Latest Posts



Ostatnio natrafiłam na blogu Antyterrorystki na kampanię, które mnie zaciekawiła. Jest to #KOCHANIEprzezCZYTANIE, które zapoczątkowała Magda z Save the Magic Moments. Co prawda nie biorę udziału w akcji, ale zainspirowała mnie ona do podzielenia się książką, która jakiś czas temu trafiła do biblioteczki mojego dziecka za sprawą wyprzedaży w Lidlu. Mój wpis zaczął powstawać w lutym. Szmat czasu temu, a dopiero dziś udało mi się wykrzesać chwilę dla bloga po ciągu chorobowym, który z małymi przerwami trwał właściwie kilka tygodni. Poza tym obiecałam sobie w tym roku, że będę maksymalnie offline. Wiedziałam, że blog przez to nieco ucierpi, ale wierzę, że mimo wszystko dalej będziecie czasem wpadać.

Wracając do tematu głównego, kampanie tego typu są potrzebne, ponieważ wciąż sporo osób nie przywiązuje wagi do tego, aby czytać swoim dzieciom. Być może winowajcą jest brak czasu, a może brak przekonania, co do sensowności. Nie będę wymieniać zalet czytania. Nie będę pisać o tym, że dzięki czytaniu dzieci rozwijają wyobraźnię i powiększają zasób słownictwa. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to nic nie daje, bo swojemu dziecku nie czyta wcale, a mimo to ładnie się wypowiada, zna dużo słów i wymyśla najróżniejsze historie.

Ja jednak wierzę, że dzięki naszemu czytaniu na dobranoc, zaszczepię w córce miłość do książek. Mam w nosie, że ludzie patrzą na mnie jak na ufo, gdy mówię, że w domu czytamy córce każdego dnia. W wakacyjnej walizce zawsze znajdzie się miejsce na książki. Ba, nawet do szpitalnej torby, gdy Kaja miała zapalenie płuc, musiałam wcisnąć kilka. Bez tego nie uśnie. To dla niej ważne. O tym jak zacząć, możecie przeczytać tutaj: 9 prostych sposobów na to, aby dziecko pokochało książki. To stary wpis, ale wciąż aktualny. Moje podejście do czytania nie jest w żaden sposób naukowe. Nie chodzi o to, aby wychować sobie małego geniusza. Moje dziecko nie musi mówić trzema językami i wygłaszać traktatów świeżo poznanymi w ostatniej książce zwrotami.

Dla nas czytanie to jeden ze sposobów okazywania miłości.

Jest to nieodzowna część wieczornego rytuału, do którego się przyzwyczailiśmy. Ten czas jest tylko nasz. Po nim rozmawiamy o tym, co było w książce, a później już o wszystkim. Czytając, otwieram furtkę do drugiego, magicznego świata. Nie mam pojęcia, czy kiedyś moje dziecko będzie wchodzić do niego równie chętnie jak teraz i nie próbuję przewidywać, bo to jak wróżenie z fusów, ale w głębi serca wierzę i tak, że z czytającego dziecka wyrośnie czytający dorosły.

Na swojej stronie całkiem sporo nawiązuję do czytania, ale jeszcze nigdy nie pisałam o żadnej konkretnej książce dziecięcej, mimo że od ponad 4 lat trochę się ich w naszym domu przewinęło. Jakiś czas temu pomyślałam, że fajnie byłoby to zmienić i czasem naskrobać coś o tym, co aktualnie czytamy.

Zatem dziś na ruszt wrzucam jedną z książek z serii Pierwsza encyklopedia, którą wypuściło w świat wydawnictwo Wilga. Ciało człowieka. Książka została podzielona na 6 pełnych ciekawostek rozdziałów, całość liczy sobie ok. 100 stron. To dość dużo jak na (prawie) pięciolatka, ale wszystko podano w łatwo przyswajalny i interesujący sposób.


Możemy dowiedzieć się, że każdy człowiek posiada pewne charakterystyczne cechy, dzięki którym jest niepowtarzalny. Są nimi różne typy sylwetki, wzrost, kolor skóry, włosy, kolor oczu i znaki szczególne. Czym różnią się chłopcy od dziewczynek i mężczyźni od kobiet, ...i czemu służy istnienie dwóch płci, co zaliczam do puli trudnych pytań. Dalej przedstawione są scenki z ludźmi wykonującymi rozmaite czynności, bawiącymi się, jednym słowem będącymi w ciągłym ruchu. Dziecko dowiaduje się, skąd ma siłę do biegania i dlaczego aktywność fizyczna jest ważna dla organizmu. W książce podoba mi się to, że nie jest nastawiona jedynie na aspekt fizyczny. Część podrozdziałów opowiada o relacjach między ludźmi. Odkrywamy, że na bezludnej wyspie wcale nie byłoby fajnie, bo jesteśmy stworzeni do tego, aby żyć gromadnie. Każdy z nas potrzebuje miłości, przyjaźni i rozmowy, aby rozwijać się i cieszyć życiem.

Książka wyjaśnia podstawowe procesy, dzięki którym funkcjonujemy - m.in. oddychanie, jedzenie i sen. Bardzo fajnie zobrazowano wszystko, co nawiązuje do ciąży i narodzin dziecka - na zasadzie scenek z kolejnymi etapami. Uważam, że informacje są doskonale dopasowane do łaknącego takiej wiedzy przedszkolaka. :-) O ile ktoś spodziewa się drugiego dziecka, ma sprawę ułatwioną, bo starszy maluch widzi rosnący brzuszek i wie, że mama może mieć mdłości, często siusiać, regularnie chodzi do lekarza podglądać młodszego braciszka lub siostrzyczkę na USG. W przypadku jedynaka jest trochę trudniej.


Autorzy poruszyli tematykę dorastania i starzenia się. Przedstawili kolejno etapy rozwoju człowieka od niemowlęcia do starości, łącznie z małą wzmianką o śmierci, co według mnie jest jedną z najtrudniejszych spraw, o których rozmawia (bywa, że nie rozmawia) się z dziećmi. Nadmienię, że informacje są na tyle wyważone, że nie ma możliwości, aby wystraszyły malucha.


 
Dziecko dowiaduje się, dlaczego ważna jest aktywność fizyczna i poznaje rodzaje i cel niektórych ćwiczeń, np. rozciąganie i rozgrzewka. Do tej pory nie rozmawiałam z córką na temat tego, że za jakiś czas wypadną jej zęby mleczne, a na ich miejscu wyrosną zęby stałe, o czym encyklopedia mi przypomniała. Jak dbać o ciało, jak zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, dlaczego mycie rąk jest takie ważne (pisałam o tym na Tatento we wpisie Umyj rączki - zapraszam, jeśli macie ochotę przeczytać) - tego wszystkiego można dowiedzieć się z encyklopedii. 

Szpital nie jest taki straszny

Kai najbardziej przypadł do gustu rozdział o zdrowiu, w którym można znaleźć informacje o drobnych urazach, chorobach i ogólnie o funkcjonowaniu szpitala. Moje dziecko postanowiło, że będzie pielęgniarką jak ja i w związku z tym kiedyś będzie chodzić ze mną do mojej pracy. Jestem pewna, że jeszcze sto razy jej się odmieni, choć nie dam sobie ręki uciąć, ponieważ mi się nie odmieniło. Pielęgniarką zostałam przez przypadek, tak mnie rzuciły ścieżki losu, ale ktoś mi przypomniał, że gdy byłam w wieku Kai, przez chwilę miałam podobne postanowienie odnośnie życia zawodowego w przyszłości. :-)





Część książki poświęcono tematowi niepełnosprawności, nie tylko ruchowej. Na przedstawionych scenkach można zobaczyć m.in. dziecko z autyzmem, niewidome czytające w alfabecie Braillea czy porozumiewające się językiem miganym.

Sam koniec poświęcony jest przemocy i naruszaniu strefy osobistej. To ważne, aby dziecko miało świadomość, że nikt nie ma prawa go popychać, uderzać, krzyczeć na nie albo dotykać lub całować, jeśli nie ma na to ochoty.  

Żałuję, że nie kupiłam jeszcze jednej encyklopedii z tej serii, ale na temat dinozaurów, bo niedawno znalazły się w kręgu zainteresowań Kai.

Moja córka codziennie bombarduje mnie pytaniami - pewnie żaden ze mnie wyjątek, wszystkie kilkulatki mają w sobie taki głód wiedzy. Szczerze mówiąc, gdy była maleńka, nie mogłam doczekać się, aż dotrzemy do tego etapu, kiedy będziemy sobie rozmawiać. Po jego nastaniu pojawiły się pytania, najpierw proste, a teraz bywa, że muszę nieźle się nagimnastykować, aby udzielić sensownej odpowiedzi, ubrać w adekwatne słowa to, co chcę powiedzieć, aby zostało dobrze zrozumiane. Książka pomogła mi w kilku kwestiach, dlatego też z całego serca ją polecam, choć zmieniłabym jedną małą rzecz.

Na obrazku z anestezjologiem brakuje pielęgniarki anestezjologicznej, ale wybaczam, bo po części już się przyzwyczaiłam, że o ile wszyscy wiążą z salą operacyjną chirurga, instrumentariuszki i anestezjologa, to o moim istnieniu czyli o pielęgniarce anestetyczce wie niewiele osób. Trochę szkoda, że na obrazku nie mogę pokazać, gdzie zazwyczaj stoję, ale od czego jest wyobraźnia. :-))))
Continue Reading

Gdybym miała futro, cztery łapki i sto kilogramów mięśni, zimą jak każdy niedźwiedź zapadłabym w sen, a tak jedynie robię się posępna z tendencją do melancholii. Wszystko, co dotychczas zaprzątało mi głowę, czeka na wiosnę. Wraz z nią przyjdą nowe siły, pomysły i słońce. Na razie uzbroiłam się w witaminę D i wdrożyłam plan minimum, w którym każdy wieczór ostatecznie sprowadza się do kocyka, książki i kubka herbaty. Już nie kakao, bo utrzymuję pozory, że dbam o linię. Mówią, że jeśli nie możesz chodzić, to chociaż się czołgaj, a ja postanowiłam dopasować to stwierdzenie do swojego zimowego życia, więc skoro żadne diety mi nie idą, kakao zamknęłam na kłódkę. I nie obżeram się czekoladą. W każdym razie nie częściej niż raz na dwa tygodnie. 

Po pladze chorób, która rzuciła się na nas jak muchy na lep, trochę się zmieniło. Strasznie dobrze było mi być tak offline. Prawda jest taka, że człowiek w każdej godzinie życia może wymyślić sobie z trzy powody, aby na moment odpalić laptopa. Przyzwyczajamy się, że wszystko możemy znaleźć szybko, łatwo i przyjemnie. Przy okazji jesteśmy bombardowani nieistotnymi informacjami, czasem śmieciowymi. Mózg wchłania to bardzo chętnie, a później przeczytanie czegoś na papierze (lub e-papierze czytnika) bez tych wszystkich ulepszaczy  to prawdziwe wyzwanie. Bardzo łatwo się rozpraszam nawet wtedy, gdy już nie korzystam z komputera. Życie offline jest jakby wolniejsze, pełniejsze i jest w nim więcej miejsca na inne aktywności, choćby czytanie.

Gdy tak ugrzęzłam w swoim zimowym spleenie, zamarzyły mi się książki, przy których śledząc losy bohaterów, człowiek wyzbywa się resztek zdrowego rozsądku. I siedzi. Siedzi, choć dobiega druga w nocy, a punkt szósta trzeba podnieść swoje zwłoki. Są dwie kategorie ludzi, którzy wiecznie prawie się spóźniają. Jedni robią to, bo tak długo się szykują. Jednym słowem nie mogą się wyjaić. Ja należę do tych drugich, którzy namiętnie majstrują przy swoim budziku, ustawiając nieskończoną ilość drzemek. No chyba, że wybieram się na bal, jak przystało na prawdziwego kopciucha. Wtedy naprawdę nie mogę się wyjaić. Miałam potrzebę pomieszkania w książkowym świecie alternatywnym. Nie oznacza to, że ten realny jakoś dał mi w kość. Zimowa monotonia obiera życie z kolorów. W lato spędzamy więcej czasu na świeżym powietrzu. Jest rower, więcej biegania, spacery. Późną jesienią zaczyna się sezon książkowy. To dla mnie naturalne. Już przywykłam, że moje życie przypomina krzywą Gaussa i przez kilka miesięcy w roku robię wszystko, a później drugie tyle nie robię nic szczególnego.

Przejdźmy jednak do tego, co niedźwiedziopodobne kobiety lubią najbardziej. Oczywiście oprócz zimowego snu, miodu i gromadzenia zapasu tkanki tłuszczowej na zimę, a więc do czytania. Przebrnęłam przez różne gatunki, do jednych przekonałam się bardziej, do innych mniej. Mam swoje ulubione na honorowej półce w książkowej części mojego serca. Jednak tej zimy sięgnęłam po coś nowego. Otóż, zaczytałam się w romansie historycznym i mam nadzieję, że starczy mi życia na pochłonięcie każdego jednego, który został napisany. Okazało się, że to moja naj naj najdozgonniejsza miłość. Na wieki.

Romans historyczny - można go kochać lub nienawidzić


Romans historyczny to opowieść o miłości, która wydarzyła się dawno temu. W innej epoce, na tle wydarzeń historycznych, choć w większości jest o nich tylko napomknięte lub jest to fikcja historyczna. Akcja moich czytadeł najczęściej rozgrywała się w okolicach XIV-XV wieku (polskie średniowiecze), dalej XVIII/XIX wiek. Oczywiście nie jest to regułą, ale pisarki romansów historycznych szczególnie upodobały sobie te okresy. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek czytała romans, którego autorem byłby mężczyzna. Jeśli tak było, najwidoczniej nie był szczególnie dobry, skoro tego nie pamiętam.

Miłość jest tematem uniwersalnym, który od zarania dziejów zawsze będzie aktualny. Książkowe postacie przeżywają te same rozterki, co ludzie żyjący współcześnie. Miłość się nie zmienia. Towarzyszące jej emocje są identyczne niezależnie od tego, w którym wieku się urodziłaś. W tym przypadku bohaterowie dodatkowo zmagają się z charakterystycznymi dla danej epoki tradycjami i konwenansami. Bardzo często nie mogą być tak do końca wolni, samodzielni, podejmować ostatecznych wyborów, a jednak w tym wszystkim udaje się im odnaleźć szczęście. Dotyczy to głównie kobiet, które niezależnie od okresu historycznego, zawsze musiały walczyć o głos, akceptację swoich decyzji, bycie pełnoprawnym członkiem społeczeństwa i niezależność.

Romanse posiadają łatki mało ambitnej lektury, czasem tak głupiej, że wstyd czytać, wręcz ogłupiającej. Kiedyś sama wpadłam w takie przekonanie, ale z wiekiem człowiek mądrzeje i zaczyna dostrzegać, że nie wszystko musi mieć drugie dno. Gdy sięgam po tego typu książkę, oczekuję lekkiej historii, która umili mi wieczór, to wszystko. W tej kwestii całkowicie spełnia moje potrzeby czytelnicze.

Zarzuca się im też przewidywalność. To fakt, każdy jeden kończy się happy endem, ale szczerze mówiąc, nie mam ochoty zimową porą ryczeć jak bóbr. Czasem, gdy czytam krótkie wprowadzenie do książki, wiem już jak mniej więcej się skończy. Można to uznać za minus, ale w sumie czytam, bo od dziecka mam taką dolegliwość, że lubię przenieść się w czasie do innego świata. Nie sięgam po książkę tylko po to, aby dowidzieć się, co jest na końcu. Przyjemność sprawia mi sam proces czytania, a najbardziej od tego momentu, kiedy przestaje się widzieć litery, a w głowie przewijają się już tylko obrazy pochłanianej w danej chwili opowieści.

Jeśli chodzi o minusy, dostrzegam jeden, ale nieduży. Pierwsze romanse historyczne przeczytałam na czytniku e-booków i nie widziałam okładek. Gdy później zerknęłam, jak wygląda wersja papierowa, złapałam się za głowę. Mówi się, aby nie oceniać książki po okładce,  ale faktycznie w życiu nie wypożyczyłabym  pierwszych romansideł, jeśli miałabym wybrać książkę na podstawie okładki. Te wydane dawniej są albo nijakie, bo przedstawiają jakiś przedmiot na krzykliwie kolorowej okładce, ale to pół biedy, bo reszta przedstawia zazwyczaj obejmujących się namiętnie rozchełstanych zakochanych bohaterów, co wygląda prześmiesznie i mam ochotę owinąć je gazetą. :-) Na szczęście wydawnictwa wychodzą naprzeciw nowym trendom okładkowym, na przykład ta nowa seria romansu historycznego z wydawnictwa Amber i romanse z Sonia Draga. Akurat te wpadły mi w oko. W księgarniach rzadko romans podzielony jest na podkategorie, stąd wcale nie tak łatwo odnaleźć w gąszczu tych współczesnych interesującą mnie lekturę. W każdym razie, jeśli chodzi o okładki, są naprawdę w porządku.

Kiedyś Gosia Antyterrorystka napisała, że ludzie czasem boją się przyznać do czytania książek uznawanych za mało ambitne, bo reakcja otoczenia bywa różna. Nie powinniśmy wstydzić się tego, co czytamy, w końcu książki dobiera się głównie do nastroju i upodobań, jak zaznaczyła Gosia. Moim zdaniem czytana książka nikogo nie definiuje jako człowieka i każdy z nas szuka czegoś innego. Ja, zamiast duchowego uniesienia nad rzędami literek, wolę się po prostu rozerwać, zasmucić, uśmiechnąć. Nie trzymam się jednego gatunku. Zazwyczaj drążę daną tematykę, dopóki mi się nie znudzi, po czym czytam dalej. Był czas dystopii i antyutopii, literatury górskiej, fantastyki, poezji, polskich autorów (dzięki Gosi - tu jeszcze nie skończyłam zgłębiać) i wiele, wiele innych. Teraz mam fazę romansu historycznego. Nigdy nikogo nie wyśmiewałam z powodu rodzaju książki, którą trzyma w rękach. Natomiast przyznaję się bez bicia, że dziwnie mi się robi, gdy ktoś się przyznaje, że nie czyta w ogóle - kompletnie nic, nawet jednej, maluteńkiej książki na rok. Bo nie lubi. Zastanawiam się wtedy, czy tak się w ogóle da? Da się przejść przez życie bez książek, bez tych wszystkich bohaterów literackich, ich historii i emocji, które odczuwamy, śledząc ich losy?  No nie ma opcji. 

Continue Reading

Macierzyństwo nie jest tak proste, jakby się to wydawało. Wychowywanie dziecka stawia wciąż to nowe wyzwania. Gdy udaje mi się uporać z jednymi rzeczami, na drodze wyrasta kolejna. Sprzątanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wciąż czekam na niezawodny sposób, który wywoła porządkową rewolucję w naszym domu. Jeśli chodzi o ubrania i moje drobiazgi, sprawdziła się u mnie metoda Konmari, o czym pisałam tutaj.

Jest jednak jedna rzecz albo raczej dużo rzeczy, z którymi nieustannie przegrywamy.

Zabawki.

Doszłam do wniosku, że organizacja kąta do zabawy dla dziecka to podstawa. Jednak jako że na razie skupiliśmy się na urządzaniu pokoju córki w mieszkaniu, do którego za jakiś czas się przeprowadzimy, zrezygnowaliśmy ze względów praktycznych z ambitnego ogarnięcia jej skarbów mieszkających w salonie. Mamy mnóstwo pudeł na zabawki. Byłoby idealnie, gdyby zabawki codziennie do nich trafiały. Bardzo często tak się jednak nie dzieje. Choćby teraz, zbliża się północ, a na środku pokoju koń barbie przemierza podłogę. W zasadzie to przyzwyczaiłam się do tego zabawkowego nieładu i tego, że moje dziecko uwielbia sprzątać, ale... tylko ze mną. Pogodziłam się i wrzuciłam na luz. 

Dziś mam dla Was propozycje zabawek, gier i książek o tematyce sprzątania, no bo dlaczego by nie zmienić tego przykrego obowiązku w zabawę i metodą małych kroczków przekonać dziecko do trzymania porządku w swoich rzeczach. Wszystkie znajdziecie w sklepie Hulahop.pl.

Połykacze kloców i drobnych zabawek


Max Łakomczuch, który zjada klocki, figurki i drobne przedmioty.

Zbieracz klocków Mega Blocks. Pojazd połyka wielkie klocki. W zestawie 20 klocków first builders.

Książki o tematyce sprzątania



Książka Kicia Kocia sprząta. Jako że jesteśmy wielkimi fankami Kici Koci, polecamy ją całym sercem. 

Franklin mały bałaganiarz. Nie wierzę, że nie znacie Franklina, opisywać chyba nie trzeba. :-)

Gry planszowe nawiązujące do sprzątania


Gra Czyścioszek - bałagan i porządek. Przeznaczone dla dzieci od 5 rż. Kto zostanie czyścioszkiem i posprząta najwięcej rzeczy pozostawionych przez bałaganiarza? 

Gra Pokój zabaw. Mogą bawić się już 3-latki. Ćwiczy pamięć i współpracę. 

Gra Tomcio i wiosenne porządki przeznaczona dla dzieci powyżej 3 rż. 

Odgrywanie ról, naśladowanie dorosłych - zestawy do sprzątania dla dzieci


Artyk odkurzacz zabawkowy na baterie. Wciąga styropianowe kuleczki. Wydaje dźwięk jak prawdziwy.



Co sądzicie o tej liście? Dodalibyście coś od siebie?
Continue Reading

Bo to historia, bo to marzenia. Bo to historia godna przypomnienia. - youtube nigdy nie zawodzi, gdy człowiek chce się dobić, szukając czegoś do ubrania. Smutne piosenki zawsze na czasie i uniwersalne. W lutym było tak pięknie. Im bardziej wchodzę do szafy, wciskając kończyny w jej zagadkowe czeluści, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prędzej jakiś potwór odgryzie mi rękę niż wydostanę coś sensownego. Spodnie ledwo się dopinają, bluzki jakby skurczone. W sukienkach wyglądam jak hipopotam w balecie. W lutym było tak pięknie. Było. Stanęłam na środku pokoju niczym w samym centrum jakiejś materiałowej postapokalipsy. Moje życie takie już jest. Jak gumka od majtek. Można ją naciągać i naciągać, ale gdy się puści, wszystko wraca do stanu sprzed. Tak też jest z tym odchudzaniem.

Nowy rok to czas nowych postanowień. Ja mam co roku jedno, które nie jest ani trochę oryginalne. Jak połowa damskiej populacji, zamierzam schudnąć. Droga jest kręta i długa. Trwa ok. 5 lat. W lutym mogłam pochwalić się straconymi, uwaga, 30 kilogramami. Niestety już wtedy zostało mi jeszcze 8 kg do celu, a że coś się we mnie wypaliło, ta ósemka "na później" zdążyła się sklonować. Oczywiście nowy rok i ponowny start moich zmagań z nadprogramowymi kilogramami to przypadkowa zbieżność, i tak było to nieuniknione. Być może bitwę przegrałam, ale z wojny wyjdę zwycięsko.

Bardzo często, gdy się odchudzam, zostaję zasypana różnymi poradami. Każdą z nich kiedyś wdrożyłam i efekty były mizerne. Próbowałam różnych diet, a także zmiany szkodliwych nawyków. Gdyby to wszystko było takie proste, wokół mielibyśmy samych szczupłych ludzi. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dorzucali swoich trzech groszy. Tym oto sposobem powstała lista zdań, które usłyszy każdy tłuścioch na diecie.

Po co się tak katujesz, po prostu...

Jedz często, a mało.

Wiem, że większość dietetyków to poleca, a ja w takim systemie chudnę 2-3 kg i koniec. Pięć posiłków to naprawdę dużo - czułam się przejedzona. Dodatkowo przygotowanie ich wszystkich na kolejny dzień zajmowało za dużo czasu, nadchodził późny wieczór i o ćwiczeniach nie było mowy. Oczywiście, gdyby to działało, byłabym skłonna jeść i 10 razy dziennie po dwa kęsy... jednak nie działało.

Nie jedz kolacji. Nie jedz po 18.00. I tyle wystarczy.

Tak się składa, że od wielu lat nie jem kolacji, bo po obiedzie po prostu nie jestem głodna. Wyjątkiem są dni, kiedy mam w pracy nocną zmianę - wtedy mój organizm domaga się dodatkowego, wieczornego posiłku. Jak widać, nie ma to wpływu na moją wagę. To za mało, aby schudnąć. Właściwie to nie powinno się jeść 4 godziny przed snem, więc jeśli ktoś jest wariatem, który chodzi spać o 2.00, może zjeść o 22.00. Próbowałam, nie jadłam po 18.00. I nic.

Nie jedz chleba, ziemniaków, makaronu, a zobaczysz jak waga poleci.

Nie wiem jak inni, ale do życia potrzebuję czegoś więcej niż kawałka mięsa i sałaty. Całkowita eliminacja tych składników być może zagwarantuje szybki spadek wagi, ale co później? Wymieniłam chleb i makaron na ciemny ponad roku temu. W zasadzie chleb jem tylko w pracy, bo tak łatwiej i jego ilości nie są zatrważające - raptem 2 - 3 kromki średnio co drugi dzień. Ziemniaki jem, ale nie codziennie. Efektów większych brak.

Nie podjadaj między posiłkami i nie jedz słodyczy, a schudniesz.

Być może są osoby, którym to wystarczyło, mi niestety nie. Gdy nie podjadam i nie jem słodyczy to po prostu nie tyję w zawrotnym tempie, a jedynie powoli... To nie sprzyja motywacji, aby nie jeść w ogóle słodyczy.
 

Wykup sobie prawdziwą dietę, a schudniesz. 

Miałam kupne diety, których przestrzegałam, ale schudłam raptem 2-3 kg  przez 2 miesiące, więc się poddałam. Na dłuższą metę za dużo zachodu. Zakupy pod dietę, czasem w jadłospisie były produkty, za którymi chodziłam 20 minut po markecie. Potem przygotowanie tego wszystkiego w pudełeczka na kolejny dzień. Życie toczy się wokół zakupów i stania przy kuchni. Jeśli robisz normalny obiad dla rodziny to zawsze jesteś w stanie wymyślić coś z produktów, które masz już w domu, jeśli z jakiegoś powodu nie masz czasu skoczyć do sklepu. W przypadku diety jest sztywny jadłospis, co zabierało czas. Gdybym tylko chudła na tych dietach chociaż 1 kg tygodniowo przez pierwsze 3 miesiące (później może być wolniej), pewnie nie poddałabym się tak szybko. Jednak gdy po 3 tygodniach okazuje się, że na minusie mam może 1 kg to entuzjazm spada i trzeba przyznać, że korzyści są niewielkie w stosunku do wysiłków i może lepiej ten czas poświęcić na rower.

MŻ i WR! Stosuję to od lat i nigdy nie miałam problemów z wagą.

Serio?  Zazdroszczę. Na mnie to nie działa spektakularnie. Nawet, gdy biegałam kilka razy w tygodniu, schudłam kilka kilogramów i koniec. Na jakiś czas zamieniłam pociąg na rower do pracy. Ruch pomógł, owszem, ale czy przy pilnowaniu się z jedzeniem i codziennej dawce ruchu nie powinno się schudnąć trochę więcej niż kilka kilogramów rocznie? Niesamowicie demotywujące.

A może masz problemy hormonalne?

Idź do lekarza, zrób badania. Pytanie i rozwiązanie w jednym. Żyjemy w czasach, kiedy prawie każdy ma problemy hormonalne, tylko czy to coś zmienia? Nawet jeśli ktoś ma problemy hormonalne, nie istnieją cudowne tabletki na redukcję tych "hormonalnych" kilogramów.

----
Wszystkie te zdania usłyszałam co najmniej kilkukrotnie. Zazwyczaj wygłaszają je osoby, które nie mają tendencji do tycia. Mówię oczywiście o tendencji do tycia powyżej 15 kg w zawrotnym tempie, bo to jest problem, a nie przybieranie 5 kg po zimie.

My, size plus, mamy przerobione to wszystko po dziesięć razy na pięć sposobów. Temat redukcji wagi znamy od podszewki. Po prostu czasem tak jest, że nie na wszystkich działa wszystko. Czasem schudnąć nie można. Bywa, że ujemny bilans kaloryczny to za mało. Bywa, że przemiana materii spada niemal do zera i nie ma to nic wspólnego z odwiedzaniem toalety i zaparciami. Przemiana materii w kontekście odchudzania to coś całkiem innego - dotyczy procesów biochemicznych. Nie wiem jak wy, ale mi czasem brakuje pomysłu, co odpowiedzieć. Ludzie nie dopuszczają do siebie opcji, że można trzymać się tych zasad i nie schudnąć, a tak jest, na co ja i wiele innych osób jesteśmy żywym dowodem. - Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. - mówią, a mi nie chce się nikogo przekonywać.

Dłuższy czas temu czytałam trochę o dietach IF (intermitten Fasting), w których stosuje się okresowy post, np. dieta 16/8, w której tak trzeba rozplanować posiłki, aby spożywać je wyłącznie w ośmiogodzinnym okienku żywieniowym. Kolejną jest dieta 5:2 - tutaj jemy przez 5 dni zgodnie z zapotrzebowaniem kalorycznym, a w wybrane 2 dni tygodnia robimy sobie post, w trakcie którego zjadamy tylko 500 kcal - można to rozbić na dwa posiłki. Dni te nie mogą być jeden po drugim, oczywiście. Coraz bardziej skłaniam się ku takiemu rozwiązaniu. Byłoby ono zgodne z moim trybem życia i wygodne. Skoro klasyczne sposoby nie działają, to może czas na eksperyment? Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam. Pewne jest tylko to, że 1 stycznia rano wyjdę z pracy z przekonaniem jak co roku, że teraz to na pewno się uda.
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html

A może Wy macie jakiś magiczny sposób na schudnięcie?

Continue Reading

Pluszowy Jezus to przytulanka dla dzieci, którą od kilku dni można nabyć w sklepie z dewocjonaliami. Pojawienie się jej na rynku wywołało falę krytyki. W opisie na stronie dystrybucja katolicka, z której też zapożyczyłam zdjęcie, możemy przeczytać, że pluszowy Jezus ma pełnić funkcję zabawki umilającej zasypianie, modlitwę, mszę.

Jestem zdziwiona, że największy hejt pochodzi od katolików, a kościół odciął się od zabawki tłumacząc, że wymagające powagi kwestie wiary nie powinny być kojarzone z zabawą, a dodatkowo maskotka może być używana w trakcie zabawy w sposób, który zbezcześci osobę Jezusa.

Dla mnie to po prostu... przytulanka.

Moja córka ma maskotki ukochanych postaci z bajek, z książek, swoich super bohaterów, z którymi zasypia. Są dla niej naprawdę ważne. Problem ludzi, dla których powstanie takiej zabawki stanowi obrazę ich uczuć religijnych polega na tym, że patrzą na świat oczami dorosłego. W oczach dziecka świat wygląda nieco inaczej. Pamiętasz siebie wiele lat temu? Miałaś ukochaną maskotkę, która towarzyszyła Ci wszędzie?

Zarówno księża, jak i osoby praktykujące twierdzą, że powstanie pluszowego Jezusa to profanacja. W końcu będzie leżeć z innymi maskotkami, może w jakimś pudle albo w kącie. Dziecko będzie nim rzucać, szurać po podłodze, bawić się w inny niestosowny sposób. A co, gdy pies go chapnie?

Jednocześnie dla niektórych jest w porządku, że:

  • Nasze dzieci bawią się w cmentarz i chodzą wokół kartonowego grobu w przedszkolnej sali, kleją znicze z pudełek i udają, że stawiają je na grobie. To zabawa prawdziwa, która wydarzyła się w którymś przedszkolu gdzieś w Polsce. 
  • Matki przebierają dzieci w pasiasty strój z naszytym obozowym numerem, naśladujący obozowe ubranie Maksymiliana Kolbe, który umarł śmiercią męczeńską w Auschwitz. 
  • Dzieciom rozdawane są malutkie, plastikowe płody w formie laleczek.
  • Odbywają się bale wszystkich świętych - zabawy typu pokaz mody świętej, wybór świętej i świętego balu, pociąg zbawienia. 
  • Postać Matki Boskiej od dawna została sprowadzona do roli butelki na wodę o wątpliwych świętych właściwościach. Aby się napić, trzeba jej ukręcić głowę.
  • Święty różaniec sprowadzony do roli pierścionka z wypustkami. 

To, co mi zawsze przeszkadzało w kościele katolickim i kwestiach religii to brak konsekwencji. Na poczekaniu wypisałam kilka rzeczy, które moim zdaniem bardziej profanują religię niż pluszowa maskotka, którą będzie przytulać dziecko.

Jak podaje pismo święte, Jezus lubił dzieci, które do niego przybiegały, przytulały się, słuchały opowieści. Ten Jezus jest trochę jakby z gwiezdnych wojen, ale trzeba przyznać, że całkiem sympatycznie uszyty i budzi ciepłe uczucia. Trudno uwierzyć, że jeden mały pluszak podzielił naród.

Jeśli zwyczajna maskotka jest w stanie wywołać u prawdziwych katolików tyle reakcji, pełnych nienawiści i złośliwości, cieszę się, że nie jestem katolikiem. Ok. 4 lata temu przestałam oszukiwać siebie, że w cokolwiek wierzę. W dodatku moje poglądy nie są spójne z tym, co serwuje KK.




Continue Reading

Pewnego wieczoru Mikołaj postanowił sprawdzić, czy wszystkie dzieci, które wysłały swoje listy, grzecznie śpią w łóżeczkach. Przechadzając się uliczkami miasta, dyskretnie zaglądał w okna. Wszędzie ciemno. Wszędzie ciemno. Mroźna noc wygnała mieszkańców pod ciepłe kołdry. Dzieci śniły o czekoladowych krainach i baśniowych bohaterach, tuląc w łóżkach swoje misiaki. Na końcu uliczki stał mały, żółty domek, w którym ktoś nie zgasił światła.

Zaciekawiony Mikołaj zajrzał do środka. Przy maleńkim stoliku siedziała równie maleńka dziewczynka. Przed nią lekko pomięta kartka papieru, w dłoni ściskała ołówek.
- Drogi Mikołaju, - narysowała ludzika z brodą w czerwonej czapce. - Marzę, aby mama tu była. Jest teraz w pracy w szpitalu i opiekuje się chorymi ludźmi. Ja to rozumiem, Mikołaju, ale trochę tęsknię, gdy nie może przeczytać mi bajki na dobranoc. - Dziewczynka tak sobie mówiła pod nosem.

- Przed wyjściem powiedziała, abym stworzyła list do ciebie, więc rysuję, bo pisać jeszcze nie umiem. Tylko mam problem i to niemały... jak narysować czas? Jeśli namaluję tu zegar, czy Mikołaj zorientuje się, co miałam na myśli?

Dziewczynka przygryzała swój ołówek. W końcu narysowała wielki, okrągły zegar bez wskazówek. Kartkę włożyła do koperty i nakleiła znaczek.

O czym może marzyć dziecko medyka? W pierwszej kolejności, jak każde dziecko pracujących rodziców, chciałoby dostać CZAS. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki moja córka nie zadała pytania z tego wpisu. Marzyła o tak zwyczajnej rzeczy, że nawet nie domyśliłam się, co to takiego.

CZAS to prezent, na który zdobyć się jest nam najtrudniej. Kosztuje najwięcej.

Wymyślamy tak wiele rzeczy, aby go nie tracić, a on umyka jeszcze bardziej. Robić coś z kimś wspólnie to podarować mu swój czas. Czasem się wydaje, że nie mamy czasu albo wydaje się, że jutro będziemy mieć go więcej. Bywa jednak, że morze czasu, który mieliśmy, jak się nam zdawało, kurczy się do rozmiaru kropli.

CZAS jest najważniejszy. Wspólne robienie pierniczków, szykowanie choinkowych ozdób, przyjmowanie pomocy we wszystkim, co można zrobić RAZEM.

A co można podarować kilkulatkowi zaraz obok swojego czasu? Moją córkę, jak każdego innego ciekawskiego przedszkolaka, interesuje wszystko, co jest związane ze zdrowiem, anatomią człowieka, szpitalem, pracą personelu szpitalnego. Przygotowałam dla Was kilka inspiracji na "medyczne" prezenty dla dzieci. Co o nich myślicie? Może już coś z tej tematycznej listy macie?

Gry planszowe i edukacyjne związane z ciałem człowieka i zabawą w szpital.








Zabawy manualne







Zabawa w odgrywanie lekarza, pielęgniarki i dentysty








Wszystkie zabawki dostępne są jak zawsze w sklepie Hulahop.pl. Pod naszą choinką pojawi się jedna rzecz z tego zestawienia, na którą polowałam w zeszłym roku i wtedy nie udało się kupić. W tym roku pojawiła się w liście do Mikołaja drugi raz, więc od razu zamówiłam. Co to takiego, nie mogę jeszcze zdradzić. W końcu tylko Mikołaj czyta listy dzieci. :-)

Continue Reading
Zdjęcie z Uniformshop - odzież medyczna

Olaboga! Pielęgniarka w spodniach. Ciekawe, co na to Florencja Nightingale. :-) Gdy oglądam stare fotografie, nie mogę się nadziwić, jak gorąco było naszym koleżankom sprzed 100 lat. Rozłożyste spódnice i białe fartuchy. Do kostek. Rękawy długie. Guziczki, wszystko zapięte pod samą szyję. Można to wyjaśnić trendami modowymi w tamtym okresie - kobiety po prostu tak się ubierały, spodnie były zarezerwowane dla mężczyzn. Poza tym, gdyby przyjrzeć się historii pielęgniarstwa, chorymi zajmowały się najróżniejsze osoby. Był okres, kiedy robiły to zakonnice (i stąd do dziś ludzie zwracają się do pielęgniarki "siostro", choć w zasadzie jest to mocno nieaktualne). Pielęgniarkami stawały się też kobiety z marginesu społecznego. Praca ta uznawana była za uwłaczającą. Żadna szanująca się rodzina nie wysłałaby córki do pracy w szpitalu. Dopiero Florencja Nightingale zrobiła rewolucję, tworząc z pielęgniarstwa zawód jak każdy inny. Okruchy dawnego obrazu pielęgniarstwa są w naszym życiu jeszcze obecne, choćby przez wspomnianą "siostrę". Ludzie piszą o naszej pracy przez pryzmat powołania, opiekę zdrowotną nazywają służbą, a przecież od dawna jest to po prostu praca.

Wiele lat później pielęgniarki nosiły mniej zabudowane mundurki, ale jednak cały czas królowały spódnice. No i czepki, na widok których jedni ocierają łzę wzruszenia, a inni wzdychają z ulgą. Całe szczęście, już nie trzeba nosić czepków. Wystarczy identyfikator. Z czepkiem było dużo zachodu. Po pierwsze, musiał być dobrze wykrochmalony, a po drugie dobrze przymocowany do głowy. Czym? Dziesiątkami spinek!

Teraz możemy ubierać się wygodnie i bardziej funkcjonalnie. Wymaga tego od nas praca, której zakres na przestrzeni lat cały czas się zmienia.

Dlaczego pielęgniarki noszą spodnie?

Czasem musimy zamienić się w człowieka gumę
Swoboda ruchów ma znaczenie, gdy musisz sięgnąć coś, co jest bardzo daleko, a jednocześnie nie możesz do tego podejść. Lata treningów, aby zrobić szpagat, mogą być niepotrzebne, jeśli jesteś pielęgniarką. Bywa, że na sali operacyjnej trzeba zrobić naprawdę duży krok...

I w człowieka ciastolinę
Przybierając rozmaite pozy, nie mające nic wspólnego z pozowaniem. Wyobraź sobie malutką windę, a w niej łóżko transportowe, cały osprzęt i kilka modlących się osób, aby ta się nie urwała. Modelowanie ciała w tej sytuacji bywa niezbędne. No wiecie, wciągnąć brzuch, stanąć na jednej nodze.

I wspiąć się na krzesło
No bo najwyższe półki są zazwyczaj poza zasięgiem wzroku i ręki. W ich głębi bardzo często czają się rzeczy, których akurat potrzebujesz. Może jakieś pudełko wenflonów albo ostatnie opakowaniu rzadko używanego leku, który musisz podać pacjentowi. Kiedyś miałam spódnicę. Miałam, bo rozpruła się podczas wchodzenia na krzesło, wypełniając ciszę rozdzierającym krzykiem materiału, z którego była uszyta.

Schylamy się, kucamy, klękamy
Coś trzeba poprawić, podnieść. Wykonujemy masaż serca - pacjent nie zawsze leży w łóżku. Zdarza się, że upadnie w drodze do drzwi. Wtedy schylamy się. Klękamy, żeby założyć wkłucie, a czasem bywa z tym ciężko. W takich momentach spódnica byłaby niewygodna.

Spodnie nas chronią
Są cieplejsze, szczególnie sprawdza się to w nocy, kiedy temperatura jest jednak nieco niższa. Poza tym mamy styczność z różnymi wydzielinami i wydalinami - brudne mundurki oddajemy do pralni i już. Drobne zanieczyszczenia nie maja styczności z gołą skórą nóg.

Dla mnie najwygodniejsze są połączenia bluzy i spodni. Komplety nie krępujące ruchów i z dużymi kieszeniami, gdzie mieści się długopis, pieczątka, telefon i jeszcze trochę innych rzeczy, bez których czuję się w pracy jak bez ręki. Jeszcze kilka lat temu jeździłam po mieście w poszukiwaniu sklepu z odzieżą medyczną. Dziś na szczęście można zamówić komplet medyczny przez Internet w sklepie internetowym Uniformshop - klik, osobne spodnie medyczne, bluzy medyczne lub całe komplety medyczne, nie tylko w kolorze nudnej bieli. Nie wiem jak wy, ale ja lepiej czuję się w kolorze. Podoba mi się taka mięta, która kojarzy się ze świeżością i jednocześnie nie jest krzykliwa. Mała rzecz, a cieszy.

Zdjęcie zaczerpnięte z Uniformshop.pl


Jak jest u Was? Spódnice czy spodnie? Co zakładasz do pracy i po godzinach?



Continue Reading