Woda to siła, której czasem nie doceniasz

wypoczynek nad wodą, bezpieczeństwo dziecka, czarna flaga nad morzem
Jesteśmy listkami w falującym morzu. Ja i moja malutka kuzynka. Mam może 8 lat, a może 10, coś koło tego. Stoję, woda łaskocze plecy, morze jest jakieś leniwe, jakby uśpione. Ona jest dwa razy młodsza. Pływa w kole. Im bardziej stopy odrywają się od dna, tym głośniej się śmieje. Chcę sprawić jej radość, więc idziemy dalej. Może dotknąć dna jedynie czubkami palców. Ciągnę koło jeszcze kawałeczek. Woda sięga mi do obojczyków. Jesteśmy tu gośćmi - przychodzimy i mącimy spokój, rysujemy się na lekko różowym tle horyzontu. Wszystkie dzieciaki wokół zajęte są zabawą. Ona z radości macha nogami, łapię ją, chcę stanąć i już nie mogę. Nie mam gruntu. Biorę głęboki wdech i trzymając się koła, wykonuję ruch w stronę brzegu. Jest dno. Udało się. Wracamy tam, gdzie woda była do kolan. Czuję, że trzęsą mi się nogi. Wystraszyłam się. Ona o tym nie wie, nie zorientowała się. Wracamy na ręczniki. Nikt nie zauważył, a ja też nikomu nie mówię, bo się boję. Jestem tylko dzieckiem, nie chcę za karę reszty dnia spędzić w strefie piasku. Nikomu nie powiedziałam, ale już wiem, że nigdy nie wejdę do morza tak głęboko, ani za 5 lat, ani za 10, ani za 15. Już wiem, że morze jest fajne do momentu, w którym ciągle mogę w nim stać, a dalej jest jak nieskończona pustynia. Trudno ogarnąć ją wzrokiem, a co dopiero myślami.

Sztuczny zbiornik przy elektrowni, w którym ryby pływają do góry brzuchem. Gdy człowiek ma lat naście i brak lepszych perspektyw na wyjazd, w ogóle się tym nie przejmuje, ani zapachem zgnilizny, ani zdechłymi rybami. Jest woda, jest prowizoryczna plaża, jest słońce, jest impreza, jak mówią. Opalamy się z koleżanką. Czasem wchodzimy nieco się ochłodzić i znów wracamy na ręczniki. Dosiada się do nas koleś. Gadamy sobie, choć w myślach kombinuję, jak się go pozbyć. Nie mam chęci na pogawędkę. Nagle jego wzrok skupia się na lustrze wody. Wstaje i mówi - patrzcie, tam topi się dziecko! Gdzie? Poderwałyśmy się na równe nogi, choć za wiele byśmy nie pomogły, bo nie umiemy zbyt dobrze pływać. Tam jest, płynie najpierw ojciec, a dzieciak za nim tonie. Nie odrywałam wzroku od wody w malutkim zbiorniku. Ludzie jak na alarm stanęli i zaczęli wypatrywać. W stronę ojca leci trochę niewybrednych słów - dziecko ci się topi, dziecko ci się topi. On płynie z powrotem do brzegu, jakby nie słyszał. A ja w dalszym ciągu nie widzą, aby ktokolwiek tonął. Do zeszłego roku w zasadzie tego nie rozumiałam, dopóki nie przeczytałam tłumaczenia tekstu Mario Vittone "Drowning doesn't look like drowning" (wolne tłum. "ludzie toną w ciszy"). Koleś skoczył i wyciągnął dzieciaka. Ojciec został zlinczowany. Myślałam, że mi uszy spuchną.

W zeszłym roku utopił się chłopak. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie jeden szczegół - wokół niego było mnóstwo ludzi. W wiadomościach pokazywano nawet film z monitoringu, na którym zapisał się ten dramat. Nikt nie zauważył. Tuż obok niego przepłynął ktoś na dmuchanym materacu. Był na wyciągnięcie ręki.

Można utonąć niezauważalnie. Tuż obok drugiej osoby. Wystarczy jedna, mała chwila. Życie bywa kruche jak herbatnik w czyjejś kieszeni. Nawet motyl czasem niechcący skleja nektarem swoje skrzydełka i umiera, choć siadanie na kwiatkach to dla niego codzienność. Nie zawsze zależy to od nas. Nie wszystko da się zaplanować od A do Z. Nie otwieram kalendarza na jutrzejszej dacie, nie przeczytam tam - o 12.57 utonięcie w jeziorze/rozpisać testament/uporządkować ubrania, nie przesunę tego na wtorek czy na październik, nie przeczytam w notatniku - to jeszcze nie dziś/odkurzyć mieszkanie. Za dużo osób w moim życiu wyszło na chwilę i już nie wróciło, abym mogła w coś takiego wierzyć. Można utonąć w ospałym morzu, gdzie woda jest jedynie lekko wzruszona, a flaga wisi biała. Tylko czy to powinno tłumaczyć ryzykowane zachowanie (lub czasem po prostu głupie)?

Co roku we wszystkich mediach trąbią o rozwadze w wodzie i nie tylko, a ludzie wciąż robią te wszystkie głupie rzeczy - nie pilnują dziecka w wodzie, zostawiają psy i zwierzęta w zamkniętych samochodach, dają dzieciakom grzyby. Ciągle czytam o tragediach, których można byłoby uniknąć. Dużo osób powie, że to chwila, że nie da się w 100 procentach upilnować dziecka, że nieszczęśliwy przypadek może zdarzyć się każdemu. I ja się zgadzam, ale co innego, gdy dzieje się coś, na co nie mamy żadnego wpływu, a inaczej jest, gdy realnie mogliśmy temu zapobiec. Czy da się normalnie funkcjonować z takim poczuciem winy?

Dlaczego ludzie wchodzą do morza, gdy widzą czerwoną flagę? Czy naprawdę warto ryzykować tylko po to, żeby pomoczyć sobie nogi? Żyjemy w czasach samozwańczych specjalistów wszystkich dziedzin w jednej osobie, którzy zawsze wiedzą lepiej od tych, dla których ta jedna jest chlebem powszednim. Mało kto myśli o tym, że ratownicy nad morzem w czasie każdej akcji ratunkowej narażają również swoje życie. Są tam, bo taka jest ich praca, którą sami wybrali, ale jeśli postępujesz nierozważnie, z tyłu głowy powinieneś mieć świadomość, że ratownik to tylko człowiek - taki jak ty. Zrobi wszystko, żeby uratować ciebie lub twoje dziecko, ale zdarzają się sytuacje nie do pokonania. Nawet dla niego.

Zasada czerwona flaga - czerwone światło jest jasna. Mogłabym wejść do morza z dzieckiem, gdy jest czerwona flaga. Powiedzieć sobie - tylko do kolan i będę mocno trzymać za rękę, ale z drugiej strony byłoby to straszne niewychowawcze. Uczymy dzieci, że zasady są ważne, szczególnie te, które dotyczą bezpieczeństwa. Oczekujemy, że dzieci będą stosować się do tego, co w domu ustalimy. Tymczasem wchodzimy do morza, olewając zakaz kąpieli, a przecież można na plaży robić tyle innych rzeczy, choćby wyczesany zamek zbudować. Cokolwiek. Byle nie narażać niepotrzebnie tych, których kochamy.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Polecany post

Jak chusteczki higieniczne

Pixabay Mówią o nas - nadwrażliwi emocjonalnie, nietykalscy, nieprzystosowani. Trzeba być twardym, a nie miękkim, a życie to nie baj...