Cebula, miód i czosnek w roli głównej. Przepis na syrop z cebuli.

/ 22 września


Dostałam ten przepis od swojej koleżanki Ani, gdy szukałam ratunku na wzmocnienie odporności mojego dziecka. Kaja często choruje i kilkanaście razy skończyło się to antybiotykiem. Najgorsze zarazy przynosi z przedszkola. W tym roku najtrudniejsze było dla nas zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w domu. Na przełomie maja i czerwca Kaja trafiła do szpitala, o czym pisałam tutaj (Mamo, która teraz czuwasz, przeczytaj). Od tego czasu zaliczyła jeszcze dwa razy katar w wakacje, a kilka dni temu zaczęła się infekcja, która wróżyła źle. 


Kaja pokazywała na szyję i klatkę piersiową mówiąc, że bardzo boli ją, gdy kaszle. Do tego oczywiście paskudny kaszel, gorączka i katar (o dziwo lekki). Zrezygnowana pojechałam do pediatry. Wiedziałam, że pewnie skończy się antybiotykiem. Teraz nie przepisze, ale za trzy dni wrócimy do gabinetu, jak zwykle, i dostaniemy. Dostaliśmy zalecenia takie jak zazwyczaj - inhalacje i jakiś łagodny syrop z naturalnych składników. 

Pomyślałam sobie, że nie mam nic do stracenia i odszukałam przepis na syrop z cebuli, który zeszłego roku podesłała mi Ania. Generalnie to nie jestem jakoś zakręcona na punkcie eko i natury. Do takich rzeczy podchodzę z dystansem - nie zaszkodzi, może trochę zadziała, ale w cuda nie wierzę.  Zrobienie syropu z cebuli zajęło mi może 5 minut. Daję go Kai trzy razy dziennie po łyżce i czuję się zaskoczona. To naprawdę działa. Na kontroli lekarz dorzucił nam jedynie syrop wykrztuśny. Poza tym Kaja nie gorączkuje i ogólnie czuje się znakomicie. Choroba prawie zniknęła w zastraszającym tempie. Pierwszy raz nie ciągnie się kilkanaście dni. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem. Może się przyda? Nam pomogło bardzo, choć na wstępie potraktowałam jego podawanie z przymrużeniem oka. Teraz wiem, że będę robić go regularnie, bo wierzę, że profilaktyczne picie tej mikstury poprawia odporność dziecka na te paskudne jesienno-zimowe infekcje. Może będzie mniej podatna na przeziębienie? Na wiosnę dam znać, czy w porównaniu do poprzednich lat, kiedy nie robiłam tego syropu, częstotliwość infekcji się zmieniła. A teraz łapcie recepturę:

Pięciominutowy syrop z cebuli, miodu i czosnku

syrop z cebuli na przeziębienie
Składniki: 1,5 cebuli, 2 ząbki czosnku, miód, opcjonalnie cukier

Cebulę i czosnek kroimy w plasterki. Następnie układamy w słoiku warstwami: plaster cebuli, plaster czosnku, łyżeczka miodu. Robimy tak do wyczerpania naszych przygotowanych składników. Można dodatkowo posypać cebulę odrobiną cukru, aby puściła więcej soku. 
Słoik zostawiłam na noc na blacie kuchni. Rano był gotowy do schowania do lodówki. 
Taka porcja wystarczy dla jednej osoby na ok. 3 dni. Dłużej też nie ma sensu trzymać, nawet jak zostanie, bo może się już nie nadawać. Lepiej zrobić nowy, zwłaszcza że robi się go szybko.  

Mam też ochotę na sporządzenie trzyskładnikowego syropu z przepisu prababci Irenki, którym podzieliła się Mama Karolina - możecie znaleźć go na jej blogu pod tym linkiem. Wydaje się równie prosty do zrobienia. 





Dostałam ten przepis od swojej koleżanki Ani, gdy szukałam ratunku na wzmocnienie odporności mojego dziecka. Kaja często choruje i kilkanaście razy skończyło się to antybiotykiem. Najgorsze zarazy przynosi z przedszkola. W tym roku najtrudniejsze było dla nas zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w domu. Na przełomie maja i czerwca Kaja trafiła do szpitala, o czym pisałam tutaj (Mamo, która teraz czuwasz, przeczytaj). Od tego czasu zaliczyła jeszcze dwa razy katar w wakacje, a kilka dni temu zaczęła się infekcja, która wróżyła źle. 


Kaja pokazywała na szyję i klatkę piersiową mówiąc, że bardzo boli ją, gdy kaszle. Do tego oczywiście paskudny kaszel, gorączka i katar (o dziwo lekki). Zrezygnowana pojechałam do pediatry. Wiedziałam, że pewnie skończy się antybiotykiem. Teraz nie przepisze, ale za trzy dni wrócimy do gabinetu, jak zwykle, i dostaniemy. Dostaliśmy zalecenia takie jak zazwyczaj - inhalacje i jakiś łagodny syrop z naturalnych składników. 

Pomyślałam sobie, że nie mam nic do stracenia i odszukałam przepis na syrop z cebuli, który zeszłego roku podesłała mi Ania. Generalnie to nie jestem jakoś zakręcona na punkcie eko i natury. Do takich rzeczy podchodzę z dystansem - nie zaszkodzi, może trochę zadziała, ale w cuda nie wierzę.  Zrobienie syropu z cebuli zajęło mi może 5 minut. Daję go Kai trzy razy dziennie po łyżce i czuję się zaskoczona. To naprawdę działa. Na kontroli lekarz dorzucił nam jedynie syrop wykrztuśny. Poza tym Kaja nie gorączkuje i ogólnie czuje się znakomicie. Choroba prawie zniknęła w zastraszającym tempie. Pierwszy raz nie ciągnie się kilkanaście dni. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem. Może się przyda? Nam pomogło bardzo, choć na wstępie potraktowałam jego podawanie z przymrużeniem oka. Teraz wiem, że będę robić go regularnie, bo wierzę, że profilaktyczne picie tej mikstury poprawia odporność dziecka na te paskudne jesienno-zimowe infekcje. Może będzie mniej podatna na przeziębienie? Na wiosnę dam znać, czy w porównaniu do poprzednich lat, kiedy nie robiłam tego syropu, częstotliwość infekcji się zmieniła. A teraz łapcie recepturę:

Pięciominutowy syrop z cebuli, miodu i czosnku

syrop z cebuli na przeziębienie
Składniki: 1,5 cebuli, 2 ząbki czosnku, miód, opcjonalnie cukier

Cebulę i czosnek kroimy w plasterki. Następnie układamy w słoiku warstwami: plaster cebuli, plaster czosnku, łyżeczka miodu. Robimy tak do wyczerpania naszych przygotowanych składników. Można dodatkowo posypać cebulę odrobiną cukru, aby puściła więcej soku. 
Słoik zostawiłam na noc na blacie kuchni. Rano był gotowy do schowania do lodówki. 
Taka porcja wystarczy dla jednej osoby na ok. 3 dni. Dłużej też nie ma sensu trzymać, nawet jak zostanie, bo może się już nie nadawać. Lepiej zrobić nowy, zwłaszcza że robi się go szybko.  

Mam też ochotę na sporządzenie trzyskładnikowego syropu z przepisu prababci Irenki, którym podzieliła się Mama Karolina - możecie znaleźć go na jej blogu pod tym linkiem. Wydaje się równie prosty do zrobienia. 



Continue Reading


Kaja dorobiła się kilku całkiem fajnych gier planszowych. Część z nich dostała na dzień dziecka, pod choinkę i na urodziny, a niektóre wypatrzyłam gdzieś na promocji lub w secondhandzie (sklepy z używaną odzieżą bywają prawdziwą kopalnią gier planszowych). Jeśli nie masz pomysłu na prezent dla przedszkolaka, gra zawsze uratuje sytuację, pod warunkiem, że rodzice lubią tego typu aktywności (w pojedynkę grać się nie da...). Jeśli w domu dzieci jest więcej, to i więcej chętnych do zabawy, ale ja piszę bloga z perspektywy mamy jednego dziecka, więc u nas w domu Kaja bawi się sama lub z nami. Nie oszukujmy się, nie wszyscy rodzice bawią się z dziećmi. My też nie gramy codziennie, bo jak to w życiu bywa, różnie się układa. Jednak co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym siadamy przy stole i gramy we wszystkie nasze gry. Taki prezent zawsze będzie na czasie. Najwięcej radości ma z tego dziecko - nie będę udawać, że gry dla kilkulatka są w stanie wciągnąć dorosłych na tyle, że zapominają o bożym świecie. Planszówki dla kilkulatków nie mogą być skomplikowane, a co za tym idzie, czasem są przewidywalne, ale nie jest to regułą - dlatego my lubimy gry oparte częściowo na losowości - wtedy może stać się wszystko. Wspólne granie sprawia nam największą radość przez ten uśmiech na dziecięcej buzi. Poza tym, gdy akurat wykładamy na stół gry podobne do tych z mojego dzieciństwa, zalewają mnie wspomnienia dawnych emocji, które towarzyszyły planszowym rozgrywkom i... po prostu lubię to uczucie. Widzę w swoim dziecku te wszystkie intensywne radości z prześcignięcia pionka, radosne napięcie - czy teraz uda się wyrzucić liczbę oczek prosto do mety? A może ktoś wyprzedzi pionek, gdy będzie stać dwie kolejki? Krótkie rozczarowania, które po chwili zamieniają się w okrzyk wygranej. Czasem mały smuteczek z powodu przegranej, przechodzący szybką metamorfozę w gotowość do rewanżu i niecierpliwe oczekiwanie, bo przecież zaczynamy od nowa. Takie małe rzeczy, które można wyczytać z jej miny, sposobu siedzenia, ruchów. W dzieciach najfajniejsze jest to, że emocje wypływają czystym, niczym niezmąconym strumieniem. Dzieci nie robią dobrej miny do złej gry i na odwrót. Zachowują się dokładnie tak, jak się czują. Moja córka potwierdza tę regułę.

Mieliśmy okazję wypróbować najróżniejsze gry - nie tylko te z planszami, np. zręcznościowe. Najbardziej jednak odpowiadają nam gry oparte na zasadzie losowości, w których chodzi się pionkami. Nie jestem z tych, co ściemniają, aby dziecko zawsze wygrało. W grach losowych fajne jest to, że masz wpływ tylko na część rzeczy, a reszta zależy od szczęścia, liczby oczek na rzuconej kostce, od pola, na którym stanie pionek. Oznacza to, że każdy niezależnie od wieku i umiejętności może wygrać lub przegrać, dzięki czemu gra nie jest przewidywalna. W sumie trochę jak w życiu, nie? Zawsze wkurzało mnie powiedzenie, że każdy jest kowalem swojego losu albo jak sobie pościelisz - tak się wyśpisz. Można robić wszystko, aby było tak jak chcesz, a później los da Ci kopa w tyłek i wszystko, na co pracowałeś latami, pójdzie w łeb. Czasem jedna mała, nieprzewidywalna rzecz, zrządzenie losu może przewartościować całe Twoje życie, zmienić jego bieg, i trzeba zaczynać do nowa. Tak jest w życiu, i tak jest w grach planszowych. :-)

Kiedy kupić dziecku pierwszą grę planszową? 
Kaja ma gry mniej więcej od trzeciego roku życia, przeznaczone dla takich maluchów (m.in. "Nos w nos, mój pierwszy quiz). Jednak tak naprawdę dopiero teraz zainteresowała się graniem. Myślę, że 4-latkowi można spokojnie kupić grę, w której chodzi się pionkiem. Poradzi sobie z liczeniem pół i zasady będą dla niego zrozumiałe. U nas najlepiej sprawdzają się gry przygodowe, w których o zwycięstwie decyduje łut szczęścia, o czym wspomniałam wyżej.

Dlaczego warto grać z dzieckiem w planszówki? 

Bo... uczą kilku praktycznych rzeczy, m.in. przewidywania, gry zespołowej, współpracy, przegrywania, liczenia i oczywiście... rozwijają wyobraźnię, ćwiczą pamięć i kształtują logiczne myślenie. Oprócz tego dają jeszcze kilka malutkich życiowych lekcji.
Po pierwsze - czasem się przegrywa, nie zawsze jest się najlepszym.
Do drugie - trzecie miejsce nie oznacza, że się przegrało. Po prostu nie zawsze jest się w czołówce i trzeba to zaakceptować. Co nie znaczy, aby nie pracować nad ulepszeniem pewnych kwestii.
Po trzecie - wcześniej czy później pojawi się okazja do rewanżu.
Po czwarte - trzeba się trzymać zasad i nie oszukiwać, bo chodzenie na łatwiznę na dłuższą metę wcale nie popłaca.
Po piąte - nie na wszystko mamy wpływ. Czasem tracimy coś albo dostajemy z przyczyn losowych. 
Po szóste - nawet ten malutki, niepozorny kroczek może zdecydować o efekcie końcowym.

A to lista najpopularniejszych gier dla kilkulatków, którą dla Was sporządziłam - po kliknięciu w nawę gry, zostaniecie przeniesieni na stronę sklepu HulaHop.pl, gdzie jest opis i cena. Może komuś pomoże takie zestawienie. Gier jest sporo, a ja podlinkowałam te, które najbardziej mi się spodobały.

Gry dla dwulatka:


Gry dla trzylatka:

1. Kultowe grzybobranie w nowej odsłonie :-) Kiedyś to miałam! 
2. Kot w worku - bardzo fajna, tylko trzeba pilnować elementów, których jest sporo.
4. Solidny chińczyk z drewna - ile ludzie, tyle sposobów na rozwiązanie sytuacji, w której po rzucie kostką okazuje się, że musicie z kimś dzielić jedno pole. Co robicie? My zbijamy pionka, ale wiem, że niektórzy omijają, a znów inni dzielą pole. :-) 


Gry dla dzieci od 4-5 roku życia:




Zapraszam Was do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat gier, w które graliście z dziećmi. Jak jest Wasz hit i kit? W najbliższej przyszłości planujemy kupić "W lesie, w sadzie" (ostatnia gra na ostatnim zdjęciu). Znacie?

- Ale masz super pracę! Masz wolne weekendy i Święta, a to najważniejsze. - Słyszałam, gdy mówiłam, że pracuję od poniedziałku do piątku przez 8 godzin. Praca idealna, większość osób o tym marzy. Może i mi będzie lepiej? 

- Przyzwyczaisz się, przestawisz się na normalny tryb życia, organizm będzie normalnie funkcjonować bez zarwanych nocek. Popołudnia będą nasze. - mówił tata w pigułce, gdy w pierwszych tygodniach późnym popołudniem przysypiałam na kanapie, bo nie mogłam dotrwać do wieczora.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w rok, później w drugi, a ja wciąż wykonywałam plan minimum.
- Czego Ty chcesz od życia? Przecież masz świetną pracę. Zrobisz swoje, wracasz do domu i masz wolne.
- Tak, to są plusy. Przyzwyczaję się. - Powtarzałam niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie.
Próbowałam się przestawić, naprawdę próbowałam. Dałam sobie dwuletnią szansę. Co może być lepszego dla mamy, jak nie praca na rano z wolnym weekendem?

Po czym codziennie rano nie mogłam zwlec się z łóżka. Drzemka ustawiona co 10 minut dzwoniła przez 40 minut, bo albo usnęłam wieczorem z Kają, a i tak się nie wyspałam, albo siedziałam do 2 w nocy, aby wyrwać trochę czasu tylko dla siebie i te 4 godziny snu za wiele nie dawały. Prawda była taka, że ile bym nie spała, to i tak pospałabym jeszcze. Może to przesilenie? Może minie? W sierpniu nastąpiło apogeum. Najwidoczniej jakiś spadek formy, sama nie wiem. Przestałam robić to, co lubię. Zrezygnowałam z biegania, szydełkowania. Maszyna do szycia obrosła w kurz, bo i tak nie miałam czasu, aby nauczyć się szyć. Nawet książki nie chciało mi się czytać, bo oczy odmawiały współpracy i jedyne, co czułam, to pazury Morfeusza, które chciały wciągnąć mnie do swojej krainy. Mimo początkowych protestów, poddawałam się, bo w końcu jutro do pracy. Pojutrze i popojutrze, i jeszcze następnego dnia. Tak od poniedziałku do piątku. Było mi ciągle zimno i włosy zaczęły wypadać całymi garściami. Było mi smutno. Czułam się jak zastygła w bezruchu baletnica z obiema nóżkami wrośniętymi w scenę pozytywki. Nie było niczego, co nakręciłoby mnie od nowa. Nawet to pisanie jakieś takie na siłę.

Jednak nie to było najgorsze w ósemkowym systemie pracy. Zebranie w przedszkolu? Przedstawienie w przedszkolu? Wizyta u lekarza? Załatwienie sprawy w urzędzie? Urlop wypoczynkowy i dwa dni opieki, które mi przysługują, topniały w zastraszającym tempie. Tym sposobem, zamiast wykorzystywać urlop zgodnie z przeznaczeniem czyli na jakiś krótki wyjazd w ciągu roku, wybierałam go na załatwienie spraw. W mojej pracy nigdy nie mam gwarancji, że będę mogła wyjść wcześniej, jeśli tego potrzebuję, a przenigdy nie chciałabym dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko występuje w przedszkolu, a na widowni nikogo z nas nie ma. Takie przedstawienia odbywają się kilka razy do roku i dla Kai jest to wielkie wydarzenie. Pozostawał więc urlop.

W te "najważniejsze" wolne weekendy, w które i tak zazwyczaj pada, trzeba było... odgruzować mieszkanie. U mnie sprzątanie na zasadzie "codziennie po trochu" nie działało, bo gdy odwaliłam to swoje "trochę", na drugi dzień wszystko wracało do zwyczajnego stanu rzeczy. Czyli bajzlu. Robota na marne. Krok do przodu i od razu krok do tyłu. A ja, jak już sprzątam, to nie lubię rozgrzebać i zostawić. Wolę raz, a porządnie. Poza tym w tygodniu preferuję przeznaczenie czasu na coś innego, bo coś trzeba wybrać. Nie da się zrobić wszystkiego. Może to kwestia złej organizacji, nie neguję, może po prostu nie umiem się ogarnąć w takim systemie pracy. Odkąd pamiętam, pracowałam w zmianach i dwa lata pracy ósemkach niestety nie nauczyły mnie efektywnego zarządzania czasem.

Średnio od południa w niedzielę (jak ja nie znoszę niedzieli) myślałam tylko o tym, że od jutra przez cały tydzień będę chodzić do pracy. Kolejne dni były podobne. Nie mogłam wyłączyć pracy w głowie.
Automatycznie wszystko, co miałam zaplanowane przesuwałam na piątek, bo "jutro do pracy". Gdy ktoś chciał się ze mną spotkać, pisałam -"nie mogę, jutro do pracy". Czas po moim powrocie do domu do wieczora błyskawicznie się kurczył i miałam wrażenie, że dopiero przyszłam, a już trzeba szykować Kaję do snu.
Wolne Święta były fajne, ale w sumie i tak nigdzie na nie nie wyjeżdżam. Spędzamy je w domu.

Miałam wrażenie, że cała moja energia życiowa pozostaje w pracy, a więc coraz mniej chętnie do niej chodziłam, a przecież lubię swoją pracę. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się wypalenie zawodowe - dość wcześnie, bo przecież jestem dopiero koło 30 - tki.

W końcu nadarzyła się okazja, aby przenieść się w tzw. zmiany. Natychmiast z niej skorzystałam. Pojawiam się w pracy średnio 14 razy w miesiącu na 12 godzin. W tym kilka razy na dzień i kilka razy na noc. Zarówno dzień, jak i noc, może wypaść w weekend albo w Święto.  Pracowałam w ten sposób przed ciążą, po której wydawało mi się, że ze względu na dziecko lepiej pracować ósemkowo. Mogę śmiało powiedzieć, że system zmianowy bardziej mi odpowiada. Dzięki niemu nie muszę brać urlopu na te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej. Mam szansę odebrać Kaję z przedszkola. Wcześniej też miałam, ale... ona i tak pojawiała się tam jako jedno z pierwszych dzieci, więc aby nie wychodziła jako jedno z ostatnich, pomagała nam babcia, która odbierała ją o 15.00. Ja odebrałabym ją o wiele później, bo dojazd z pracy do przedszkola trochę zajmuje. Pracę w zmianach zaczęłam od dnia w sobotę i nocy w niedzielę. Dzięki temu przykładowo w tym tygodniu, z wyjątkiem środy, mogę codziennie iść po nią do przedszkola i potem możemy coś wspólnie zaplanować. Wszystko zdążę zrobić rano. Bez presji czasu. Nie musimy angażować nikogo do pomocy tak często, jak do tej pory. Będziemy bardziej niezależni.

Teraz, wchodząc do domu, mogę zamknąć w głowie rozdział praca, a gdy się tam pojawiam, jestem wypoczęta i mam dobry humor.
Czy żal mi całkowicie wolnych Świąt? Sama nie wiem. Coś straciłam, ale też coś zyskałam. Święta to tylko kilka dni w roku i przecież nie będę pracować codziennie we wszystkie świąteczne dni. Rok jest długi, a reszta dni jest równie ważna, nie tylko te świąteczne. 

Czy odczuwam nieprzespane noce? Pewnie, każdy odczuwa, ale z drugiej strony lubię siedzieć do późna. Zawsze lubiłam pracę w nocy. Mniej więcej do 4 rano czuję się dobrze. Później trochę gorzej, ale do końca zmiany zostają raptem 4 godziny. Gdy wszyscy zaczynają swój normalny dzień, mój też się zaczyna, tylko nieco inaczej.






W Polskim prawie jest wciąż wiele niejasności co do wieku, w którym pozostawienie dziecka w domu bez opieki dorosłego nie jest przestępstwem. Kwestia ta bardzo często okazuje się być źródłem sporu wśród mam. Na pewno wszyscy pamiętamy czasy, kiedy samodzielnie wracaliśmy ze szkoły. Nie było to nic nadzwyczajnego. Dziecko w wieku szkolnym powinno być w miarę samodzielne. Co jednak z maluchami? Okazuje się, że sporo mam zostawia je w domu na czas robienia zakupów, nawet te kilkumiesięczne. Bo jest upał albo śnieżyca, a śmietana do zupy musi być. Maluch w końcu smacznie śpi, a sprawunki zajmą maksymalnie 10-15 minut. W końcu wszyscy wiedzą, jak wygląda taka wyprawa z dzieckiem. Coś, co zwykle zajmuje nam parę minut, z maluchem może przedłużyć się do godziny. 


Każdy postępuje jak uważa, ale moim zdaniem pozostawienie dziecka samego w domu, aby wybrać się na zakupy, nie jest rozsądne. Nie mówię o tym, aby nie skorzystać z łazienki czy nie wywiesić prania - nawet jeśli wyjdziesz na balkon albo przed dom to ciągle tak, jakbyś była w domu. A jednak wyjście do sklepu, nawet blisko, to dla mnie coś innego.
Może znasz dobrze swoje dziecko i wiesz, że jak uśnie, będzie spać godzinę albo dwie, ale czasem zdarza się tak, że los robi nam na złość. Maluch się obudzi i będzie wystraszony. Dla Ciebie to może być 10 minut - co to jest, a jednak dla dziecka, które zanosi się od płaczu, to cała wieczność. W drodze do sklepu może Ci się coś stać i nie będziesz w stanie powiedzieć, że w domu jest dziecko. Dodatkowo zostawienie małego dziecka samego w domu może mieć konsekwencje prawne. 

Dzieci mają różne pomysły, są ciekawe świata, testują, smakują. Może wcale nie płakać, gdy się obudzi, ale po którejś próbie wypadnie z łóżeczka. Szczerze mówiąc, o tym, że moje dziecko potrafi wyjść z łóżeczka dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy z niego po prostu wyszło. :-) Niektóre dzieci mają niebezpieczne albo szalone pomysły. Kiedyś, gdy miałam kilkanaście lat, zostałam sama w domu z 3-latkiem. Smażyłam w kuchni kotleta, a gdy wróciłam, na stole leżały różne elementy - rozkręcił lampkę na części pierwsze.  Wtedy naprawdę nie spodziewałam się, że taki berbeć na coś takiego wpadnie, a tego, że będzie umiał to rozkręcić, to już w ogóle.
Dziecko może wejść na parapet i majstrować przy klamce tak długo, aż w końcu otworzy okno. Może wspiąć się na komodę, która nie jest przykotwiczona i na nie spadnie. Może posmakować chemii do czyszczenia łazienki.
Może Twoje dziecko nie ma głupich pomysłów, ale pomyśl, co się stanie, gdy ktoś włamie się do domu i nie będzie mieć sumienia. Albo wadliwa instalacja elektryczna spowoduje pożar. 

Jasne, to wszystko może się stać, gdy będziesz w domu, w pokoju obok, w łazience, a nawet w tym samym pokoju. Jednak jeśli jesteś obok, masz szansę w jakiś sposób zareagować, wezwać pomoc, działać. Jeśli Cię nie ma, to nie zrobisz nic, niezależnie od tego, co się wydarzy.
Ja na przykład nie wybaczyłabym sobie, jeśli któraś z tych rzeczy by się wydarzyła, a w tym czasie stałabym w kolejce do kasy. 

Każdemu z nas wydaje się, że jest wyjątkowy. Choroba, śmierć, nieszczęśliwe przypadki przydarzają się jedynie w wiadomościach, komuś nieznajomemu lub dalekiemu. Nie blisko nas, na drugim końcu miasta. Mam wrażenie, że to taka życiowa brawura. Nie jesteśmy w stanie uniknąć wszystkich złych rzeczy. Po prostu się nie da, ale po co kusić los w ten sposób? 

Nie chodzi o to, aby zawsze przebywać z dzieckiem w jednym pomieszczeniu. Kilkulatek zazwyczaj biega po całym mieszkaniu, a Ty przecież nie będziesz go śledzić 24 godziny na dobę, ale jednak jesteś za ścianą, kilkanaście metrów dalej. Masz szansę usłyszeć ciszę. Jeśli wyjdziesz do sklepu, to niestety nie. 

Zanim wyjdziesz, zastanów się, czy rzecz, którą musisz kupić, naprawdę nie może poczekać na to, aż dziecko się obudzi i pójdziecie po nią razem. Czy ta śmietana, mleko albo pomidor są na tyle istotne, aby biec na zakupy z duszą na ramieniu, denerwować się, czy dziecko przypadkiem w tym czasie nie wstało, nie płacze czy nie zrobiło sobie krzywdy?

Trzy, dwa, jeden, start!

Pokażę Wam, jak zrobić lody – marzenie. Nie tuczą, nie plamią i mają baaardzo długi okres przydatności. Przygotujcie się na najładniejsze lody, jakie zobaczycie tego lata!

Nazywam się Agnieszka Partyka, prowadzę blog z pomysłami SamaRobie.pl i jest mi ogromnie miło, że Ania zaprosiła mnie do napisania posta gościnnego u siebie.


Lody z płatków kosmetycznych – łatwa praca plastyczna dla dzieci.

Lody z płatków kosmetycznych pokazał mi syn. W przedszkolu prace wykonywały 4-latki a w domu moi chłopcy zrobili własne. Wykonanie lodów sprawi frajdę dzieciom w różnym wieku – starszaki zrobią je samodzielnie, a maluchy z większą pomocą dorosłych.

Pracę najlepiej jest rozłożyć na dwa dni – trzeba odczekać, aż płatki wyschną po malowaniu. Samo wykonanie lodów jest szybkie i na pewno nie znudzi dzieci.



Materiały
płatki kosmetyczne
farby plakatowe + pędzel
beżowy papier na wafelek
kolorowa kartka A4 (tło)
klej do papieru w sztyfcie
klej z brokatem



Płatki kosmetyczne barwi się rozcieńczonymi farbami. My użyliśmy mokrych pędzli, ale można też wyciskać roztwór z pipety albo z pojemnika po soli fizjologicznej.

Wskazówka
Sprawdźcie, czy na Waszych płatkach jest odciśnięty wzór. Nasze miały wzorek w kwiaty, ale w pracach pokazaliśmy gładką stronę.




Rożki do lodów wycięliśmy z kartki z bloku rysunkowego. Podstawa rożka ma 8 cm, a wysokość – 12 cm. Rożek i gałki lodów układa się na kartce a później przykleja klejem w sztyfcie. Polewę robi się z kleju z brokatem.






Przygotowanie lodów to dla dzieci miła odskocznia od wakacyjnej rutyny. Barwienie płatków dostarcza mnóstwa śmiechu, a samodzielna praca daje maluchom ogromną satysfakcję. Moim dzieciom zabawa z płatkami tak się spodobała, że na pewno nie jest to nasz ostatni pomysł tego typu.

Agnieszka Partyka – mam 30 lat. Wykształciłam się na biotechnologa, ale nie wiem, co będę robić kiedy dorosnę. Na razie mam dwóch synów – 4 i 7 lat, męża i 5 kotów. SamaRobię to mój blog DIY, ale tak się składa, że najwięcej wpisów to pomysły na prace plastyczne dla dzieci i na ładne ciasteczka.

----

Agnieszka z SamaRobie.pl uwielbia prace plastyczne i majsterkowanie. Tworzy przedmioty użytkowe, ozdoby okolicznościowe i rzeczy bez przeznaczenia. Pociąga ją wszelki recycling i odnawianie starych przedmiotów. Jest mi bardzo miło, że mogłam ugościć Agnieszkę na swojej stronie. :-)
Polecam z całego serca blog Agnieszki. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji na zabawy plastyczne z dziećmi. Nie zapomnijcie polubić fanpage bloga Sama Robię - DIY, prace plastyczne, majsterkowanie, ciasteczka, aby być na bieżąco z nowymi tutorialami i pomysłami.
                                                                                                                        Matka w pigułce


W dniach 1-7 sierpnia trwa światowy tydzień karmienia piersią, którego organizatorem jest World Alliance Breastfeeding Action. Mleko mamy jest najlepszym, jakie można dać dziecku. Jednak ideały to jedno, a później wychodzi różnie. Kiedyś myślałam, że karmienie piersią przychodzi całkowicie naturalnie - co to za sztuka. Wystarczy podać dziecku pierś, a ono będzie jadło, i tyle. Ot, cała filozofia. Okazało się, że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Nie będę tu pisać o morderczej walce o KP, ani o tym, że mleko modyfikowane jest demonizowane. A o czym? O mamach Karmiących Piersią Inaczej.


Nie będę się rozwodzić nad tym, dlaczego się nie udało. Nie będę też wyrzucać sobie, że się poddałam bardzo szybko. Było to dawno i w tej chwili nie ma to większego znaczenia. Temat karmienia piersią przestał wywoływać u mnie jakiekolwiek emocje. Może dlatego, że jest mocno nieaktualny. Chciałam napisać o mamach karmiących piersią inaczej, bo taką mamą 4 lata temu się stałam. Utrzymywałam laktację przy pomocy samego laktatora. Mówili, że to niemożliwe, a jednak się udało przez ok. 5 miesięcy. Później przestawiłam dziecko na mleko modyfikowane, ale nie z tego powodu, że moje Karmienie Piersią Inaczej nie podziałało.  

Jak wygląda dzień mamy KPI? Pewnie podobnie, jak w przypadku mamy karmiącej piersią, ale co 3 godziny trzeba zrobić sobie randkę z laktatorem. Utrzymywanie laktacji w ten sposób jest trudne, ale nie jest niemożliwe. Na pewno nie można pomijać żadnej sesji odciągania pokarmu, bo wtedy ciało otrzymuje sygnał, że to mleko po prostu jest niepotrzebne i produkcja spada. U mnie sprawdził się laktator elektryczny Medela. Warto wspomnieć, że miałam kilka laktatorów, ale nie mogłam nimi odciągnąć nawet pół kropli mleka. Udało się dopiero Medelą.

Wypróbowałam dwie metody odciągania mleka laktatorem. 

  • Metoda odciągania pokarmu 775533
Polega ona na odciąganiu mleka najpierw z pierwszej piersi przez 7 minut, następnie z drugiej przez taki sam okres czasu. Po tym wraca się znów do pierwszej i odciąga przez 5 minut, to samo z drugą. Następnie znów pierwsza - 3 minuty, później 3 minuty druga.

  • Metoda 15-15
Najpierw 15 minut z jednej, a później 15 minut z drugiej. Jeśli ktoś ma do dyspozycji podwójny laktator - ma komfort odciągania z obu piersi jednocześnie. Gdy chciałam zwiększyć ilość produkowanego mleka, wydłużałam sesję z laktatorem o 2-5 minut, mimo że chodził wtedy na sucho.

Bardziej sprawdziła się metoda druga. W pierwszej trzeba skrupulatnie pilnować czasu i zdarza się zapomnieć o zerknięciu na zegarek. Teraz na pewno skorzystałabym z jakiejś aplikacji w telefonie, która pomaga wymierzyć ten czas i informuje o zmianie piersi. Wtedy nie wpadłam na ten pomysł. 

Przechowywanie odciągniętego mleka - jak to rozwiązałam

Odciągnięte mleko trzymałam w lodówce w plastikowych pojemnikach. Można kupić specjalne pojemniki do przechowywania mleka. Najważniejsze, aby pokarmu kobiecego nie przechowywać w szklanych naczyniach, żeby nie stracił swoich właściwości. Świetnym rozwiązaniem wydają się pojemniki na mocz z apteki i przez krótki czas używałam ich jako pojemniki na pokarm, dopóki nie przeczytałam o Bisofenolu A, a nie miałam pewności, czy tworzywo, z którego są zrobione, nie zawiera właśnie tego mocno rakotwórczego składnika. Dlatego uważam, że do przechowywania pokarmu najlepiej korzystać z dedykowanych temu pojemników. Jeśli chodzi o podgrzewanie - tylko w kąpieli wodnej i do temperatury 37 stopni. 
Co ważne, nie powinno się mieszać w jednej porcji mleka z lodówki i mleka w temperaturze pokojowej lub ciepłej. Jeśli chcemy zmieszać dwie porcje mleka z piersi, odciągnięte w różnych godzinach, powinny być w takiej samej temperaturze - najlepiej obie schłodzone wcześniej w lodówce. 

Dobry podział mleka do lodówki to podstawa

Staraj się rozsądnie porcjować w lodówce odciągnięty pokarm. Jeśli odciągniesz 100 ml, a dziecko na jeden raz zjada 50 ml, lepiej rozlać to na dwa osobne pojemniki. Mleko po wyjęciu z lodówki ma określony czas ważności - drugie 50 ml może się po prostu zmarnować. Jeśli dziecko przykładowo zjada ok. 70 ml, a ja przy jednej sesji odciągnęłam 100 ml, rozlewałam mleko na 3 pojemniczki - 50 ml, 25 ml, 25 ml. Z jednego pojemnika, w którym było 25 ml pokarmu, mogłam skorzystać przy kolejnym karmieniu lub dogrzać na dokładkę, jeśli była taka potrzeba.
Do każdego pojemnika w lodówce przyczepiałam datę i godzinę odciągnięcia i w pierwszej kolejności  brałam te z najstarszym mlekiem. 
Mleko w lodówce można przechowywać 2-5 dni i najlepiej w głębi półki, bo tam temperatura jest stała w odróżnieniu od drzwi, które co chwilę się otwiera. W temperaturze pokojowej możemy je przechowywać do 8 godzin, ale w sezonie wiosna/lato, gdy są upały, czas ten skraca się o połowę. 
Niedojedzone mleko powinno się wylać. Stąd też dobry podział do lodówki to podstawa. Ja trzymałam się zasady, że nigdy nie chłodziłam i nie podgrzewałam dwa razy jednej porcji mleka. W pokarmie mogą namnażać się bakterie, dlatego ważne jest trzymanie się zasad jego przechowywania. Między innymi z tego powodu w pierwszych tygodniach życia dziecka wrzucałam laktator do sterylizatora po każdym użyciu. Później robiłam to raz dziennie. 

Jakie są plusy i minusy KPI?

Minusem jest to, że zajmuje dużo czasu i energii na dodatkowe czynności. Jeśli karmisz piersią, dziecko ma zawsze gotowy pokarm w idealnej temperaturze. Nie musisz piersi zmywać i sterylizować. :-) Jeśli znów karmisz MM, przygotowanie mleka trwa 5 minut, później wystarczy tylko umyć i wysterylizować butelkę i smoczek. Jeśli karmisz piersią inaczej, musisz ten pokarm najpierw odciągnąć - jest to ok. 30 minut co 3-4 godziny, to naprawdę dużo czasu. Później przecież trzeba wyczyścić laktator, przygotować mleko do chłodzenia (lub bez tego, jeśli podasz je w przeciągu najbliższych kilku godzin - ja jednak odciągałam zawsze na zapas), potem w razie potrzeby odgrzać, nakarmić dziecko i znów myć pojemniki i butelki. Jeśli masz w domu noworodka, który tylko je i śpi (tak było w moim przypadku), jesteś w stanie to ogarnąć, choć Twój świat tak naprawdę kręci się wokół odciąganie, karmienia i zmywania. Gorzej, jeśli Twój noworodek jest typem high need baby - tutaj wybór jest naprawdę trudny i wydaje mi się, że w takim przypadku przeszłabym na to MM zamiast KPI, bo przecież nie powiesz dziecku, że go nie będziesz nosić i kołysać na rękach, bo musisz odciągać mleko. Gdy dziecko jest starsze, pokarm odciąga się coraz trudniej. Każda sesja z laktatorem wydziera czas, który mogłabyś poświecić na spacer, zabawę z dzieckiem czy jeszcze coś innego. Dziecko mniej śpi, jest ciekawsze świata i chce mieć mamę przy sobie, a nie brzęczący sprzęt. Nawet przy dobrej organizacji z każdym miesiącem będzie Ci coraz trudniej i trudniej. W tym momencie zaczniesz się zastanawiać, czy to ma sens. Nie dam Ci dobrej odpowiedzi. Życie to sztuka wyborów i nikt nie powiedział, że mają być proste.
Plusem KPI jest to, że mimo przeciwności losu, dostarczasz dziecku najlepszy pokarm na świecie, przeciwciała i całe mnóstwo składników odżywczych. Niektórzy mówią, że tylko karmiąc piersia można zapewnić dziecku prawdziwą więź i bliskość. Ja jednak uważam, że najważniejsze, aby karmic je z miłością po prostu. Karmiąc butelką też będziesz przytulać je do piersi.

Nie napisałam tego, aby jakoś szczególnie promować karmienie piersią inaczej. Chciałam jednak pokazać, że można i w ten sposób. Może trafi tu ktoś szukający odpowiedzi na pytanie, czy da się utrzymać laktację samym laktatorem. Może ten wpis pomoże podjąć decyzję, czy warto spróbować KPI, jeśli nie widać przyszłości dla karmienia piersią. Napisałam, jak to wygląda od kuchni. Tak życiowo. Bez zbędnego lukru i wstawek z heroizmem laktacyjnym w roli głównej. Moim zdaniem warto podjąć taką próbę przed przestawieniem dziecka na 100 procent mleka modyfikowanego. Nawet jeśli ma być to jedna porcja odciągniętego mleka dziennie - ona też ma znaczenie. Nie będę gloryfikować właściwości pokarmu matki - jestem przekonana, że wszyscy, a w szczególności mamy karmiące dzieci mlekiem modyfikowanym, mają tego dość po samą kokardę. Internet jest pełen takich informacji. Nie będę też demonizować mleka modyfikowanego - wychowało się na nim niejedno dziecko i założę się, że połowa z nas nigdy nawet nie zastanawiała się nad tym, czym była karmiona. Najważniejsze, aby w tym wszystkim znaleźć jakiś punkt, jakąś ostoję, której się złapiesz, gdy będzie Ci trudno. Musisz wyłożyć sobie to w głowie i rozsądnie przemyśleć, kiedy warto powalczyć, a kiedy lepiej odpuścić.
Zasadzone drzewka, krzaki, kwiatki. Wypielęgnowana zieleń. Starannie przystrzyżona trawa. Wielki zakaz deptania, zerwania listka. Wszędzie estetycznie ułożona kostka, chodniczki. Zakaz biegania, jeżdżenia na rowerze, zachowywania się niekulturalnie i po wiochmeńsku. Niemałe przestrzenie patio, na których trzeba siedzieć cicho, bo niesie się echo i przeszkadza, więc najczęściej i tak nie ma tam życia. Prowizoryczny plac zabaw z piaskownicą i bujanym kogucikiem. Niby wszystko jest, do tego ładne i estetyczne, takie do patrzenia, żeby cieszyło oko, a jednak brakuje jednej rzeczy - miejsca na zwyczajne dzieciństwo. Nowoczesne blokowiska XXI wieku. 

Czasem robi mi się smutno, bo pamiętam czasy, kiedy nikt nie robił pomnika z trawy i relikwii z kawałka asfaltu, na którym rysowaliśmy kamieniami, bo kto by miał kredę. Biegaliśmy po trawie, chowaliśmy się za drzewami, stawialiśmy domki z płacht na podwórku, o ile na sznurkach do prania nie schły gacie i spółka. Co prawda nie było to blokowisko, a kamienica wielorodzinna, jedna z kilku jej podobnych, stojących w rzędzie. Jednak wciąż budynek przeznaczony dla wielu rodzin. Podwórko sąsiedniej kamienicy nazywaliśmy "drugim podwórkiem". Tam, podobnie jak na naszym, bawiły się dzieci. Graliśmy w piłkę - kopaliśmy, a brama była bramką. Czasem rzucaliśmy piłką o ścianę kamienicy w wyznaczony punkt, który udawał kosz. Nikomu nie przeszkadzało, bo od tej strony i tak była jedynie klatka schodowa bez okien. I szara, surowa ściana, na której kiedyś rozstrzelano ludzi. W czasach, których nie znam, na szczęście. Jedynie z opowiadań starszych ludzi, po tym jak kopiąc w ziemi znalazłam guzik żołnierza. Trudno uwierzyć, że z naszego domu został tylko ułamek po bombardowaniu i tam, gdzie wisiało pranie, wcześniej mieszkali ludzie, którzy zasnęli na zawsze pod gruzem po którymś z nalotów. Nie pamiętam, czy komukolwiek z nas, dzieci, zdarzyło się wybić szybę w oknie. Mimo wszystko nikt nam nie zabraniał gry w piłkę. Po prostu trzeba było uważać i każdy to wiedział.

I nie wiem, może teraz jest inna trawa, że niszczy się od stąpania, a może to trawa z mojego dzieciństwa była jakaś dziwna. Zdeterminowana, aby rosnąć, splatać w miękki dywan, któremu nasze stopy nie robiły różnicy. Dopiero, gdy u mieszkańców budynku pojawiły się pierwsze samochody, trawa zmarniała. My zrobiliśmy się już tacy duzi, za dorośli, za bardzo zajęci poważnymi sprawami, a ona z każdym rokiem nikła w oczach. Nikt już po niej nie biegał i zarówno ona, jak i gęsto rosnące w niej stokrotki stały się bladą pocztówką w mojej głowie, którą nie wiedzieć czemu, właśnie dziś ktoś do mnie przysłał. 

Letnimi wieczorami nasze mamy i babcie wychodziły na podwórko posiedzieć i porozmawiać, a my dzięki temu mogliśmy się dłużej bawić. Nikomu nie przeszkadzało, że ktoś robi grilla czy ognisko. Zrywaliśmy prosto z krzaczków porzeczki i agrest. Kolega wrzucił je do garnka, wlał wody i nad ogniem zrobiliśmy kompot, zagryzając czarnymi ziemniaczkami z ogniska.

Kiedyś przycięto krzaczory, więc gałęzi było sporo. Po naradzie dorosłych na środku podwórka wzniósł się dumnie wielki szałas z liściastych gałęzi, w którym bawiliśmy się bardzo długo. Pomieścił na spokojnie kilka osób. Nasza baza. I nawet nie trzeba było do domu biegać po picie, bo było w studni.

Biegaliśmy, hałasowaliśmy, schodami w górę i w dół, jeździliśmy rowerkami. Zerwane listki z drzew zmieniały się w banknoty do zabawy w sklep. Ostatnio w necie ktoś wrzucił zdjęcie gałganu - prowizorycznego domku z zasłony czy koca na gałęzi, stoliczka, ławeczki - dzieci bawiły się gdzieś w krzakach za blokami. Dowiedziałam się, że to śmiecenie, brak kultury i jak można pozwolić dzieciom na robienie czegoś takiego. Byłam tylko obserwatorem wpisu, bo jakoś nie lubię udzielać się na takie tematy.

Nie lubię, bo pewnie dowiedziałabym się, że jestem z wiochy czy innego grajdoła, przyjechałam do wielkiego miasta i mam wyjąć słomę z butów, bo to nie moje podwórko z krowimi plackami. Dowiedziałabym się tego od ludzi, którzy już zapomnieli, jak to jest być dzieckiem.

Sęk w tym, że jestem z Warszawy i moje dzieciństwo, które tu opisałam,  wydarzyło się w stolicy właśnie.

Jest pochmurny dzień. Przemierzamy nowe osiedle, może tutaj osiądziemy, ale ja chcę uciekać. Równe chodniczki, estetyczne trawniczki, przycięte krzewy. Jakoś mi tu źle. Czytam te zakazy i nakazy. Zakaz jeżdżenia na rowerku i rolkach wokół bloku. Wszystko wygląda jak mini miasteczko z uliczkami. Pytam jeszcze, czy jest zakaz wieszania prania na balkonie, bo wiem, że się zdarza.
- Wie pani, to już nie jest nigdzie ujęte, wynika to z kultury.
Czuję się jak moje buty ze słomą odmawiają posłuszeństwa. Idziemy, ale ze mnie wiochmen. Czy ja się kiedyś zmienię?

Piękna wizualizacja. Tu będzie to, tu będzie tamto. Oglądamy domki szeregowe. To coś jak mieszkanie w bloku, ale po prostu dwupoziomowe i jest malutki ogródek wielkości balkonu. Takich domków w rzędzie jest kilka, podobnie jak samych rzędów.
- Mi się podoba ten z drzewem. Wspaniale byłoby mieć blisko takie drzewo. - wskazuję na wizualizację.
- Chyba pani żartuje! To tylko wizualizacja. Tu nie ma i nie będzie żadnego drzewa. Co pani? Po co pani drzewo? Ludzie nie chcą drzew, bo trzeba grabić! Haha!
Nie wiem, co powiedzieć. Całe życie z choinki urwana, z księżyca spadziona (Upadła? Spadnięta? Ten polski to czasem skomplikowany język, zwłaszcza jak się pisze nocami).

Wyprawkę przedszkolaka zazwyczaj kompletuje się na początku roku szkolnego. Może wyglądać różnie w zależności od przedszkola. W większości jest to po prostu składka na materiały plastyczne, a rodzice przynoszą jedynie rzeczy osobiste i higieniczne. W naszym przedszkolu jest inaczej. Otrzymujemy listę z przedmiotami, które kupujemy we własnym zakresie. W zeszłym roku była ona bardzo długa. Za same materiały plastyczne zostawiłam w papierniczym ok. 300 zł. Szok i niedowierzanie.

wycieczka rowerowa po Warszawie

Wychowałam się w Warszawie, ale nie w jej centrum, a na obrzeżach. Stolica kojarzy mi się z korkami, tłokiem, hałasem i pośpiechem. Miasto cały czas ewoluuje. Od czasu, kiedy jeszcze swobodnie po nim jeździłam, autobusy zmieniły trasy i numery, wszystko jest inne. Dziś muszę tak planować każdą podróż, aby nie mieć niespodzianki, gdy autobus zawiezie mnie gdzieś indziej niż miałam w zamiarze. Chyba że... jadę rowerem. Wtedy jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeszcze nigdy Warszawa nie była tak przyjazna rowerzystom jak teraz, o czym miałam okazję się przekonać.

Depresja poporodowa - baby blues - objawy depresji poporodowej - kiedy mija baby blues

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała przygnębienie. Jej nowo narodzona córeczka chciała jeść, otwierała buzię i szukała piersi, a ona nie umiała jej przystawić. Alutka była głodna i strasznie płakała. Z pomocą przyszła położna, wiele prób zakończonych niepowodzeniem. Jakby było coś więcej, jakaś niechęć i blokada, że nie uda się i koniec. Agnieszka w szpitalu była przez większość czasu sama - wiadomo, godziny odwiedzin są ograniczone, a rodzina najwidoczniej miała inne plany. Od dłuższego czasu układało się między nimi niespecjalnie. Agnieszka nie jadła, choć była wyczerpana ogromnym wysiłkiem, jakim jest poród. Dosłownie nic nie przechodziło jej przez gardło. I to przygnębienie, które nie mijało. Inne mamy tak spontanicznie uśmiechały się do swoich dzieci, tuliły je, kołysały. Tylko nie ona. Nie mogła. To pewnie Baby Blues. W końcu tyle się o tym mówi, pisze, czyta. Huśtawka emocjonalna, która minie, i tyle. Tak myślała. 

Ciastolina, masa solna, kreatywne zabawy z dzieckiem.

Zabawa masą plastyczną rozwija wyobraźnię i ćwiczy zdolności manualne. Jej największą zaletą jest duże pole do popisu - można bawić się w naleśnikarnię, piec ciastolinowe babeczki, robić pizzę, figurki, wycinać kształty, wałkować, ugniatać. Na pewno prędko się nie znudzi. Moja córka lubi zabawę ciastoliną. Jednak zdarza się, że dziecko nie domknie pudełeczka, a kulka ciastolinowa stwardnieje. W tym przypadku przydaje się umiejętność improwizacji. :-) Jeśli lubisz eksperymentować, ciastolina z domowych składników do zrobienia jest banalnie prosta. Miłej zabawy! 

Polecany post

Średnio 10 na 100 świeżo upieczonych matek ma z tym problem - więcej niż tylko baby blues. Dziecko, matka i depresja.

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała pr...