Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...

/ 20 listopada
bank zdjęć Pixabay

Bóg wybrał spośród kobiet te najsilniejsze i uczynił je pielęgniarkami.

Z pielęgniarkami żenią się tylko prawdziwi mężczyźni.

A gdyby w tych zabawnych hasłach, krążących po sieci, było ziarnko prawdy? 

Życie z pielęgniarką jest bardzo wymagające, drogi absztyfikancie, tutaj nie ma miejsca na wygodnictwo, brak partnerstwa i współpracy. Statystyki mówią same za siebie. Wśród medyków rozwodów jest bardzo dużo, jeśli nie najwięcej. Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...

Jak zgłębisz domowy survival, przeżyjesz

Bądź samodzielny i opanuj podstawowe umiejętności. Umrzesz z głodu, jeśli tego nie zrobisz, a twoje skarpety rozbiegną się na spacer. Tutaj nie ma miejsca na "nie wykąpię dziecka, bo nie umiem", "nie ugotuję ziemniaków, bo się nie znam", "nie umyję podłogi, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie trzymamy mopa".

Pracujemy w systemie zmianowym - noce, weekendy i święta. Nasze zmiany trwają 12 godzin. Wychodzimy rano i wracamy wieczorem albo odwrotnie.

Wcześniej czy później przyodziejesz fartuszek w kwiatki i zrobisz obiad, zakupy, przygotujesz dziecko do snu. Już teraz poczyń mentalne przygotowania.

Bonus w postaci regularnego wykrzesywania odrobiny kreatywności nie zaszkodzi, gdy przyjdzie Ci zmierzyć się z wykonaniem stroju na bal przebierańców w przedszkolu.

Lepiej zacznij oglądać na yt instruktaże, jak zrobić kucyk albo zapleść warkoczyk - istnieje 50 procent ryzyka, że urodzi Ci się córka i szczotka do włosów stanie się Twoim porannym atrybutem.

Czasem będziesz mieć łóżko tylko dla siebie

Większość ludzi lubi spać z kimś.  Zimą można się zagrzać, a poza tym jest po prostu miło przez sen się przytulić, zagarnąć, położyć nogę.

Jeśli mieszkasz z pielegniarką, co kilka dni jej połówka będzie pusta. Nadrobisz zaległości w chrapaniu i zgrzytaniu zębami. Wyśpisz się za wszystkie czasy i... będziesz mieć całą kołdrę na własność, calutką.

I jeszcze jej ulubiony jasiek.
#tylewygrać

Mistrzyni improwizacji i prowizorki pod jednym dachem z Tobą to skarb

Pielęgniarki to mistrzynie improwizacji. Na wszystko mają swoje sposoby. Wiedzą, co zrobić o północy, gdy męczy cię okrutny kaszel w hotelowym pokoju, a jedyne co masz, to czajnik i wynajęte łóżko.
Istnieje szansa, że pielęgniarka coś wymyśli albo doradzi, jeśli nie czujesz się najlepiej.

Wie, kiedy naprawdę trzeba zacząć się martwić.

Niektóre z nas noszą w torebce plaster w rolce, którym coś przyklejają, zawieszają, doczepiają, sczepiają. Jak się okazuje, plaster może uratować sytuację w sprawach, w których nie posądziłbyś go o taki potencjał.

Będziesz mieć dobrego słuchacza

Bywa, że nawiązujemy nić porozumienia z pacjentem, który nie może mówić i się poruszać - brzmi jak science fiction, ale jest to możliwe. Wyraz twarzy, ruch warg, oczy - to wszystko może powiedzieć bardzo dużo. Nadprzyrodzone moce? Nie, raczej doświadczenie i intuicja.
Nikt nie zrozumie Cię lepiej niż żywy barometr nastroju.

Aktywne słuchanie to część naszego zawodu. W końcu musimy uzyskać od pacjentów informacje, dotyczące najważniejszych kwestii związanych z ich zdrowiem. Chorzy przychodzą do nas ze swoimi obawami, wątpliwościami, strachem przed zabiegiem.

Niektórzy lubią przy okazji się wygadać. Słuchanie jest niezwykle ważne i wymaga też cierpliwości.

Co ciekawe, prasa naukowa jeszcze nie doniosła o tym, aby mężczyzna pielęgniarz z takimi zdolnościami kiedykolwiek zrozumiał swoją niemedyczną żonę.

Organizację masz z głowy

Pielęgniarki wielokrotnie mają pod swoją opieką 20-40 pacjentów. Wyjątkiem są oddziały intensywnej terapii, gdzie normy zatrudnienia wyglądają inaczej.

Jedno z praw dyżurującej pielęgniarki głosi - im większa presja czasu, tym więcej masz do zrobienia. Tak właśnie jest.

Gdy wymaga tego sytuacja, pielęgniarki znajdują czas tam, gdzie go naprawdę nie ma. Wiedzą, jak ogarnąć ogromną ilość zadań bez pominięcia niczego.

Organizacja imprez rodzinnych i wakacyjnych wyjazdów to dla nich pikuś.

 

Czasem pogadasz, a czasem pomilczysz

Pielęgniarki są różne. Jedne gadają o swojej pracy jak najęte, a na pytanie - jak było w pracy, wygłaszają niekończącą się opowieść o tym, jak ciężki miały dzień, co je zasmuciło albo ucieszyło.

Na inne to samo pytanie działa niczym płachta na byka, bo wracając do domu, zamykają ten rozdział i nie mają zamiaru zaczynać go od nowa.

Bywa, że potrzebujemy po prostu w spokoju pomilczeć. My medycy nie mamy sensownej pomocy psychologicznej. Nasza praca naraża nas na PTSD i wypalenie zawodowe. Przez lata wykształcamy w sobie mechanizmy obronne, jednak każdy ma takie chwile, kiedy coś nie do końca działa.

Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz

Seriale, filmy i książki przesycone medycznym klimatem - my to po prostu lubimy, ale patrzymy na nie nieco inaczej. No bo jak tu się nie śmiać, jeśli w serialu wenflon jest założony odwrotnie, a aparat do kroplówki wisi do góry nogami?

Zdarza się, że się wkurzamy. Zamiast prawdy, na ekranie widzimy przeinaczony, przerysowany świat medyczny, ale i tak oglądamy.

Medycy mają jakieś takie inne poczucie humoru. Znają nietaktowne dowcipy o zabarwieniu medycznym. Wyrwane  ze swojego środowiska naturalnego szpitalne anegdoty wywołują reakcje typu aleosochosi. Bywamy dziwni. Serio.

Mamy pasje

Nie znam pielęgniarki, która nie miałaby zdolności manualnych.  Mamy hobby związane z rękodziełem - moje koleżanki szydełkują, haftują, robią witraże, zajmują się decoupage i scrapbookingiem, robią biżuterię z koralików.

W mieszkaniu, w którym przebywa pielęgniarka, jest przynajmniej jeden kącik z prowizoryczną pracownią handmade. Fotel, stolik, schowek, cokolwiek.

Znamy drugie dno pór roku i świąt

Spadł śnieg? Na jezdni jest szklanka? Super, wiemy już, że połamani ludzie będą walić do szpitala drzwiami i oknami.
Letnie upały? Dla nas to pacjenci z odwodnieniem, oparzeniami słonecznymi, udarami cieplnymi i ci wyłowieni z kąpielisk.
Okres przedświąteczny i Święta? Zwiększona liczba urazów na skutek porządków. Przeorganizowanie miejsc na oddziałach, bo powiedzenie "wymień babcię i dziadka na choinkę" powoli wchodzi w życie (patrz podpunkt Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz). Zatrucia pokarmowe.
Sylwester? Urazy spowodowane fajerwerkami i petardami.
Wszystkie Święta obchodzone w Polsce - leczenie zdrowotnych konsekwencji pijaństwa, bo ludzie po alkoholu są w stanie zrobić sobie naprawdę wielkie kuku...


Tak właśnie wygląda życie z pielęgniarką. Ma swoje plusy i minusy. Niezależnie od tego, jaki zawód wykonujesz, jego naleciałości widać w życiu domowym. Widzisz tu siebie? A może masz do dodania coś, co mi umknęło? Czy praca ma wpływ na pozostałe sfery Twojego życia? Koniecznie podziel się w komentarzu, jeśli masz ochotę.

bank zdjęć Pixabay

Bóg wybrał spośród kobiet te najsilniejsze i uczynił je pielęgniarkami.

Z pielęgniarkami żenią się tylko prawdziwi mężczyźni.

A gdyby w tych zabawnych hasłach, krążących po sieci, było ziarnko prawdy? 

Życie z pielęgniarką jest bardzo wymagające, drogi absztyfikancie, tutaj nie ma miejsca na wygodnictwo, brak partnerstwa i współpracy. Statystyki mówią same za siebie. Wśród medyków rozwodów jest bardzo dużo, jeśli nie najwięcej. Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...

Jak zgłębisz domowy survival, przeżyjesz

Bądź samodzielny i opanuj podstawowe umiejętności. Umrzesz z głodu, jeśli tego nie zrobisz, a twoje skarpety rozbiegną się na spacer. Tutaj nie ma miejsca na "nie wykąpię dziecka, bo nie umiem", "nie ugotuję ziemniaków, bo się nie znam", "nie umyję podłogi, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie trzymamy mopa".

Pracujemy w systemie zmianowym - noce, weekendy i święta. Nasze zmiany trwają 12 godzin. Wychodzimy rano i wracamy wieczorem albo odwrotnie.

Wcześniej czy później przyodziejesz fartuszek w kwiatki i zrobisz obiad, zakupy, przygotujesz dziecko do snu. Już teraz poczyń mentalne przygotowania.

Bonus w postaci regularnego wykrzesywania odrobiny kreatywności nie zaszkodzi, gdy przyjdzie Ci zmierzyć się z wykonaniem stroju na bal przebierańców w przedszkolu.

Lepiej zacznij oglądać na yt instruktaże, jak zrobić kucyk albo zapleść warkoczyk - istnieje 50 procent ryzyka, że urodzi Ci się córka i szczotka do włosów stanie się Twoim porannym atrybutem.

Czasem będziesz mieć łóżko tylko dla siebie

Większość ludzi lubi spać z kimś.  Zimą można się zagrzać, a poza tym jest po prostu miło przez sen się przytulić, zagarnąć, położyć nogę.

Jeśli mieszkasz z pielegniarką, co kilka dni jej połówka będzie pusta. Nadrobisz zaległości w chrapaniu i zgrzytaniu zębami. Wyśpisz się za wszystkie czasy i... będziesz mieć całą kołdrę na własność, calutką.

I jeszcze jej ulubiony jasiek.
#tylewygrać

Mistrzyni improwizacji i prowizorki pod jednym dachem z Tobą to skarb

Pielęgniarki to mistrzynie improwizacji. Na wszystko mają swoje sposoby. Wiedzą, co zrobić o północy, gdy męczy cię okrutny kaszel w hotelowym pokoju, a jedyne co masz, to czajnik i wynajęte łóżko.
Istnieje szansa, że pielęgniarka coś wymyśli albo doradzi, jeśli nie czujesz się najlepiej.

Wie, kiedy naprawdę trzeba zacząć się martwić.

Niektóre z nas noszą w torebce plaster w rolce, którym coś przyklejają, zawieszają, doczepiają, sczepiają. Jak się okazuje, plaster może uratować sytuację w sprawach, w których nie posądziłbyś go o taki potencjał.

Będziesz mieć dobrego słuchacza

Bywa, że nawiązujemy nić porozumienia z pacjentem, który nie może mówić i się poruszać - brzmi jak science fiction, ale jest to możliwe. Wyraz twarzy, ruch warg, oczy - to wszystko może powiedzieć bardzo dużo. Nadprzyrodzone moce? Nie, raczej doświadczenie i intuicja.
Nikt nie zrozumie Cię lepiej niż żywy barometr nastroju.

Aktywne słuchanie to część naszego zawodu. W końcu musimy uzyskać od pacjentów informacje, dotyczące najważniejszych kwestii związanych z ich zdrowiem. Chorzy przychodzą do nas ze swoimi obawami, wątpliwościami, strachem przed zabiegiem.

Niektórzy lubią przy okazji się wygadać. Słuchanie jest niezwykle ważne i wymaga też cierpliwości.

Co ciekawe, prasa naukowa jeszcze nie doniosła o tym, aby mężczyzna pielęgniarz z takimi zdolnościami kiedykolwiek zrozumiał swoją niemedyczną żonę.

Organizację masz z głowy

Pielęgniarki wielokrotnie mają pod swoją opieką 20-40 pacjentów. Wyjątkiem są oddziały intensywnej terapii, gdzie normy zatrudnienia wyglądają inaczej.

Jedno z praw dyżurującej pielęgniarki głosi - im większa presja czasu, tym więcej masz do zrobienia. Tak właśnie jest.

Gdy wymaga tego sytuacja, pielęgniarki znajdują czas tam, gdzie go naprawdę nie ma. Wiedzą, jak ogarnąć ogromną ilość zadań bez pominięcia niczego.

Organizacja imprez rodzinnych i wakacyjnych wyjazdów to dla nich pikuś.

 

Czasem pogadasz, a czasem pomilczysz

Pielęgniarki są różne. Jedne gadają o swojej pracy jak najęte, a na pytanie - jak było w pracy, wygłaszają niekończącą się opowieść o tym, jak ciężki miały dzień, co je zasmuciło albo ucieszyło.

Na inne to samo pytanie działa niczym płachta na byka, bo wracając do domu, zamykają ten rozdział i nie mają zamiaru zaczynać go od nowa.

Bywa, że potrzebujemy po prostu w spokoju pomilczeć. My medycy nie mamy sensownej pomocy psychologicznej. Nasza praca naraża nas na PTSD i wypalenie zawodowe. Przez lata wykształcamy w sobie mechanizmy obronne, jednak każdy ma takie chwile, kiedy coś nie do końca działa.

Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz

Seriale, filmy i książki przesycone medycznym klimatem - my to po prostu lubimy, ale patrzymy na nie nieco inaczej. No bo jak tu się nie śmiać, jeśli w serialu wenflon jest założony odwrotnie, a aparat do kroplówki wisi do góry nogami?

Zdarza się, że się wkurzamy. Zamiast prawdy, na ekranie widzimy przeinaczony, przerysowany świat medyczny, ale i tak oglądamy.

Medycy mają jakieś takie inne poczucie humoru. Znają nietaktowne dowcipy o zabarwieniu medycznym. Wyrwane  ze swojego środowiska naturalnego szpitalne anegdoty wywołują reakcje typu aleosochosi. Bywamy dziwni. Serio.

Mamy pasje

Nie znam pielęgniarki, która nie miałaby zdolności manualnych.  Mamy hobby związane z rękodziełem - moje koleżanki szydełkują, haftują, robią witraże, zajmują się decoupage i scrapbookingiem, robią biżuterię z koralików.

W mieszkaniu, w którym przebywa pielęgniarka, jest przynajmniej jeden kącik z prowizoryczną pracownią handmade. Fotel, stolik, schowek, cokolwiek.

Znamy drugie dno pór roku i świąt

Spadł śnieg? Na jezdni jest szklanka? Super, wiemy już, że połamani ludzie będą walić do szpitala drzwiami i oknami.
Letnie upały? Dla nas to pacjenci z odwodnieniem, oparzeniami słonecznymi, udarami cieplnymi i ci wyłowieni z kąpielisk.
Okres przedświąteczny i Święta? Zwiększona liczba urazów na skutek porządków. Przeorganizowanie miejsc na oddziałach, bo powiedzenie "wymień babcię i dziadka na choinkę" powoli wchodzi w życie (patrz podpunkt Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz). Zatrucia pokarmowe.
Sylwester? Urazy spowodowane fajerwerkami i petardami.
Wszystkie Święta obchodzone w Polsce - leczenie zdrowotnych konsekwencji pijaństwa, bo ludzie po alkoholu są w stanie zrobić sobie naprawdę wielkie kuku...


Tak właśnie wygląda życie z pielęgniarką. Ma swoje plusy i minusy. Niezależnie od tego, jaki zawód wykonujesz, jego naleciałości widać w życiu domowym. Widzisz tu siebie? A może masz do dodania coś, co mi umknęło? Czy praca ma wpływ na pozostałe sfery Twojego życia? Koniecznie podziel się w komentarzu, jeśli masz ochotę.

Continue Reading

Mikołajki tuż tuż... U nas, w województwie mazowieckim, obchodzimy je symbolicznie - drobny upominek - zabawka, książka, coś słodkiego. Te wymarzone prezenty dajemy sobie w Wigilię. Wiem jednak, że w niektórych regionach Polski jest całkiem odwrotnie. 


W poprzednich stuleciach Mikołajki były dniem ustawowo wolnym od pracy - to wielkie święto katolickie na cześć Świętego Mikołaja - duchownego, który w swoim życiu skupiał się na pomocy potrzebującym. Do końca nie wiadomo, czy Święty Mikołaj istniał naprawdę - jeśli tak, to w mocno zamierzchłych czasach. Według legend i dawnych ksiąg, zasłynął z pobożności, zwalczania pogaństwa i bezinteresownego działania na rzecz ubogich. Święto Mikołaja było traktowane jako przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia.

Święty Mikołaj to patron dzieci. Niegdyś pod osłoną nocy zakonnice zostawiały pod drzwiami biednych domów paczki dla dzieci. Postać Mikołaja była od zawsze ściśle związana z pomaganiem. Wieczorem ktoś przebierał się za Świętego Mikołaja i obdarowywał grzeczne dzieci słodyczami, owocami i orzechami. Te niegrzeczne uderzano kijem.

Zwyczaj ukradkowego podkładania prezentów wziął się z legendy o ojcu, który stracił swój majątek, więc postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego, gdyż bez posagu i tak nie znalazłby chętnych na ożenek absztyfikantów. Widząc, co się święci, Święty Mikołaj przez trzy noce z rzędu wrzucał przez okno worek pieniędzy na posag, ratując tym samym kobiety przed losem, który chciał zgotować im własny ojciec. Ten, gdy zorientował się, kto wrzuca pieniądze, omal nie spalił się ze wstydu, gdyż wcześniej szydził ze Świętego Mikołaja. Za podarowane pieniądze wydał córki za mąż, a sam postanowił zmienić swoje życie na lepsze i pobożne.

Jako że od ok. 4 lat stronię od religii katolickiej, na Mikołajki, podobnie jak na resztę świąt związanych z tradycją katolicką, patrzę z przymrużeniem oka. Szóstego grudnia moje dziecko dostaje upominek od Świętego Mikołaja z okazji jego imienin. Od tego współczesnego Mikołaja z wielkim brzuchem i brodą, który lata saniami po niebie ze stadkiem przyjaznych reniferów i bierze udział w reklamie coca-coli. Taki nasz mały element baśniowy w realiach codzienności. 

Przygotowałam dla Was listę mikołajkowych prezentów dla przedszkolaka - wszystkie do kwoty 50 zł. Pochodzą z mojego ulubionego sklepu Hulahop.pl, o którym już pisałam na blogu kilkukrotnie. Nie wiem jak Wy, ale ja czasem mam wrażenie, że wydałam na daną rzecz dużą kwotę... a właściwie nic sensownego nie kupiłam. Dlatego na liście umieściłam takie zabawki, którymi dziecko pobawi się dłużej. Zapraszam! Może coś z tej listy już macie?

Prezenty dla kilkulatka za mniej niż 50 zł

1. Pierwszy mikroskop Clementoni - Mikroskop powiększa do 300 razy.
2. Gazelo zestaw narzędzi - Zabawka przeznaczona dla majsterkowiczów.  
3. Kasa sklepowa z akcesoriami - Zabawa w odgrywanie ról jest zawsze na czasie.  
4. Maszyna do szycia - Naśladowanie dorosłych bywa fajne, zwłaszcza jeśli w domu korzystacie z dorosłej maszyny do szycia.
5. Keyboard z mikrofonem - fajny pomysł, jeśli macie tolerancyjnych sąsiadów :-)
6. Mega creative Parking - straż z akcesoriami - bardzo dużo elementów.
7. Brimarex Robot na baterie zdalnie sterowany 
8. MalPlay Domek marzeń z wyposażeniem do projektowania - w domku są już mebelki i małe laleczki.
9. Cobi Gra świńskie ryjki - co tu dużo mówić, może się okazać, że pożyczysz ją od dziecka na imprezę, byłoby ciekawie :-) 
10. Jawa Gra Zaczarowany Świat Trolli - trolle to u nas kolejny hit po Krainie Lodu.

Jestem ciekawa, jak u Was obchodzi się Mikołajki? 




Lapbook dla przedszkolaka, ciało człowieka, przedszkolak poznaje ciało człowieka

Na lapbooki trafiłam przypadkiem i od razu wpadły mi w oko. Dlaczego? Bo to świetna zabawa. Na razie popularne są jedynie za granicą, gdzie staniowią alternatywę tradycyjnego uczenia się z podręcznika. W takiej teczko-książce umieszcza się ciekawostki oraz najważniejsze informacje dotyczące danego zagadnienia - taka wiedza w pigułce, przedstawiona różnymi technikami. 

Wcześniej czy później biedny rodzic musi w jakiś sposób podołać pytaniom ciekawskiego przedszkolaka, który chce wiedzieć, gdzie w jego ciele znajduje się krew albo co dzieje się ze zjedzonym obiadkiem. Przedstawiam Wam nasz lapbook pt. "Przedszkolak poznaje ciało człowieka" - materiały do wydruku podlinkowane na końcu tekstu. Udanej zabawy!

Co przedszkolak powinien wiedzieć o ciele człowieka?

Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie trudna, bo nie jestem pedagogiem ani nauczycielem przedszkolnym. Jestem za to rodzicem, który podjął próbę zaspokojenia ciekawości dziecka na temat własnego ciała. Czego dowiedział się mój przedszkolak, korzystając ze swojej książko-teczki? 

ciało człowieka dla przedszkolaka - mózg, serce, narządy wewnętrzne do układania

Ludzie mają w środku narządy wewnętrzne. Mózg jest w głowie i to w nim powstają myśli. Serce jest w klatce piersiowej i bije puk puk. Człowiek oddycha płucami, które powiększają się, gdy bierzemy wdech, bo jest w nich wtedy powietrze. Jaką drogę przebywa wszystko to, co zjemy i wypijemy. 

Ciało człowieka dla przedszkolaka, układ pokarmowy

Banalna zabawa :-). Droga, jaką przebywa jabłuszko, pełna zakrętów i przeciwności losu. Niby nic, a ulubiona część teczki mojego przedszkolaka. 

szkielet człowieka do układania dla przedszkolaka


Wesoły szkielecik człowieka do układania. Oczywiście z przymrużeniem oka. Na kartce przyklejona jest całość jako wzór, a w kartonowej kieszonce elementy, z których można ułożyć obok brata bliźniaka pierwszego szkieletorka. 

Anatomia dla kilkulatka


Serduszko puka w rytmie czacza i w rzeczywistości wygląda inaczej niż się je rysuje. Kaja za to mówi, że to niemożliwe, bo prawdziwe serduszko wygląda tak: 💗 I koniec! 

Uśmiechnięty i smutny ząbek - zabawa edukacyjna

Co lubią ząbki a czego nie


Kaję zaaferował smutny ząbek. W końcu ząbki nie lubią słodyczy. Ja jednak jestem przekonana, że powodem był kończący się tusz w drukarce - gryzienie niebieskiego brokuła musi być przygnębiające!

przedszolak uczy się czytać

Przemyciłam kilka prostych wyrazów. :-) Zabawa była, ale jak to bywa w przypadku dzieci, po zaspokojeniu ciekawości książko-teczka poszła w kąt. Mimo to, wcale mi nie szkoda, bo nie przywiązujemy wagi do takich rzeczy. Bawimy się nimi, dopóki mamy ochotę, a później podzielają los swoich papierowych kolegów i koleżanek z makulatury. Znając mnie, szybko wymyślę coś nowego. 

zabawa edukacyjna dla przedszkolaka DIY


Jako że nie jestem aż tak zdolna, aby rysować w programie graficznym takie rzeczy, wrzucę Wam link do mojej tablicy na Pinterest: do lapbooka: Przedszkolak uczy się o ciele człowieka. Są to darmowe materiały edukacyjne do wydruku, którymi posłużyłam się przy tworzeniu teczki. Piny prowadzą do stron, z których możecie je pobrać. 

Zobacz też:





Zdjęcie z fanpage Galanta Lala - blog plus size wstawione za zgodą autorki

To był ten późny wieczór, kiedy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zapuściłam dobrą nutę, jednak dźwięki ze słuchawek nie przywołały snu. Wyobrażałam sobie rzeczy, które lubię, że szydełkuję i liczę oczka, że wyemitowali drugi sezon Opowieści Podręcznej, że zdobywam te Rysy, których nigdy się nie udało, że ważę dziesięć kilo mniej i mieszczę się w spodnie z zeszłego roku. Dupa. Odpaliłam sobie fejsa, zerknęłam na aktualności z ulubionych stron i tak trafiłam na bloga Galanta Lala, na którym widniało powyższe zdjęcie z trafnym komentarzem autorki.

Z początku się wkurzyłam, bo kupuję dziecku książki z nadzieją, że niosą jakąś wartość. Nie zawsze mam możliwość i czas przeczytać je od deski do deski przed kupnem. Wielokrotnie dopiero w domu okazuje się, co w nich dokładnie jest. Jedne książki nastawione są na aspekt edukacyjny, inne zawierają nieszkodliwe i wesołe historyjki bez głębszego przekazu, jeszcze inne po prostu rozweselają albo mnożą liczne przemyślenia po przeczytaniu. Każda książka ma w sobie coś, co w jakiś sposób poszerza horyzonty. Jednak pierwszy raz spotykam się z książką dla dzieci, która obudziła we mnie wewnętrzny bunt.

Od jakiegoś czasu próbuję rozmawiać z dzieckiem na temat różności. Tłumaczę, że świat byłby nudny, gdyby wszyscy ludzie wyglądali tak samo. Jedni mają kilka kilogramów więcej, inni mniej. Jedni są wyżsi, inni niżsi. Jedni mają rude włosy, inni czarne. To wszystko jest nieważne, bo liczy się to, co kto ma w serduszku. Czasem rozumie bardziej, a czasem mniej. Jak to dziecko, bywa że taktu w niej za grosz, bo dzieci tak mają, że mówią bez ogródek w sklepie pełnym ludzi - mamo, patrz, ten pan ma kucyk, haha. Jak ja! Albo w autobusie: mamo - czemu masz taki gruby brzuch? Jest tam dzidziuś? Spojrzenia współpasażerów koncentrują się na mojej talii, która pewnie nigdy nie zbliży się kształtem do talii osy, z czym już się pogodziłam. - Nie kochanie, tam nie ma dzidziusia. Tam jest tylko jedzonko. - mówię. Kątem oka widzę, jak młodzian nieopodal, gotowy do ustąpienia miejsca, oddycha z ulgą. Tymczasem jedna mała książeczka mogłaby zniweczyć ten cały mój trud, jeśli pozostawiłabym ją bez własnego komentarza, co w sumie jest dobre, bo dzięki temu można omówić takie trudne sprawy. Trudne, bo rozmowy na takie tematy z 4,5-latką są skomplikowane, uwierzcie. Unikam ich na polu publicznym. Zazwyczaj staram się omówić to z nią, gdy jesteśmy same, na raty, po trochu. To nie tak, że dziecko przychodzi na świat z wrodzoną wrażliwością. Ono musi dojrzeć do empatii. Tak uważam. Staram się jej w tym pomóc, choć wiem, że przed nami jeszcze wiele gaf.

Tylko powierzchowność

Skreślanie znajomości tylko ze względu na wygląd jest płytkie. Wiadomo, że jeśli chodzi o te najbliższe relacje, to każdy ma swój typ i jeśli ktoś nie jest dla nas atrakcyjny to wcale nie znaczy, że obiektywnie taki nie jest.
Z tekstu wynika, że jeśli ktoś jest gruby, to od razu brzydki, tym samym nie jest wartościowy jako człowiek, nie warto go poznawać, nie warto z nim dalej rozmawiać. Dla mnie proste jest jak budowa cepa, że wygląd nie determinuje charakteru i nie można wartościować ludzi na podstawie ich masy ciała. Wiem, że dla niektórych przekaz z tej książeczki jest rzeczywistością. Wiem, że są ludzie, którzy kierują się powierzchownością, dobierając sobie znajomych. Na szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni myślowo. Jakieś 16 kg temu byłam w swoim życiu chuda. Jakieś 28 kg temu byłam w swoim życiu gruba. Weryfikacja moich znajomych dokonała się dzięki temu samoistnie i dziś najbliżej przy sobie mam ludzi, którzy widzą mnie, a nie moje ciało, które na przestrzeni lat różnie się zmieniało. Jeszcze wieki temu w pradawnych czasach bardzo to przeżywałam, ale dziś wiem, że stało się dobrze. Niektóre kompleksy leczę do teraz, ale taki mam charakter, że ze wszystkiego staram się wyciągnąć dla siebie coś dobrego. W tym przypadku nauczyłam się, że ludzie potrafią być dla siebie prawdziwymi chujami, ale to wszystko jest bez znaczenia, bo stamtąd, gdzie widzę ciemność, po prostu wychodzę w stronę światła.

A książę? Książę jest po prostu beznadziejny. Jeśli miałabym dokończyć tę opowieść w afekcie, powstałby królewski melodramat o księciu, który przemierza kolejne równiny i doliny, odwiedza dziesiątki królestw, i tak przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu siwieje, mięsień piwny rośnie w siłę. I żadna królewna go nie chce, czy to plus size, czy minus size, bo choć na miłość nigdy nie jest za późno, to jego czas przeminął i nie jest już młodym, wysportowanym ogierem, jak mu się zdaje. Całe życie oceniał innych powierzchownie, więc czemu ktokolwiek miałby widzieć w nim kogoś więcej, niż tylko podstarzałego rozkapryszonego starego kawalera. 

Jeśli miałabym dokończyć tę historię po dłuższym namyśleniu, uznałabym że książę jest strasznie nieszczęśliwy, bo nikt go nie nauczył, że w życiu ceni się jeszcze inne wartości. Człowiek to nie tylko to, co widzimy. Człowiek jest jak książka. Okładka nie zawsze jest interesująca, czasem i na wstępie powieje nudą, ale potem może się okazać, że to najlepsza książka ever, jaką kiedykolwiek czytałam.

Czekając na księżniczkę. Czekając na księcia.

Kilka lat temu natrafiłam na bardzo fajny tekst. Przytoczę go swoimi słowami tak, jak sobie mniej więcej zapamiętałam, ponieważ nie pamiętam źródła. To historia, którą absolutnie warto przytoczyć.

Bohaterami były cztery osoby -  żona, mąż i ich dwójka samotnych przyjaciół. Koleżanka - niska, przeciętnej urody księgowa. Nigdy nie była w poważnym związku. Gdy przychodziła w odwiedziny, żaliła się, że wciąż jest sama. Lata lecą. Ona już po 30-tce. Zazdrościła im pięknej rodziny. Tego zwyczajnego życia. Zagadywała - może znacie kogoś, takiego jak ja, kto nie ma nikogo. Małżeństwo miało kolegę mechanika - z wyglądu równie przeciętnego, ale pracowitego, z dużym poczuciem humoru, naprawdę fajnego gościa, samotnego jak księgowa. Na pomysł spotkania z ich znajomą zareagował wielkim entuzjazmem.
Księgowa natomiast, po usłyszeniu o spotkaniu z mechanikiem i krótkim przedstawieniu jego cech, obraziła się - pff, nie chcę mechanika! Dajcie spokój. Chciałabym kogoś na stanowisku. Przede wszystkim przystojnego, wysportowanego, bogatego, inteligentnego. 
Spotkanie było już dograne, więc małżeństwo szybko umówiło mechanika z inną koleżanką. Równie zwyczajną, po magicznej 30-tce, niebrzydką, ale też niewyróżniającą się, o średniej budowie, mądrą.
Na drugi dzień koleżanka była zachwycona, bo mechanik okazał się całkiem spoko gościem, ale on był jakiś taki zgaszony.

Na pytania, co właściwie się stało, powiedział - ech, może i ona jest fajna, ale ja marzę o długonogiej blondynce. Ona jest niska i mogłaby zrzucić kilka kilo. Ma za małe oczy. Jest taka zwyczajna. W sumie sympatycznie się gadało, mamy wspólne hobby, wypiliśmy butelkę wina, ale to nie to, więc pożegnaliśmy się. Nie chciałem robić jej nadziei.

Małżeństwo nie mogło zrozumieć, jak to możliwe. Jak to jest, że wszyscy zazdroszczą im udanego życia, rodzinnej sielanki. Tego, że idealnie się dobrali, a przecież żadne z nich nie przypomina modela i modelki, mają nudne prace. Są przeciętni. Zwyczajni.

Każda z tych trzech osób mogła założyć szczęśliwą rodzinę. Żadna z nich tego nie zrobiła, tracąc najlepsze lata swojego życia na poszukiwanie kogoś idealnego i bez skazy, ponadprzeciętnego. Nie oznacza to, że nie powinniśmy mieć żadnych oczekiwań wobec drugiej osoby. Co to, to nie. Jednak przez to, że powierzchowność czasem liczy się bardziej niż to, co pod nią siedzi, możemy pozostać sami na zawsze, bo ideałów najzwyczajniej w świecie nie ma, a jeśli w nie wierzysz, podobnie jak królewicz, spotkasz się z samymi rozczarowaniami.


Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do cholery chcą. Od siebie, od innych, od życia. Czytają poradniki, czasopisma, coachingowe wpisy. Wszyscy krzyczą - weź po prostu zacznij się cieszyć, czerp radość z codzienności, dostrzeż pozytywne strony. Stają więc przed lustrami, przymierzają uśmiechy. Przykleją do twarzy. Trochę krzywo. Są jak baletnice z oberwanymi sukienkami. Cieszą się z listka, kasztanka, deszczyku, żeby jakoś było. Próbowałaś, ale nie umiesz tak jak inni, tak normalnie. Nawet najprostszą rzecz jesteś w stanie skomplikować sobie do rozmiaru nigdy nierozwiązanego równania  z podręcznika do matmy. Tego, który straszy Cię czasem w koszmarach, choć minęło już tyle lat, od kiedy oddałaś go na makulaturę, myśląc z ulgą, że Einsteinem nie będziesz, ale co tam trzeba to sobie wyliczysz.

Wierzysz, że gdzieś istnieje wzór, aby rozwiązać to zadanie. Gdy byłaś mała, myślałaś że mózg to taka okrągła przestrzeń na kształt głowy, pełna przegródek z malutkimi karteczkami, na których zapisane są hasła klucze wszystkiego co wiesz, znasz i czujesz. Są po to, abyś nigdy nie zapomniała o żadnej rzeczy, której doświadczyłaś. Ta wielka kartoteka to Twój drogowskaz, wewnętrzna encyklopedia. Dopóki żyjesz, dopóty szukasz. Takie zwyczajne rozkminki dziecięce, bo to niemożliwe, że mózg to tylko biologia, bezkształtna masa, która nie przypomina niczego sensownego. Wierzysz, że tam jest Twój wzór, jakieś słowo wyjaśnienia. Analizujesz je wszystkie, palcem na ścianie kreślisz mapy semantyczne. Do rana, a później zamiera Ci serce. Przykładne robożycie czas start. Zalewasz poranną kawę, wydeptujesz dobrze znaną ścieżkę łazienka-szafa-drzwi-winda. Kolejny dzień wypędza Cię z łóżka.

W mojej rodzinie kobiety są nieszczęśliwe. Od pokoleń. Prababcia, babcia, matka. I ja...- napisała mi na messenger. Wyobraziłam sobie, jak właśnie przechyla kieliszek czerwonego wina. Kiedyś pewnie wybrałybyśmy się na długi, wieczorny spacer albo spędziłybyśmy noc przy stole obstawionym szkłem, jak to zwykle bywa przy okazji rozmów, które pojawiają się znienacka. Niczym petarda wybuchają między zdaniem o chujowej pogodzie a niewinnym wspomnieniem o kimś, kto był lub nie było go wcale. Teraz wszyscy klikamy. Takie czasy. Taki klimat. Obok śpi moja córka. Mam nadzieję, że najgorsze, czego doświadczy, to zły sen.

Zastanawiasz się, dlaczego w jednych rodzinach kobiety z pokolenia na pokolenie prowadzą nieszczęśliwe życie, a w innych trwa sielanka niczym idealne Instażycie.

Wydarzenia z życia Twojej prababci mogą mieć wpływ na życie Twojej wnuczki


Okazuje się, że to, co przeżyli członkowie naszych rodzin kilkadziesiąt lat temu, ma wpływ na odczuwane przez nas emocje, pojawiające się myśli, umotywowane nimi zachowania. Zostało to udowodnione naukowo. Profesor Rachel Yehuda, która jest psychiatrą i neurologiem zauważyła, że dzieci i wnuki osób ocalonych z holokaustu mają objawy syndromu stresu pourazowego (PTSD), choć same nigdy nie przeżyły żadnej traumy. Osoby te w swoim życiu notorycznie odczuwały lęk, nerwowość, otępienie, bezsenność i cierpiały na koszmary. Wiele z nich miało depresję.

To, dlaczego powielają symptomy traumy, której same nie przeżyły, stało się zagadką, dopóki Yehuda nie zbadała poziomu kortyzolu. To hormon, który pomaga wrócić ciału do normalnego funkcjonowania po przeżyciu ogromnego stresu. Choć sam stres związany jest z jego wysokim poziomem, osoby z PTSD mają na stałe obniżony poziom tego hormonu. Swoją dysfunkcję hormonalną przekazują dzieciom, co predysponuje je do odczuwania objawów PTSD, choć same nigdy nie przeżyły niczego tak mocno stresującego.
Yehuda podobne badanie przeprowadziła u weteranów wojennych, a także u kobiet ciężarnych, które zostały dotknięte PTSD w wyniku ataku na WTC.

Jeśli w Twoim życiu na pierwszym planie jest przygnębienie, smutek i lęki, być może powinnaś przeanalizować wydarzenia z przeszłości poprzednich pokoleń. W książce Marka Wolynna pt. Nie zaczęło się od ciebie, pojawia się kluczowe pojęcie traumy dziedziczonej.

Zdanie "nie denerwuj się w ciąży" zyskuje nowy sens


Jest taki moment w naszym życiu, w którym nosimy w sobie materiał genetyczny naszej babci, matki, swój własny, a także swojej córki. Brzmi absurdalnie, prawda? Kiedy jesteś w ciąży, córka siedząca w Twoim brzuchu wykształca blastyczne komórki jajowe, dzięki którym kiedyś powstaną jej dzieci. Kiedy Twoja matka nosiła Cię w brzuchu, podobnie było z Tobą. Okazało się część DNA, która była uznawana niegdyś za śmieciową, koduje niektóre zachowania i emocje. Tym sposobem możesz mieć zakodowaną w sobie nieprawidłową zdolność przeżywania stresowych sytuacji i odoczuwać coś, co przytrafiło się Twojej babci, i nie zdawać sobie z tego sprawy. Sygnały ze środowiska mogą zmienić zachowanie i fizjologię komórek w naszym ciele, a także aktywować lub wyciszać niektóre geny, także te odpowiedzialne na psychikę i emocjonalność.
Płód współodczuwa razem z matką i dziś nie jest to dla nikogo zadziwiające, ale fakt, że będą to odczuwać trzy pokolenia, już tak. Autor książki przytacza przykład, w którym Twoja babcia dowiaduje się o śmierci męża, będąc w ciąży z Twoją matką. Babcia odczuwa ból, który dzieli z Twoją matką i poniekąd z Tobą, gdyż w jajnikach Twojej matki są komórki z naznaczonym stresem materiałem genetycznym. Może to skutkować tym, że kiedyś będziesz odczuwać strach przed śmiercią bliskiej osoby albo będziesz zamartwiać się na wyrost o tych, których kochasz, co stanie się źródłem przewlekłego lęku, nerwicy i depresji. Mogą nękać Cię emocje, które zazwyczaj towarzyszą żałobie. W okresie współdzielenia jednego środowiska stres może zmienić DNA - trauma jednego członka rodziny zostaje wpisana w nie na zawsze. Takie DNA przekazywane jest z pokolenia na pokolenie.

Więź matka - dziecko (nie tylko dla mam)

Mark Wolynn w swojej książce porusza nie tylko kwestię genetyki, ale też to, co w zasadzie jest mniej odkrywcze, a jednak tak samo istotne. Chodzi o przekazywanie wzorców z pokolenia na pokolenie. W ten właśnie sposób budowana jest opieka macierzyńska. Problemy na poziomie więzi matka-dziecko nie dotyczą tylko tych dwóch osób, ale są przekazywane następnym pokoleniom. To, jakimi matkami były nasze babcie ma wpływ na to, jakimi jesteśmy my. Jeśli babcie w jakiś sposób zaniedbywały nasze mamy, być może będziemy mieć problem w nawiązywaniu relacji z innymi ludźmi.
Według Wolynna, dla noworodka zerwanie więzi z matką to coś więcej niż odczuwanie tęsknoty.

Noworodek odbiera to jako zagrożenie życia. Jeśli separacja się przedłuża, dziecko odczuwa rozpacz, a później się poddaje. 

Jeśli ciągle czujesz się przegrana i często odczuwasz klęskę, być może Twoje babcia utraciła wcześnie rodziców lub została w jakiś sposób przez nich odrzucona. Więź matka-dziecko to coś, co jest budowane przez kilka pokoleń, analogicznie może być w ten sposób uszkadzane. Jeśli ktoś Cię odrzuca albo nie akceptuje, smutne doświadczenia z przeszłości Twoich bliskich, które żyją w Twojej podświadomości, mogą się uaktywnić.

Trzy córki - ta sama odziedziczona trauma - trzy różne drogi życia


Załóżmy, że w rodzinie pojawia się problem, który nazwiemy roboczo "brak szczęścia do facetów", w kolejnych pokoleniach może być wyeksponowany za każdym razem inaczej. Jeśli matka wybrała niewłaściwego mężczyznę i tkwiła wiele lat w tym nieszczęśliwym wyborze, odciśnie się to na życiu jej córek, ale niekoniecznie w ten sam sposób. Pierwsza córka może skopiować życie matki, próbując podświadomie przepracować to, czego nie zdążyła matka. Druga córka może za to przejąć na siebie nigdy nie wyrażone uczucia matki - np. ciągłe rozczarowanie, gniew, strach, które będą niszczyć każdy jej związek niezależnie od tego, z kim się zwiąże. Trzecia córka być może zostanie sama ze strachu przed skopiowaniem losu swojej matki. Choć możliwości jest kilka, wszystkie córki będą nosić ślady traumy matki. Wolynn podpiera swoją teorię ciekawymi przykładami ze swojej pracy w zawodzie terapeuty.
Wyszczególnia trzy najczęstsze drogi, jeśli chodzi o dziedziczoną traumę po przodkach, wynikające z naruszenia więzi matka-dziecko. Jedno dziecko będzie mieć w sobie potrzebę ciągłego zadowalania innych, bycia grzecznym, miłym i dobrym w strachu przed odrzuceniem. Drugie będzie "tym złym", tzw. outsiderem, robiącym wszystko, aby nie wchodzić w bliskie relacje. Trzecie będzie biernie trwać w izolacji, nie nawiązując kontaktów.

Czy człowiek rodzi się jako czysta tablica?

Okładka e-booka
Wygląda na to, że wcale nie. O tym, jacy jesteśmy i jak wyglądają nasze wybory, a co za tym idzie życie, decyduje przeszłość rodzinna i wygląd więzi matka-dziecko kilka pokoleń wstecz. Jeśli więź była dobra, życie stoi przed Tobą otworem. Jeśli były zakłócenia, masz ciągle pod górkę, a najgorsze jest to, że często nie możesz znaleźć odpowiedzi, dlaczego życie biegnie obok i wciąż omija Cię to, co w nim najlepsze. Zamiast korzystać ze wszystkiego dobrego, co dzieje się wokół Ciebie, stoisz w miejscu i cierpisz. W dalszej części książki Wolynn opisuje, jak sobie poradzić z taką sytuacją.

Książka jest bardzo ciekawa i warto ją przeczytać. Część wiedzy przekazana jest dość trudnym językiem w sposób nużący, chodzi głównie o informacje typowo naukowe, jednak nie zraziło mnie to, z czego się cieszę. Przytacza sporo przykładów, sytuacji rodzinnych obrazujących jego teorię. Jeśli w Twoich emocjach nie dzieje się najlepiej, zazwyczaj szukasz przyczyny w sobie, a gdy jej nie znajdujesz, i tak szukasz jej w sobie. Według Wolynna często okazuje się, że trzeba poszperać głębiej, nawet kilkadziesiąt lat wstecz, bo... "nie zaczęło się od Ciebie".






Mamy w domu pewien cenny karton po butach, odkopany kiedyś na strychu. Nie jest to taki zwykły karton, bo w środku znajduje się... uwaga... skarb taty w pigułce. To jego klocki Lego z dzieciństwa, a raczej ich pozostałości, bo reszta zaginęła w którymś momencie czasoprzestrzeni. Przez lata strzegł ich jak oka w głowie. Kiedyś jeszcze się przyda - znacie? No i przydało się. 


Moje dziecko co jakiś czas zatapia się w klockach. Były już duże plastikowe, drewniane, Duplo, a teraz Lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. W zasadzie najmniej bawiła się klockami Duplo. Może dlatego, że przypadło to na okres zachwytu Krainą Lodu i Światem Barbie? Od jakiegoś czasu klocki znów wróciły do łask. Budowanie z klocków wciąga, ale gdy się trochę znudzi, można wykorzystać je w nieco inny sposób. Mam dla Was 4 pomysły na zabawę klockami - trochę inaczej niż zwykle.

Sekwencje z klocków

Wydaje się to śmiertelnie nudne - to fakt. Budowanie takich ciągów klockowych ma jednak trochę plusów. Wymyślamy sobie kolejność klocków - mogą być różne kolory i kształty, np. żółty, niebieski, czerwony - to jest "moduł sekwencji", który będzie powtarzany. Zadaniem dziecka jest zbudowanie węża według powyższych zasad. Ważne, aby robić to od lewej do prawej. Sekwencje trenują lewą półkulę mózgu. Takie ćwiczenie przygotowuje dziecko do nauki czytania w przyszłości. Sekwencje to jedna z ulubionych zabaw logopedów. :-)

Gra zręcznościowa z klocków i gumki do włosów

Można wykorzystać gumki w różnych kolorach i zrobić zawody - kto wceluje najwięcej razy? Nie udało mi się zrobić zdjęcia, więc podsyłam swoją inspirację z Pinterest.
 https://pl.pinterest.com/pin/AT2d4EK-DfrSvxuLF87Zp0sUQ82GI5TuUkGnkYHVfvEcpYYeXre7NZM/

Kilka klocków i mamy... katapultę

Nie będę tej zabawie przypisywać głębszego sensu. Katapulta... po prostu jest i cieszy. :-)



Samochód napędzany paliwem balonowym



Skonstruowanie nie było wcale takie łatwe. Zajęło nam to prawie godzinę, bo mimo teoretycznej prostoty wykonania, klocki trzeba było dobrać tak, aby nie rozłączały się po nadmuchaniu balonika. Potrzebna jest słomka, balonik i taśma klejąca. Kawałek słomki wsadzamy do balonika i oklejamy taśmą tak, aby nie było przecieków, inaczej samochód pojedzie tylko kilkanaście centymetrów. Uciekające powietrze sprawia, że autko jedzie do przodu.To było naprawdę trudne, choć wygląda nieskomplikowanie. :-)


Jakie klocki są najlepsze dla przedszkolaka?

Najlepiej trzymać się zasady, im mniejsze dziecko tym większe klocki. Z początku mieliśmy drewniane klocki, później te duże Mega Blocks. Potem był etap przejściowy z klockami lego Duplo, ale niedługi, więc mamy ich niewiele. Obecnie na topie są klocki lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. Moje dziecko bawi się raz jednymi, raz drugimi, a czasem wszystkimi naraz. Jeśli szukacie klocków, możecie odwiedzić sklep Hulahop.pl, gdzie wybór jest naprawdę spory. Mi najbardziej podobają się te:

1. Heros Konstruktor 120 el.
2. Woodyland Klocki drewniane w wiaderku 50 szt. - takie właśnie mamy
3. Klocki Korbo 40 el.
4. ICOM Blocki Mubi Bajkowa Kraina
5. ICOM Klocki Blocki Lalilandia - Weekend na działce 70el.
6. ICOM Blocki Lalilandia - Morska wycieczka 318el.
Jeśli chodzi o klocki Lalilandia, mamy takie i łączą się z Lego.
7. Cobi Klocki Action Town Sala operacyjna
8. Mega Bloks First Builders - te też mamy, choć wydawać by się mogło, że mój przedszkolak jest za duży, to jednak czasem się nimi bawi.
9. Lego Duplo Przedszkole
10. Geomag Tazoo Jelo 70 elementów



Jeśli chodzi o kategorię wiekową, przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na to, czy dziecko nie już bierze przedmiotów do buzi. Wiadomo, przy małych klockach jest ryzyko. Jednak przedszkolaki ten etap dawno mają za sobą (uff!), więc przestałam zwracać uwagę na rozmiar klocków. Wszystko jest kwestią cierpliwości dziecka - czy nie poddaje się przy składaniu małych elementów? Podobnie nie zwracam uwagi na kategorie dla chłopca i dziewczynki, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby dziewczyny składały helikoptery, a chłopcy różowe zamki. :-) Powiem też, że nie wiem dlaczego tak jest, ale do niedawna klocki dla chłopców były ciekawsze, więcej wyzwań, majsterkowania. Na szczęście powoli się to zmienia. Któregoś dnia moja córka siedziała smutna i mówi do mnie - wiesz mamy, chciałabym mieć robota, ale nie mogę. Zapytałam więc dlaczego, a ona na to, że roboty są tylko dla chłopców. Mi też zrobiło się smutno, bo to przecież nieprawda, co wyjaśniłam. Moje dziecko ma lalki, zestawy piknikowe, domek, ale z jej pudła można też wygrzebać straż pożarną, gumowe pająki i resoraki. Tak samo chętnie pomaga przy wkręcaniu śrubek i przy robieniu babeczek.





To jest ten książkowy moment, który wywołuje dreszcz grozy. Kojarzony z bezstresowym wychowaniem, wymuszaniem i brakiem dyscypliny - wszyscy wokół czują się najmądrzejsi. Przytaczany w anegdotach, dyskusjach o wychowywaniu dzieci, na blogach i w prasie dla rodziców. Krótka chwila, kiedy sama już nie wiesz, czy jesteś tu, gdzie stoisz, a może dostałaś angaż w jakimś miksie Egzorcysty ze scenami batalistycznymi z produkcji, której tytułu nie pamiętasz (nie przejmuj się, ja też nie przepadam na filmami wojennymi). Może wymyśliłabyś coś mądrego, ale świeżo wyprasowane myśli pospadały z wieszaków i właśnie kotłują się w nieładzie. Choć na co dzień masz tam wszystko uporządkowane, w tym chaosie nie możesz niczego znaleźć. Powinnaś coś zrobić, w końcu jesteś matką. Zrobić szybko, więc te myśli takie nieociosane, prosto z kłębowiska materializują się w "cholera jasna, bo zaraz...", "mam dość tych wrzasków", "uspokój się wreszcie, bo", "jeszcze chwila, a...", "jak natychmiast nie przestaniesz to...". Znasz to? Pewnie wiele razy to słyszałaś i może powiedziałaś - ja też.


Histeria.

Zawsze się tego bałam, a szczególnie, że nie dam sobie rady z opanowaniem dziecięcej histerii, oceny mnie jako rodzica, destrukcyjnego działania na dziecko mojej reakcji. Nie wiem, czy kiedyś ludzie mieli takie dylematy. Ja byłam wychowywana tradycyjnie, pewnie jak większość z nas. Dziś jako dorosła osoba nie zgadzam się z tym i chcę inaczej. Wierzę, że to, jak reagujemy, ma wpływ na dorosłe życie dziecka. Nie chodzi tylko o to, aby wyrosło na człowieka, co często zaznaczają w swoich wypowiedziach entuzjaści klapsów i im podobnych. Chodzi o to, aby wyrosło na człowieka asertywnego, pewnego siebie i przekonanego o własnej wartości i ja tych wszystkich cech nie chcę odbierać dziecku na starcie. Kiedyś słyszałam zdanie, które brzmiało mniej więcej tak - im częściej coś słyszymy, tym bardziej zaczynamy w to wierzyć. Jeśli nie szanujesz czyichś uczuć, nie akceptujesz ich i wymagasz, aby dziecko było w stu procentach podporządkowane i grzeczne to jesteś na najlepszej drodze do tego, aby ukształtować dorosłego, który wciąż ma podcięte skrzydła, czuje się mało ważny, stojący w cieniu. Co prawda naleciałości dawnych przekonań wciąż się przewijają, ale walczę z tym, bo nigdy nie jest za późno, aby stać się lepszym rodzicem. Choć to takie absurdalne, najtrudniej było mi zrozumieć i zaakceptować to, że złość, smutek i gniew są dobre. Jakiś czas temu napisałam tekst My dorośli już tak mamy. Akceptacja czyichś emocji przychodzi nam z trudem. Tam bardziej rozpisałam się na ten temat.

Wiele razy mówiłam - uspokój się, nie płacz, przestań, a przecież to takie naturalne, że jak komuś jest smutno to płacze, jak jest wkurzony to unosi głos. My dorośli umiemy się ograniczać, aby nie narobić sobie wstydu. Mamy pewną granicę, której zazwyczaj nie przekraczamy. Dziecko dopiero uczy się uzewnętrzniać, więc jeśli nie zgadzam się na bajkę w TV, a moje dziecko płacze, już nie mówię - weź przestań, bo przez tydzień Ci nie włączę. Staram się je zrozumieć, bo jest mu po prostu smutno - nie otrzymało czegoś, na czym mu zależało, czuje się rozczarowane. To są normalne uczucia, które targają nami, jeśli czegoś bardzo chcemy, a nie możemy. Nie włączę tej bajki, ale po prostu przytulę, a gdy się uspokoi, to porozmawiamy. Czasem do danego tematu wracam jeszcze po dniu lub dwóch. Nie uznaję odpowiedzi "nie, bo nie".

Histeria zwykle ma drugie dno, którym jest zmęczenie, głód, złość, żal i smutek. Nam zdarza się od czasu do czasu taki płacz o byle Gie, jak to mówią. Na szczęście głównie w domu. Choćby ostatnio o to, że tata w pigułce wyrzucił zużytą gąbkę do śmieci. Nigdy nie wpadłabym na to, że można za czymś takim płakać. Córka w pigułce zrobiła się niegrzeczna, rozgniewana, a na końcu wybuchła trudnym do opanowania płaczem. To nic, że gąbka była już zużyta, była jej, a ktoś ją wyrzucił. Strasznie działało mi to na nerwy. Ale tak sobie pomyślałam, że coś, co jest dla mnie byle Gie, dla kogoś może być bardzo ważne. Nawet jeśli uważam, że to niedorzeczne.

Nie jestem żadnym pedagogiem, psychologiem, nauczycielem. Na swoim blogu nie udzielam porad, a jedynie opisuję, co działa u nas. Jest taki jeden niezawodny sposób na każdą dziecięcą histerię i ten wpis powstał po to, abym mogła się tym sposobem podzielić.

To odczekanie minutki i PRZYTULENIE. I może ktoś powiedziałby, że jestem wariatem. I sama kręcę na siebie bicz. A jednak u nas to działa. Zwyczajne przytulenie i słowa "wiem, rozumiem, czuję...". Cały ten chaos, miotanie się odchodzi w dal. Moja złość, jej złość zostają za plecami. Wiem, że już nie wrócą. Zawiązuje się nic porozumienia. Pamiętaj, tajny kod przytulenia i hasło "wiem, rozumiem, czuję..." - spróbuj, nic nie stracisz przecież. To działa bardziej niż klaps. Bardziej niż krzyk - gdyby ktoś płaciłby mi za krzyczenie, nie musiałabym brać kredytu hipotecznego. Krzyczę. Łatwo wybucham. Równie dobrze mogłabym zamknąć się w łazience i krzyczeć na ścianę albo w stronę wanny. Odkąd to odkryłam, o czym pisałam też we wpisie Mamo, nie krzycz, zaczęłam pracować nad własnym wyrażaniem emocji, no bo tak logicznie rzecz biorąc, nikt nie krzyczy dlatego, że jest przekonany o skuteczności krzyku w procesie wychowania dziecka. Ludzie krzyczą, bo inaczej nie potrafią, a jakoś muszą. Jeśli uważasz, że krzyczenie i klapsy to najlepszy sposób na to, aby mieć grzeczne dziecko to znaczy, że masz ze sobą problem i to Ty potrzebujesz pomocy. Niestety. Ale nie martw się, jest nas więcej takich rodziców krzykaczy. Grunt to po prostu się do tego przyznać, że nie masz racji. Czasem, aby zmienić coś na lepsze, trzeba zapomnieć o wszystkim, co dotychczas znałaś/eś, i budować na nowo swoje przekonania. Gdybym miała opisać uczucia, które targają człowiekiem w chwilach rodzicielskiej bezsilności, przypominałyby długi łańcuch. Jeśli na złość zareaguję złością, otrzymam złość, no to jeszcze jedno ogniwo złości dołożę. Jeśli zrobię coś całkiem przeciwnego, nie będzie z czego budować tego łańcucha. Jeśli przytulę, zaczniemy łączyć go od nowa z całkiem innych ogniw.

Odkąd wysnułam swoje wnioski dotyczące ujarzmiania dziecięcej histerii, strasznie mnie razi, gdy ktoś chwali się pogrożeniem, straszeniem czy jest przekonany o słuszności swoich poglądów, opierających się na tym, że dziecko ma być posłuszne i się podporządkować - daj spokój, to ci i tak nic nie da, przestać płakać, bo mam tego po samą kokardę. W ten sposób można najwyżej pokazać, że uczucia dziecka w ogóle nas nie interesują. Rozumiemy je, gdy jest szczęśliwe i roześmiane. Gdy złości się i płacze, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście dla jasności napiszę, że moja akceptacja nie oznacza braku reakcji. Rok temu pewnie sama udzieliłabym takiej mało konstruktywnej wskazówki i w dodatku wypowiadałam frazy podobne do tych w kursywie. Na szczęście mam to za sobą. Kilka dni temu ktoś napisał w Internecie, że w przypadku histerii mówi dziecku "Nie wolno płakać...". Dalej nie czytałam, tylko się zdziwiłam, próbując poskładać to wszystko logicznie do kupy. Nie odkryłam, co takiego złego jest w płaczu i dlaczego płacz jest czymś, co najlepiej zabronić. Nie płacz... tylko dlaczego?


Polecany post

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do chol...