywdy?

W Polskim prawie jest wciąż wiele niejasności co do wieku, w którym pozostawienie dziecka w domu bez opieki dorosłego nie jest przestępstwem. Kwestia ta bardzo często okazuje się być źródłem sporu wśród mam. Na pewno wszyscy pamiętamy czasy, kiedy samodzielnie wracaliśmy ze szkoły. Nie było to nic nadzwyczajnego. Dziecko w wieku szkolnym powinno być w miarę samodzielne. Co jednak z maluchami? Okazuje się, że sporo mam zostawia je w domu na czas robienia zakupów, nawet te kilkumiesięczne. Bo jest upał albo śnieżyca, a śmietana do zupy musi być. Maluch w końcu smacznie śpi, a sprawunki zajmą maksymalnie 10-15 minut. W końcu wszyscy wiedzą, jak wygląda taka wyprawa z dzieckiem. Coś, co zwykle zajmuje nam parę minut, z maluchem może przedłużyć się do godziny. 


Każdy postępuje jak uważa, ale moim zdaniem pozostawienie dziecka samego w domu, aby wybrać się na zakupy, nie jest rozsądne. Nie mówię o tym, aby nie skorzystać z łazienki czy nie wywiesić prania - nawet jeśli wyjdziesz na balkon albo przed dom to ciągle tak, jakbyś była w domu. A jednak wyjście do sklepu, nawet blisko, to dla mnie coś innego.
Może znasz dobrze swoje dziecko i wiesz, że jak uśnie, będzie spać godzinę albo dwie, ale czasem zdarza się tak, że los robi nam na złość. Maluch się obudzi i będzie wystraszony. Dla Ciebie to może być 10 minut - co to jest, a jednak dla dziecka, które zanosi się od płaczu, to cała wieczność. W drodze do sklepu może Ci się coś stać i nie będziesz w stanie powiedzieć, że w domu jest dziecko. Dodatkowo zostawienie małego dziecka samego w domu może mieć konsekwencje prawne. 

Dzieci mają różne pomysły, są ciekawe świata, testują, smakują. Może wcale nie płakać, gdy się obudzi, ale po którejś próbie wypadnie z łóżeczka. Szczerze mówiąc, o tym, że moje dziecko potrafi wyjść z łóżeczka dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy z niego po prostu wyszło. :-) Niektóre dzieci mają niebezpieczne albo szalone pomysły. Kiedyś, gdy miałam kilkanaście lat, zostałam sama w domu z 3-latkiem. Smażyłam w kuchni kotleta, a gdy wróciłam, na stole leżały różne elementy - rozkręcił lampkę na części pierwsze.  Wtedy naprawdę nie spodziewałam się, że taki berbeć na coś takiego wpadnie, a tego, że będzie umiał to rozkręcić, to już w ogóle.
Dziecko może wejść na parapet i majstrować przy klamce tak długo, aż w końcu otworzy okno. Może wspiąć się na komodę, która nie jest przykotwiczona i na nie spadnie. Może posmakować chemii do czyszczenia łazienki.
Może Twoje dziecko nie ma głupich pomysłów, ale pomyśl, co się stanie, gdy ktoś włamie się do domu i nie będzie mieć sumienia. Albo wadliwa instalacja elektryczna spowoduje pożar. 

Jasne, to wszystko może się stać, gdy będziesz w domu, w pokoju obok, w łazience, a nawet w tym samym pokoju. Jednak jeśli jesteś obok, masz szansę w jakiś sposób zareagować, wezwać pomoc, działać. Jeśli Cię nie ma, to nie zrobisz nic, niezależnie od tego, co się wydarzy.
Ja na przykład nie wybaczyłabym sobie, jeśli któraś z tych rzeczy by się wydarzyła, a w tym czasie stałabym w kolejce do kasy. 

Każdemu z nas wydaje się, że jest wyjątkowy. Choroba, śmierć, nieszczęśliwe przypadki przydarzają się jedynie w wiadomościach, komuś nieznajomemu lub dalekiemu. Nie blisko nas, na drugim końcu miasta. Mam wrażenie, że to taka życiowa brawura. Nie jesteśmy w stanie uniknąć wszystkich złych rzeczy. Po prostu się nie da, ale po co kusić los w ten sposób? 

Nie chodzi o to, aby zawsze przebywać z dzieckiem w jednym pomieszczeniu. Kilkulatek zazwyczaj biega po całym mieszkaniu, a Ty przecież nie będziesz go śledzić 24 godziny na dobę, ale jednak jesteś za ścianą, kilkanaście metrów dalej. Masz szansę usłyszeć ciszę. Jeśli wyjdziesz do sklepu, to niestety nie. 

Zanim wyjdziesz, zastanów się, czy rzecz, którą musisz kupić, naprawdę nie może poczekać na to, aż dziecko się obudzi i pójdziecie po nią razem. Czy ta śmietana, mleko albo pomidor są na tyle istotne, aby biec na zakupy z duszą na ramieniu, denerwować się, czy dziecko przypadkiem w tym czasie nie wstało, nie płacze czy nie zrobiło sobie krzywdy?

Continue Reading

Trzy, dwa, jeden, start!

Pokażę Wam, jak zrobić lody – marzenie. Nie tuczą, nie plamią i mają baaardzo długi okres przydatności. Przygotujcie się na najładniejsze lody, jakie zobaczycie tego lata!

Nazywam się Agnieszka Partyka, prowadzę blog z pomysłami SamaRobie.pl i jest mi ogromnie miło, że Ania zaprosiła mnie do napisania posta gościnnego u siebie.


Lody z płatków kosmetycznych – łatwa praca plastyczna dla dzieci.

Lody z płatków kosmetycznych pokazał mi syn. W przedszkolu prace wykonywały 4-latki a w domu moi chłopcy zrobili własne. Wykonanie lodów sprawi frajdę dzieciom w różnym wieku – starszaki zrobią je samodzielnie, a maluchy z większą pomocą dorosłych.

Pracę najlepiej jest rozłożyć na dwa dni – trzeba odczekać, aż płatki wyschną po malowaniu. Samo wykonanie lodów jest szybkie i na pewno nie znudzi dzieci.



Materiały
płatki kosmetyczne
farby plakatowe + pędzel
beżowy papier na wafelek
kolorowa kartka A4 (tło)
klej do papieru w sztyfcie
klej z brokatem



Płatki kosmetyczne barwi się rozcieńczonymi farbami. My użyliśmy mokrych pędzli, ale można też wyciskać roztwór z pipety albo z pojemnika po soli fizjologicznej.

Wskazówka
Sprawdźcie, czy na Waszych płatkach jest odciśnięty wzór. Nasze miały wzorek w kwiaty, ale w pracach pokazaliśmy gładką stronę.




Rożki do lodów wycięliśmy z kartki z bloku rysunkowego. Podstawa rożka ma 8 cm, a wysokość – 12 cm. Rożek i gałki lodów układa się na kartce a później przykleja klejem w sztyfcie. Polewę robi się z kleju z brokatem.






Przygotowanie lodów to dla dzieci miła odskocznia od wakacyjnej rutyny. Barwienie płatków dostarcza mnóstwa śmiechu, a samodzielna praca daje maluchom ogromną satysfakcję. Moim dzieciom zabawa z płatkami tak się spodobała, że na pewno nie jest to nasz ostatni pomysł tego typu.

Agnieszka Partyka – mam 30 lat. Wykształciłam się na biotechnologa, ale nie wiem, co będę robić kiedy dorosnę. Na razie mam dwóch synów – 4 i 7 lat, męża i 5 kotów. SamaRobię to mój blog DIY, ale tak się składa, że najwięcej wpisów to pomysły na prace plastyczne dla dzieci i na ładne ciasteczka.

----

Agnieszka z SamaRobie.pl uwielbia prace plastyczne i majsterkowanie. Tworzy przedmioty użytkowe, ozdoby okolicznościowe i rzeczy bez przeznaczenia. Pociąga ją wszelki recycling i odnawianie starych przedmiotów. Jest mi bardzo miło, że mogłam ugościć Agnieszkę na swojej stronie. :-)
Polecam z całego serca blog Agnieszki. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji na zabawy plastyczne z dziećmi. Nie zapomnijcie polubić fanpage bloga Sama Robię - DIY, prace plastyczne, majsterkowanie, ciasteczka, aby być na bieżąco z nowymi tutorialami i pomysłami.
                                                                                                                        Matka w pigułce


W dniach 1-7 sierpnia trwa światowy tydzień karmienia piersią, którego organizatorem jest World Alliance Breastfeeding Action. Mleko mamy jest najlepszym, jakie można dać dziecku. Jednak ideały to jedno, a później wychodzi różnie. Kiedyś myślałam, że karmienie piersią przychodzi całkowicie naturalnie - co to za sztuka. Wystarczy podać dziecku pierś, a ono będzie jadło, i tyle. Ot, cała filozofia. Okazało się, że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Nie będę tu pisać o morderczej walce o KP, ani o tym, że mleko modyfikowane jest demonizowane. A o czym? O mamach Karmiących Piersią Inaczej.


Nie będę się rozwodzić nad tym, dlaczego się nie udało. Nie będę też wyrzucać sobie, że się poddałam bardzo szybko. Było to dawno i w tej chwili nie ma to większego znaczenia. Temat karmienia piersią przestał wywoływać u mnie jakiekolwiek emocje. Może dlatego, że jest mocno nieaktualny. Chciałam napisać o mamach karmiących piersią inaczej, bo taką mamą 4 lata temu się stałam. Utrzymywałam laktację przy pomocy samego laktatora. Mówili, że to niemożliwe, a jednak się udało przez ok. 5 miesięcy. Później przestawiłam dziecko na mleko modyfikowane, ale nie z tego powodu, że moje Karmienie Piersią Inaczej nie podziałało.  

Jak wygląda dzień mamy KPI? Pewnie podobnie, jak w przypadku mamy karmiącej piersią, ale co 3 godziny trzeba zrobić sobie randkę z laktatorem. Utrzymywanie laktacji w ten sposób jest trudne, ale nie jest niemożliwe. Na pewno nie można pomijać żadnej sesji odciągania pokarmu, bo wtedy ciało otrzymuje sygnał, że to mleko po prostu jest niepotrzebne i produkcja spada. U mnie sprawdził się laktator elektryczny Medela. Warto wspomnieć, że miałam kilka laktatorów, ale nie mogłam nimi odciągnąć nawet pół kropli mleka. Udało się dopiero Medelą.

Wypróbowałam dwie metody odciągania mleka laktatorem. 

  • Metoda odciągania pokarmu 775533
Polega ona na odciąganiu mleka najpierw z pierwszej piersi przez 7 minut, następnie z drugiej przez taki sam okres czasu. Po tym wraca się znów do pierwszej i odciąga przez 5 minut, to samo z drugą. Następnie znów pierwsza - 3 minuty, później 3 minuty druga.

  • Metoda 15-15
Najpierw 15 minut z jednej, a później 15 minut z drugiej. Jeśli ktoś ma do dyspozycji podwójny laktator - ma komfort odciągania z obu piersi jednocześnie. Gdy chciałam zwiększyć ilość produkowanego mleka, wydłużałam sesję z laktatorem o 2-5 minut, mimo że chodził wtedy na sucho.

Bardziej sprawdziła się metoda druga. W pierwszej trzeba skrupulatnie pilnować czasu i zdarza się zapomnieć o zerknięciu na zegarek. Teraz na pewno skorzystałabym z jakiejś aplikacji w telefonie, która pomaga wymierzyć ten czas i informuje o zmianie piersi. Wtedy nie wpadłam na ten pomysł. 

Przechowywanie odciągniętego mleka - jak to rozwiązałam

Odciągnięte mleko trzymałam w lodówce w plastikowych pojemnikach. Można kupić specjalne pojemniki do przechowywania mleka. Najważniejsze, aby pokarmu kobiecego nie przechowywać w szklanych naczyniach, żeby nie stracił swoich właściwości. Świetnym rozwiązaniem wydają się pojemniki na mocz z apteki i przez krótki czas używałam ich jako pojemniki na pokarm, dopóki nie przeczytałam o Bisofenolu A, a nie miałam pewności, czy tworzywo, z którego są zrobione, nie zawiera właśnie tego mocno rakotwórczego składnika. Dlatego uważam, że do przechowywania pokarmu najlepiej korzystać z dedykowanych temu pojemników. Jeśli chodzi o podgrzewanie - tylko w kąpieli wodnej i do temperatury 37 stopni. 
Co ważne, nie powinno się mieszać w jednej porcji mleka z lodówki i mleka w temperaturze pokojowej lub ciepłej. Jeśli chcemy zmieszać dwie porcje mleka z piersi, odciągnięte w różnych godzinach, powinny być w takiej samej temperaturze - najlepiej obie schłodzone wcześniej w lodówce. 

Dobry podział mleka do lodówki to podstawa

Staraj się rozsądnie porcjować w lodówce odciągnięty pokarm. Jeśli odciągniesz 100 ml, a dziecko na jeden raz zjada 50 ml, lepiej rozlać to na dwa osobne pojemniki. Mleko po wyjęciu z lodówki ma określony czas ważności - drugie 50 ml może się po prostu zmarnować. Jeśli dziecko przykładowo zjada ok. 70 ml, a ja przy jednej sesji odciągnęłam 100 ml, rozlewałam mleko na 3 pojemniczki - 50 ml, 25 ml, 25 ml. Z jednego pojemnika, w którym było 25 ml pokarmu, mogłam skorzystać przy kolejnym karmieniu lub dogrzać na dokładkę, jeśli była taka potrzeba.
Do każdego pojemnika w lodówce przyczepiałam datę i godzinę odciągnięcia i w pierwszej kolejności  brałam te z najstarszym mlekiem. 
Mleko w lodówce można przechowywać 2-5 dni i najlepiej w głębi półki, bo tam temperatura jest stała w odróżnieniu od drzwi, które co chwilę się otwiera. W temperaturze pokojowej możemy je przechowywać do 8 godzin, ale w sezonie wiosna/lato, gdy są upały, czas ten skraca się o połowę. 
Niedojedzone mleko powinno się wylać. Stąd też dobry podział do lodówki to podstawa. Ja trzymałam się zasady, że nigdy nie chłodziłam i nie podgrzewałam dwa razy jednej porcji mleka. W pokarmie mogą namnażać się bakterie, dlatego ważne jest trzymanie się zasad jego przechowywania. Między innymi z tego powodu w pierwszych tygodniach życia dziecka wrzucałam laktator do sterylizatora po każdym użyciu. Później robiłam to raz dziennie. 

Jakie są plusy i minusy KPI?

Minusem jest to, że zajmuje dużo czasu i energii na dodatkowe czynności. Jeśli karmisz piersią, dziecko ma zawsze gotowy pokarm w idealnej temperaturze. Nie musisz piersi zmywać i sterylizować. :-) Jeśli znów karmisz MM, przygotowanie mleka trwa 5 minut, później wystarczy tylko umyć i wysterylizować butelkę i smoczek. Jeśli karmisz piersią inaczej, musisz ten pokarm najpierw odciągnąć - jest to ok. 30 minut co 3-4 godziny, to naprawdę dużo czasu. Później przecież trzeba wyczyścić laktator, przygotować mleko do chłodzenia (lub bez tego, jeśli podasz je w przeciągu najbliższych kilku godzin - ja jednak odciągałam zawsze na zapas), potem w razie potrzeby odgrzać, nakarmić dziecko i znów myć pojemniki i butelki. Jeśli masz w domu noworodka, który tylko je i śpi (tak było w moim przypadku), jesteś w stanie to ogarnąć, choć Twój świat tak naprawdę kręci się wokół odciąganie, karmienia i zmywania. Gorzej, jeśli Twój noworodek jest typem high need baby - tutaj wybór jest naprawdę trudny i wydaje mi się, że w takim przypadku przeszłabym na to MM zamiast KPI, bo przecież nie powiesz dziecku, że go nie będziesz nosić i kołysać na rękach, bo musisz odciągać mleko. Gdy dziecko jest starsze, pokarm odciąga się coraz trudniej. Każda sesja z laktatorem wydziera czas, który mogłabyś poświecić na spacer, zabawę z dzieckiem czy jeszcze coś innego. Dziecko mniej śpi, jest ciekawsze świata i chce mieć mamę przy sobie, a nie brzęczący sprzęt. Nawet przy dobrej organizacji z każdym miesiącem będzie Ci coraz trudniej i trudniej. W tym momencie zaczniesz się zastanawiać, czy to ma sens. Nie dam Ci dobrej odpowiedzi. Życie to sztuka wyborów i nikt nie powiedział, że mają być proste.
Plusem KPI jest to, że mimo przeciwności losu, dostarczasz dziecku najlepszy pokarm na świecie, przeciwciała i całe mnóstwo składników odżywczych. Niektórzy mówią, że tylko karmiąc piersia można zapewnić dziecku prawdziwą więź i bliskość. Ja jednak uważam, że najważniejsze, aby karmic je z miłością po prostu. Karmiąc butelką też będziesz przytulać je do piersi.

Nie napisałam tego, aby jakoś szczególnie promować karmienie piersią inaczej. Chciałam jednak pokazać, że można i w ten sposób. Może trafi tu ktoś szukający odpowiedzi na pytanie, czy da się utrzymać laktację samym laktatorem. Może ten wpis pomoże podjąć decyzję, czy warto spróbować KPI, jeśli nie widać przyszłości dla karmienia piersią. Napisałam, jak to wygląda od kuchni. Tak życiowo. Bez zbędnego lukru i wstawek z heroizmem laktacyjnym w roli głównej. Moim zdaniem warto podjąć taką próbę przed przestawieniem dziecka na 100 procent mleka modyfikowanego. Nawet jeśli ma być to jedna porcja odciągniętego mleka dziennie - ona też ma znaczenie. Nie będę gloryfikować właściwości pokarmu matki - jestem przekonana, że wszyscy, a w szczególności mamy karmiące dzieci mlekiem modyfikowanym, mają tego dość po samą kokardę. Internet jest pełen takich informacji. Nie będę też demonizować mleka modyfikowanego - wychowało się na nim niejedno dziecko i założę się, że połowa z nas nigdy nawet nie zastanawiała się nad tym, czym była karmiona. Najważniejsze, aby w tym wszystkim znaleźć jakiś punkt, jakąś ostoję, której się złapiesz, gdy będzie Ci trudno. Musisz wyłożyć sobie to w głowie i rozsądnie przemyśleć, kiedy warto powalczyć, a kiedy lepiej odpuścić.
Zasadzone drzewka, krzaki, kwiatki. Wypielęgnowana zieleń. Starannie przystrzyżona trawa. Wielki zakaz deptania, zerwania listka. Wszędzie estetycznie ułożona kostka, chodniczki. Zakaz biegania, jeżdżenia na rowerze, zachowywania się niekulturalnie i po wiochmeńsku. Niemałe przestrzenie patio, na których trzeba siedzieć cicho, bo niesie się echo i przeszkadza, więc najczęściej i tak nie ma tam życia. Prowizoryczny plac zabaw z piaskownicą i bujanym kogucikiem. Niby wszystko jest, do tego ładne i estetyczne, takie do patrzenia, żeby cieszyło oko, a jednak brakuje jednej rzeczy - miejsca na zwyczajne dzieciństwo. Nowoczesne blokowiska XXI wieku. 

Czasem robi mi się smutno, bo pamiętam czasy, kiedy nikt nie robił pomnika z trawy i relikwii z kawałka asfaltu, na którym rysowaliśmy kamieniami, bo kto by miał kredę. Biegaliśmy po trawie, chowaliśmy się za drzewami, stawialiśmy domki z płacht na podwórku, o ile na sznurkach do prania nie schły gacie i spółka. Co prawda nie było to blokowisko, a kamienica wielorodzinna, jedna z kilku jej podobnych, stojących w rzędzie. Jednak wciąż budynek przeznaczony dla wielu rodzin. Podwórko sąsiedniej kamienicy nazywaliśmy "drugim podwórkiem". Tam, podobnie jak na naszym, bawiły się dzieci. Graliśmy w piłkę - kopaliśmy, a brama była bramką. Czasem rzucaliśmy piłką o ścianę kamienicy w wyznaczony punkt, który udawał kosz. Nikomu nie przeszkadzało, bo od tej strony i tak była jedynie klatka schodowa bez okien. I szara, surowa ściana, na której kiedyś rozstrzelano ludzi. W czasach, których nie znam, na szczęście. Jedynie z opowiadań starszych ludzi, po tym jak kopiąc w ziemi znalazłam guzik żołnierza. Trudno uwierzyć, że z naszego domu został tylko ułamek po bombardowaniu i tam, gdzie wisiało pranie, wcześniej mieszkali ludzie, którzy zasnęli na zawsze pod gruzem po którymś z nalotów. Nie pamiętam, czy komukolwiek z nas, dzieci, zdarzyło się wybić szybę w oknie. Mimo wszystko nikt nam nie zabraniał gry w piłkę. Po prostu trzeba było uważać i każdy to wiedział.

I nie wiem, może teraz jest inna trawa, że niszczy się od stąpania, a może to trawa z mojego dzieciństwa była jakaś dziwna. Zdeterminowana, aby rosnąć, splatać w miękki dywan, któremu nasze stopy nie robiły różnicy. Dopiero, gdy u mieszkańców budynku pojawiły się pierwsze samochody, trawa zmarniała. My zrobiliśmy się już tacy duzi, za dorośli, za bardzo zajęci poważnymi sprawami, a ona z każdym rokiem nikła w oczach. Nikt już po niej nie biegał i zarówno ona, jak i gęsto rosnące w niej stokrotki stały się bladą pocztówką w mojej głowie, którą nie wiedzieć czemu, właśnie dziś ktoś do mnie przysłał. 

Letnimi wieczorami nasze mamy i babcie wychodziły na podwórko posiedzieć i porozmawiać, a my dzięki temu mogliśmy się dłużej bawić. Nikomu nie przeszkadzało, że ktoś robi grilla czy ognisko. Zrywaliśmy prosto z krzaczków porzeczki i agrest. Kolega wrzucił je do garnka, wlał wody i nad ogniem zrobiliśmy kompot, zagryzając czarnymi ziemniaczkami z ogniska.

Kiedyś przycięto krzaczory, więc gałęzi było sporo. Po naradzie dorosłych na środku podwórka wzniósł się dumnie wielki szałas z liściastych gałęzi, w którym bawiliśmy się bardzo długo. Pomieścił na spokojnie kilka osób. Nasza baza. I nawet nie trzeba było do domu biegać po picie, bo było w studni.

Biegaliśmy, hałasowaliśmy, schodami w górę i w dół, jeździliśmy rowerkami. Zerwane listki z drzew zmieniały się w banknoty do zabawy w sklep. Ostatnio w necie ktoś wrzucił zdjęcie gałganu - prowizorycznego domku z zasłony czy koca na gałęzi, stoliczka, ławeczki - dzieci bawiły się gdzieś w krzakach za blokami. Dowiedziałam się, że to śmiecenie, brak kultury i jak można pozwolić dzieciom na robienie czegoś takiego. Byłam tylko obserwatorem wpisu, bo jakoś nie lubię udzielać się na takie tematy.

Nie lubię, bo pewnie dowiedziałabym się, że jestem z wiochy czy innego grajdoła, przyjechałam do wielkiego miasta i mam wyjąć słomę z butów, bo to nie moje podwórko z krowimi plackami. Dowiedziałabym się tego od ludzi, którzy już zapomnieli, jak to jest być dzieckiem.

Sęk w tym, że jestem z Warszawy i moje dzieciństwo, które tu opisałam,  wydarzyło się w stolicy właśnie.

Jest pochmurny dzień. Przemierzamy nowe osiedle, może tutaj osiądziemy, ale ja chcę uciekać. Równe chodniczki, estetyczne trawniczki, przycięte krzewy. Jakoś mi tu źle. Czytam te zakazy i nakazy. Zakaz jeżdżenia na rowerku i rolkach wokół bloku. Wszystko wygląda jak mini miasteczko z uliczkami. Pytam jeszcze, czy jest zakaz wieszania prania na balkonie, bo wiem, że się zdarza.
- Wie pani, to już nie jest nigdzie ujęte, wynika to z kultury.
Czuję się jak moje buty ze słomą odmawiają posłuszeństwa. Idziemy, ale ze mnie wiochmen. Czy ja się kiedyś zmienię?

Piękna wizualizacja. Tu będzie to, tu będzie tamto. Oglądamy domki szeregowe. To coś jak mieszkanie w bloku, ale po prostu dwupoziomowe i jest malutki ogródek wielkości balkonu. Takich domków w rzędzie jest kilka, podobnie jak samych rzędów.
- Mi się podoba ten z drzewem. Wspaniale byłoby mieć blisko takie drzewo. - wskazuję na wizualizację.
- Chyba pani żartuje! To tylko wizualizacja. Tu nie ma i nie będzie żadnego drzewa. Co pani? Po co pani drzewo? Ludzie nie chcą drzew, bo trzeba grabić! Haha!
Nie wiem, co powiedzieć. Całe życie z choinki urwana, z księżyca spadziona (Upadła? Spadnięta? Ten polski to czasem skomplikowany język, zwłaszcza jak się pisze nocami).

Wyprawkę przedszkolaka zazwyczaj kompletuje się na początku roku szkolnego. Może wyglądać różnie w zależności od przedszkola. W większości jest to po prostu składka na materiały plastyczne, a rodzice przynoszą jedynie rzeczy osobiste i higieniczne. W naszym przedszkolu jest inaczej. Otrzymujemy listę z przedmiotami, które kupujemy we własnym zakresie. W zeszłym roku była ona bardzo długa. Za same materiały plastyczne zostawiłam w papierniczym ok. 300 zł. Szok i niedowierzanie.

wycieczka rowerowa po Warszawie

Wychowałam się w Warszawie, ale nie w jej centrum, a na obrzeżach. Stolica kojarzy mi się z korkami, tłokiem, hałasem i pośpiechem. Miasto cały czas ewoluuje. Od czasu, kiedy jeszcze swobodnie po nim jeździłam, autobusy zmieniły trasy i numery, wszystko jest inne. Dziś muszę tak planować każdą podróż, aby nie mieć niespodzianki, gdy autobus zawiezie mnie gdzieś indziej niż miałam w zamiarze. Chyba że... jadę rowerem. Wtedy jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeszcze nigdy Warszawa nie była tak przyjazna rowerzystom jak teraz, o czym miałam okazję się przekonać.

Depresja poporodowa - baby blues - objawy depresji poporodowej - kiedy mija baby blues

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała przygnębienie. Jej nowo narodzona córeczka chciała jeść, otwierała buzię i szukała piersi, a ona nie umiała jej przystawić. Alutka była głodna i strasznie płakała. Z pomocą przyszła położna, wiele prób zakończonych niepowodzeniem. Jakby było coś więcej, jakaś niechęć i blokada, że nie uda się i koniec. Agnieszka w szpitalu była przez większość czasu sama - wiadomo, godziny odwiedzin są ograniczone, a rodzina najwidoczniej miała inne plany. Od dłuższego czasu układało się między nimi niespecjalnie. Agnieszka nie jadła, choć była wyczerpana ogromnym wysiłkiem, jakim jest poród. Dosłownie nic nie przechodziło jej przez gardło. I to przygnębienie, które nie mijało. Inne mamy tak spontanicznie uśmiechały się do swoich dzieci, tuliły je, kołysały. Tylko nie ona. Nie mogła. To pewnie Baby Blues. W końcu tyle się o tym mówi, pisze, czyta. Huśtawka emocjonalna, która minie, i tyle. Tak myślała. 

Ciastolina, masa solna, kreatywne zabawy z dzieckiem.

Zabawa masą plastyczną rozwija wyobraźnię i ćwiczy zdolności manualne. Jej największą zaletą jest duże pole do popisu - można bawić się w naleśnikarnię, piec ciastolinowe babeczki, robić pizzę, figurki, wycinać kształty, wałkować, ugniatać. Na pewno prędko się nie znudzi. Moja córka lubi zabawę ciastoliną. Jednak zdarza się, że dziecko nie domknie pudełeczka, a kulka ciastolinowa stwardnieje. W tym przypadku przydaje się umiejętność improwizacji. :-) Jeśli lubisz eksperymentować, ciastolina z domowych składników do zrobienia jest banalnie prosta. Miłej zabawy! 

Kilka słów o dziecku w górach. W tym roku latem wyjątkowo nie wyjeżdżamy na urlop. Nie powiem, że nie jest nam smutno z tego powodu, ale czasem tak bywa. Nadrobimy później. Do tej pory zazwyczaj jeździliśmy w Tatry. Mowa oczywiście o czasach sprzed dziecka. Wolny weekend? Tatry! Długi urlop? Tatry! Z grafiku wypadały 4 dni wolnego? Tatry! Kilka razy do roku Tatry. Choć mieszkamy na Mazowszu, długa droga nie była nam straszna i za każdym razem czułam tę samą ekscytację w oczekiwaniu na znajomy widok. Zaraz będzie widać góry, jeszcze tylko chwila, hurra! Gdyby tak można było zacząć wszystko inaczej, mieszkałabym w Tatrach. To jest marzenie mojego życia. Choćby nawet w przyczepce. Taki mamy plan na życie, to po 60-tce, tylko czy sił starczy? Zazwyczaj wybieraliśmy to samo miejsce. Ten sam mały, drewniany domek. Za to my za każdym razem przyjeżdżaliśmy tam inni.

Przestań płakać, przestań się złościć, zacznij to robić, nie rób tego, uspokój się, nie krzycz. Znasz? Na pewno każdy z tych zwrotów wypowiedziałaś więcej niż sto razy. Pamiętasz, co się wtedy stało? Były niczym zaproszenie do kontynuacji i spotęgowania tego, co aktualnie robiło dziecko, a Ty wkurzyłaś się albo zniecierpliwiłaś jeszcze bardziej. Wynikła z tego jeszcze większa złość, tym razem obustronna. Jak sobie poradzić, gdy dziecko nie chce Ciebie słuchać, nie współpracuje, a Twoje prośby nie pomagają?

W mediach internetowych bardzo często pojawiają się zdjęcia i opisy sytuacji w komunikacji miejskiej, których bohaterami są mamy z dziećmi. Stojącymi dziećmi. Mamy takie jak Ty. Dzieci, którym nikt nie ustąpił miejsca. Takie jak Twoje. I krew Cię zalewa, mamo. Autobus pełen jest niebezpieczeństw - jedzie, trzęsie i ostro hamuje. Dziś Ty czekasz na przystanku. Przed sobą masz dziesięć minut jazdy. Wdzieracie się do parującego wnętrza potwornej machiny, zdążysz odetchnąć, a może i nie, bo słyszysz: Mamo! Chcę usiąść! Zmęczyłam się, nóżki mnie bolą! A tu zonk. Wolnych miejsc brak. No ładnie.

Polecany post

Każdego wieczoru, gdy już zaśnie, skradasz się po cichutku. Masz czas dla siebie (powiedzmy). Masz?

Pixabay Udało Ci się zaplanować wieczór. Hurra! Nie to, że zaraz pójdziesz na randkę z mężem albo do pubu z przyjaciółką, ale p...