28 gru 2017

28 grudnia

Złote rady na temat odchudzania - my plus size słyszymy je kilka razy w tygodniu...


Bo to historia, bo to marzenia. Bo to historia godna przypomnienia. - youtube nigdy nie zawodzi, gdy człowiek chce się dobić, szukając czegoś do ubrania. Smutne piosenki zawsze na czasie i uniwersalne. W lutym było tak pięknie. Im bardziej wchodzę do szafy, wciskając kończyny w jej zagadkowe czeluści, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prędzej jakiś potwór odgryzie mi rękę niż wydostanę coś sensownego. Spodnie ledwo się dopinają, bluzki jakby skurczone. W sukienkach wyglądam jak hipopotam w balecie. W lutym było tak pięknie. Było. Stanęłam na środku pokoju niczym w samym centrum jakiejś materiałowej postapokalipsy. Moje życie takie już jest. Jak gumka od majtek. Można ją naciągać i naciągać, ale gdy się puści, wszystko wraca do stanu sprzed. Tak też jest z tym odchudzaniem.

Nowy rok to czas nowych postanowień. Ja mam co roku jedno, które nie jest ani trochę oryginalne. Jak połowa damskiej populacji, zamierzam schudnąć. Droga jest kręta i długa. Trwa ok. 5 lat. W lutym mogłam pochwalić się straconymi, uwaga, 30 kilogramami. Niestety już wtedy zostało mi jeszcze 8 kg do celu, a że coś się we mnie wypaliło, ta ósemka "na później" zdążyła się sklonować. Oczywiście nowy rok i ponowny start moich zmagań z nadprogramowymi kilogramami to przypadkowa zbieżność, i tak było to nieuniknione. Być może bitwę przegrałam, ale z wojny wyjdę zwycięsko.

Bardzo często, gdy się odchudzam, zostaję zasypana różnymi poradami. Każdą z nich kiedyś wdrożyłam i efekty były mizerne. Próbowałam różnych diet, a także zmiany szkodliwych nawyków. Gdyby to wszystko było takie proste, wokół mielibyśmy samych szczupłych ludzi. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dorzucali swoich trzech groszy. Tym oto sposobem powstała lista zdań, które usłyszy każdy tłuścioch na diecie.

Po co się tak katujesz, po prostu...

Jedz często, a mało.

Wiem, że większość dietetyków to poleca, a ja w takim systemie chudnę 2-3 kg i koniec. Pięć posiłków to naprawdę dużo - czułam się przejedzona. Dodatkowo przygotowanie ich wszystkich na kolejny dzień zajmowało za dużo czasu, nadchodził późny wieczór i o ćwiczeniach nie było mowy. Oczywiście, gdyby to działało, byłabym skłonna jeść i 10 razy dziennie po dwa kęsy... jednak nie działało.

Nie jedz kolacji. Nie jedz po 18.00. I tyle wystarczy.

Tak się składa, że od wielu lat nie jem kolacji, bo po obiedzie po prostu nie jestem głodna. Wyjątkiem są dni, kiedy mam w pracy nocną zmianę - wtedy mój organizm domaga się dodatkowego, wieczornego posiłku. Jak widać, nie ma to wpływu na moją wagę. To za mało, aby schudnąć. Właściwie to nie powinno się jeść 4 godziny przed snem, więc jeśli ktoś jest wariatem, który chodzi spać o 2.00, może zjeść o 22.00. Próbowałam, nie jadłam po 18.00. I nic.

Nie jedz chleba, ziemniaków, makaronu, a zobaczysz jak waga poleci.

Nie wiem jak inni, ale do życia potrzebuję czegoś więcej niż kawałka mięsa i sałaty. Całkowita eliminacja tych składników być może zagwarantuje szybki spadek wagi, ale co później? Wymieniłam chleb i makaron na ciemny ponad roku temu. W zasadzie chleb jem tylko w pracy, bo tak łatwiej i jego ilości nie są zatrważające - raptem 2 - 3 kromki średnio co drugi dzień. Ziemniaki jem, ale nie codziennie. Efektów większych brak.

Nie podjadaj między posiłkami i nie jedz słodyczy, a schudniesz.

Być może są osoby, którym to wystarczyło, mi niestety nie. Gdy nie podjadam i nie jem słodyczy to po prostu nie tyję w zawrotnym tempie, a jedynie powoli... To nie sprzyja motywacji, aby nie jeść w ogóle słodyczy.
 

Wykup sobie prawdziwą dietę, a schudniesz. 

Miałam kupne diety, których przestrzegałam, ale schudłam raptem 2-3 kg  przez 2 miesiące, więc się poddałam. Na dłuższą metę za dużo zachodu. Zakupy pod dietę, czasem w jadłospisie były produkty, za którymi chodziłam 20 minut po markecie. Potem przygotowanie tego wszystkiego w pudełeczka na kolejny dzień. Życie toczy się wokół zakupów i stania przy kuchni. Jeśli robisz normalny obiad dla rodziny to zawsze jesteś w stanie wymyślić coś z produktów, które masz już w domu, jeśli z jakiegoś powodu nie masz czasu skoczyć do sklepu. W przypadku diety jest sztywny jadłospis, co zabierało czas. Gdybym tylko chudła na tych dietach chociaż 1 kg tygodniowo przez pierwsze 3 miesiące (później może być wolniej), pewnie nie poddałabym się tak szybko. Jednak gdy po 3 tygodniach okazuje się, że na minusie mam może 1 kg to entuzjazm spada i trzeba przyznać, że korzyści są niewielkie w stosunku do wysiłków i może lepiej ten czas poświęcić na rower.

MŻ i WR! Stosuję to od lat i nigdy nie miałam problemów z wagą.

Serio?  Zazdroszczę. Na mnie to nie działa spektakularnie. Nawet, gdy biegałam kilka razy w tygodniu, schudłam kilka kilogramów i koniec. Na jakiś czas zamieniłam pociąg na rower do pracy. Ruch pomógł, owszem, ale czy przy pilnowaniu się z jedzeniem i codziennej dawce ruchu nie powinno się schudnąć trochę więcej niż kilka kilogramów rocznie? Niesamowicie demotywujące.

A może masz problemy hormonalne?

Idź do lekarza, zrób badania. Pytanie i rozwiązanie w jednym. Żyjemy w czasach, kiedy prawie każdy ma problemy hormonalne, tylko czy to coś zmienia? Nawet jeśli ktoś ma problemy hormonalne, nie istnieją cudowne tabletki na redukcję tych "hormonalnych" kilogramów.

----
Wszystkie te zdania usłyszałam co najmniej kilkukrotnie. Zazwyczaj wygłaszają je osoby, które nie mają tendencji do tycia. Mówię oczywiście o tendencji do tycia powyżej 15 kg w zawrotnym tempie, bo to jest problem, a nie przybieranie 5 kg po zimie.

My, size plus, mamy przerobione to wszystko po dziesięć razy na pięć sposobów. Temat redukcji wagi znamy od podszewki. Po prostu czasem tak jest, że nie na wszystkich działa wszystko. Czasem schudnąć nie można. Bywa, że ujemny bilans kaloryczny to za mało. Bywa, że przemiana materii spada niemal do zera i nie ma to nic wspólnego z odwiedzaniem toalety i zaparciami. Przemiana materii w kontekście odchudzania to coś całkiem innego - dotyczy procesów biochemicznych. Nie wiem jak wy, ale mi czasem brakuje pomysłu, co odpowiedzieć. Ludzie nie dopuszczają do siebie opcji, że można trzymać się tych zasad i nie schudnąć, a tak jest, na co ja i wiele innych osób jesteśmy żywym dowodem. - Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. - mówią, a mi nie chce się nikogo przekonywać.

Dłuższy czas temu czytałam trochę o dietach IF (intermitten Fasting), w których stosuje się okresowy post, np. dieta 16/8, w której tak trzeba rozplanować posiłki, aby spożywać je wyłącznie w ośmiogodzinnym okienku żywieniowym. Kolejną jest dieta 5:2 - tutaj jemy przez 5 dni zgodnie z zapotrzebowaniem kalorycznym, a w wybrane 2 dni tygodnia robimy sobie post, w trakcie którego zjadamy tylko 500 kcal - można to rozbić na dwa posiłki. Dni te nie mogą być jeden po drugim, oczywiście. Coraz bardziej skłaniam się ku takiemu rozwiązaniu. Byłoby ono zgodne z moim trybem życia i wygodne. Skoro klasyczne sposoby nie działają, to może czas na eksperyment? Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam. Pewne jest tylko to, że 1 stycznia rano wyjdę z pracy z przekonaniem jak co roku, że teraz to na pewno się uda.
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html

A może Wy macie jakiś magiczny sposób na schudnięcie?

14 gru 2017

14 grudnia

Pluszowy Jezus - kupiłabyś dziecku?


Pluszowy Jezus to przytulanka dla dzieci, którą od kilku dni można nabyć w sklepie z dewocjonaliami. Pojawienie się jej na rynku wywołało falę krytyki. W opisie na stronie dystrybucja katolicka, z której też zapożyczyłam zdjęcie, możemy przeczytać, że pluszowy Jezus ma pełnić funkcję zabawki umilającej zasypianie, modlitwę, mszę.

Jestem zdziwiona, że największy hejt pochodzi od katolików, a kościół odciął się od zabawki tłumacząc, że wymagające powagi kwestie wiary nie powinny być kojarzone z zabawą, a dodatkowo maskotka może być używana w trakcie zabawy w sposób, który zbezcześci osobę Jezusa.

Dla mnie to po prostu... przytulanka.

Moja córka ma maskotki ukochanych postaci z bajek, z książek, swoich super bohaterów, z którymi zasypia. Są dla niej naprawdę ważne. Problem ludzi, dla których powstanie takiej zabawki stanowi obrazę ich uczuć religijnych polega na tym, że patrzą na świat oczami dorosłego. W oczach dziecka świat wygląda nieco inaczej. Pamiętasz siebie wiele lat temu? Miałaś ukochaną maskotkę, która towarzyszyła Ci wszędzie?

Zarówno księża, jak i osoby praktykujące twierdzą, że powstanie pluszowego Jezusa to profanacja. W końcu będzie leżeć z innymi maskotkami, może w jakimś pudle albo w kącie. Dziecko będzie nim rzucać, szurać po podłodze, bawić się w inny niestosowny sposób. A co, gdy pies go chapnie?

Jednocześnie dla niektórych jest w porządku, że:

  • Nasze dzieci bawią się w cmentarz i chodzą wokół kartonowego grobu w przedszkolnej sali, kleją znicze z pudełek i udają, że stawiają je na grobie. To zabawa prawdziwa, która wydarzyła się w którymś przedszkolu gdzieś w Polsce. 
  • Matki przebierają dzieci w pasiasty strój z naszytym obozowym numerem, naśladujący obozowe ubranie Maksymiliana Kolbe, który umarł śmiercią męczeńską w Auschwitz. 
  • Dzieciom rozdawane są malutkie, plastikowe płody w formie laleczek.
  • Odbywają się bale wszystkich świętych - zabawy typu pokaz mody świętej, wybór świętej i świętego balu, pociąg zbawienia. 
  • Postać Matki Boskiej od dawna została sprowadzona do roli butelki na wodę o wątpliwych świętych właściwościach. Aby się napić, trzeba jej ukręcić głowę.
  • Święty różaniec sprowadzony do roli pierścionka z wypustkami. 

To, co mi zawsze przeszkadzało w kościele katolickim i kwestiach religii to brak konsekwencji. Na poczekaniu wypisałam kilka rzeczy, które moim zdaniem bardziej profanują religię niż pluszowa maskotka, którą będzie przytulać dziecko.

Jak podaje pismo święte, Jezus lubił dzieci, które do niego przybiegały, przytulały się, słuchały opowieści. Ten Jezus jest trochę jakby z gwiezdnych wojen, ale trzeba przyznać, że całkiem sympatycznie uszyty i budzi ciepłe uczucia. Trudno uwierzyć, że jeden mały pluszak podzielił naród.

Jeśli zwyczajna maskotka jest w stanie wywołać u prawdziwych katolików tyle reakcji, pełnych nienawiści i złośliwości, cieszę się, że nie jestem katolikiem. Ok. 4 lata temu przestałam oszukiwać siebie, że w cokolwiek wierzę. W dodatku moje poglądy nie są spójne z tym, co serwuje KK.




10 gru 2017

10 grudnia

O czym marzy dziecko medyka?


Pewnego wieczoru Mikołaj postanowił sprawdzić, czy wszystkie dzieci, które wysłały swoje listy, grzecznie śpią w łóżeczkach. Przechadzając się uliczkami miasta, dyskretnie zaglądał w okna. Wszędzie ciemno. Wszędzie ciemno. Mroźna noc wygnała mieszkańców pod ciepłe kołdry. Dzieci śniły o czekoladowych krainach i baśniowych bohaterach, tuląc w łóżkach swoje misiaki. Na końcu uliczki stał mały, żółty domek, w którym ktoś nie zgasił światła.

Zaciekawiony Mikołaj zajrzał do środka. Przy maleńkim stoliku siedziała równie maleńka dziewczynka. Przed nią lekko pomięta kartka papieru, w dłoni ściskała ołówek.
- Drogi Mikołaju, - narysowała ludzika z brodą w czerwonej czapce. - Marzę, aby mama tu była. Jest teraz w pracy w szpitalu i opiekuje się chorymi ludźmi. Ja to rozumiem, Mikołaju, ale trochę tęsknię, gdy nie może przeczytać mi bajki na dobranoc. - Dziewczynka tak sobie mówiła pod nosem.

- Przed wyjściem powiedziała, abym stworzyła list do ciebie, więc rysuję, bo pisać jeszcze nie umiem. Tylko mam problem i to niemały... jak narysować czas? Jeśli namaluję tu zegar, czy Mikołaj zorientuje się, co miałam na myśli?

Dziewczynka przygryzała swój ołówek. W końcu narysowała wielki, okrągły zegar bez wskazówek. Kartkę włożyła do koperty i nakleiła znaczek.

O czym może marzyć dziecko medyka? W pierwszej kolejności, jak każde dziecko pracujących rodziców, chciałoby dostać CZAS. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki moja córka nie zadała pytania z tego wpisu. Marzyła o tak zwyczajnej rzeczy, że nawet nie domyśliłam się, co to takiego.

CZAS to prezent, na który zdobyć się jest nam najtrudniej. Kosztuje najwięcej.

Wymyślamy tak wiele rzeczy, aby go nie tracić, a on umyka jeszcze bardziej. Robić coś z kimś wspólnie to podarować mu swój czas. Czasem się wydaje, że nie mamy czasu albo wydaje się, że jutro będziemy mieć go więcej. Bywa jednak, że morze czasu, który mieliśmy, jak się nam zdawało, kurczy się do rozmiaru kropli.

CZAS jest najważniejszy. Wspólne robienie pierniczków, szykowanie choinkowych ozdób, przyjmowanie pomocy we wszystkim, co można zrobić RAZEM.

A co można podarować kilkulatkowi zaraz obok swojego czasu? Moją córkę, jak każdego innego ciekawskiego przedszkolaka, interesuje wszystko, co jest związane ze zdrowiem, anatomią człowieka, szpitalem, pracą personelu szpitalnego. Przygotowałam dla Was kilka inspiracji na "medyczne" prezenty dla dzieci. Co o nich myślicie? Może już coś z tej tematycznej listy macie?

Gry planszowe i edukacyjne związane z ciałem człowieka i zabawą w szpital.








Zabawy manualne







Zabawa w odgrywanie lekarza, pielęgniarki i dentysty








Wszystkie zabawki dostępne są jak zawsze w sklepie Hulahop.pl. Pod naszą choinką pojawi się jedna rzecz z tego zestawienia, na którą polowałam w zeszłym roku i wtedy nie udało się kupić. W tym roku pojawiła się w liście do Mikołaja drugi raz, więc od razu zamówiłam. Co to takiego, nie mogę jeszcze zdradzić. W końcu tylko Mikołaj czyta listy dzieci. :-)

5 gru 2017

05 grudnia

Dlaczego pielęgniarki noszą spodnie?

Zdjęcie z Uniformshop - odzież medyczna

Olaboga! Pielęgniarka w spodniach. Ciekawe, co na to Florencja Nightingale. :-) Gdy oglądam stare fotografie, nie mogę się nadziwić, jak gorąco było naszym koleżankom sprzed 100 lat. Rozłożyste spódnice i białe fartuchy. Do kostek. Rękawy długie. Guziczki, wszystko zapięte pod samą szyję. Można to wyjaśnić trendami modowymi w tamtym okresie - kobiety po prostu tak się ubierały, spodnie były zarezerwowane dla mężczyzn. Poza tym, gdyby przyjrzeć się historii pielęgniarstwa, chorymi zajmowały się najróżniejsze osoby. Był okres, kiedy robiły to zakonnice (i stąd do dziś ludzie zwracają się do pielęgniarki "siostro", choć w zasadzie jest to mocno nieaktualne). Pielęgniarkami stawały się też kobiety z marginesu społecznego. Praca ta uznawana była za uwłaczającą. Żadna szanująca się rodzina nie wysłałaby córki do pracy w szpitalu. Dopiero Florencja Nightingale zrobiła rewolucję, tworząc z pielęgniarstwa zawód jak każdy inny. Okruchy dawnego obrazu pielęgniarstwa są w naszym życiu jeszcze obecne, choćby przez wspomnianą "siostrę". Ludzie piszą o naszej pracy przez pryzmat powołania, opiekę zdrowotną nazywają służbą, a przecież od dawna jest to po prostu praca.

Wiele lat później pielęgniarki nosiły mniej zabudowane mundurki, ale jednak cały czas królowały spódnice. No i czepki, na widok których jedni ocierają łzę wzruszenia, a inni wzdychają z ulgą. Całe szczęście, już nie trzeba nosić czepków. Wystarczy identyfikator. Z czepkiem było dużo zachodu. Po pierwsze, musiał być dobrze wykrochmalony, a po drugie dobrze przymocowany do głowy. Czym? Dziesiątkami spinek!

Teraz możemy ubierać się wygodnie i bardziej funkcjonalnie. Wymaga tego od nas praca, której zakres na przestrzeni lat cały czas się zmienia.

Dlaczego pielęgniarki noszą spodnie?

Czasem musimy zamienić się w człowieka gumę
Swoboda ruchów ma znaczenie, gdy musisz sięgnąć coś, co jest bardzo daleko, a jednocześnie nie możesz do tego podejść. Lata treningów, aby zrobić szpagat, mogą być niepotrzebne, jeśli jesteś pielęgniarką. Bywa, że na sali operacyjnej trzeba zrobić naprawdę duży krok...

I w człowieka ciastolinę
Przybierając rozmaite pozy, nie mające nic wspólnego z pozowaniem. Wyobraź sobie malutką windę, a w niej łóżko transportowe, cały osprzęt i kilka modlących się osób, aby ta się nie urwała. Modelowanie ciała w tej sytuacji bywa niezbędne. No wiecie, wciągnąć brzuch, stanąć na jednej nodze.

I wspiąć się na krzesło
No bo najwyższe półki są zazwyczaj poza zasięgiem wzroku i ręki. W ich głębi bardzo często czają się rzeczy, których akurat potrzebujesz. Może jakieś pudełko wenflonów albo ostatnie opakowaniu rzadko używanego leku, który musisz podać pacjentowi. Kiedyś miałam spódnicę. Miałam, bo rozpruła się podczas wchodzenia na krzesło, wypełniając ciszę rozdzierającym krzykiem materiału, z którego była uszyta.

Schylamy się, kucamy, klękamy
Coś trzeba poprawić, podnieść. Wykonujemy masaż serca - pacjent nie zawsze leży w łóżku. Zdarza się, że upadnie w drodze do drzwi. Wtedy schylamy się. Klękamy, żeby założyć wkłucie, a czasem bywa z tym ciężko. W takich momentach spódnica byłaby niewygodna.

Spodnie nas chronią
Są cieplejsze, szczególnie sprawdza się to w nocy, kiedy temperatura jest jednak nieco niższa. Poza tym mamy styczność z różnymi wydzielinami i wydalinami - brudne mundurki oddajemy do pralni i już. Drobne zanieczyszczenia nie maja styczności z gołą skórą nóg.

Dla mnie najwygodniejsze są połączenia bluzy i spodni. Komplety nie krępujące ruchów i z dużymi kieszeniami, gdzie mieści się długopis, pieczątka, telefon i jeszcze trochę innych rzeczy, bez których czuję się w pracy jak bez ręki. Jeszcze kilka lat temu jeździłam po mieście w poszukiwaniu sklepu z odzieżą medyczną. Dziś na szczęście można zamówić komplet medyczny przez Internet w sklepie internetowym Uniformshop - klik, osobne spodnie medyczne, bluzy medyczne lub całe komplety medyczne, nie tylko w kolorze nudnej bieli. Nie wiem jak wy, ale ja lepiej czuję się w kolorze. Podoba mi się taka mięta, która kojarzy się ze świeżością i jednocześnie nie jest krzykliwa. Mała rzecz, a cieszy.

Zdjęcie zaczerpnięte z Uniformshop.pl


Jak jest u Was? Spódnice czy spodnie? Co zakładasz do pracy i po godzinach?



1 gru 2017

01 grudnia

Sprzątanie metodą Konmari - wnioski po roku!

Wkrótce minie rok, odkąd z wielką fascynacją przeczytałam "Magię sprzątania" Marie Kondo. Pamiętam jak dziś swoje wypieki na twarzy, gdy uwierzyłam, że jestem w stanie zmienić swoje życie, okroić je z chaosu, poskromić wszechobecny nieporządek. Coś, co żartobliwie nazywałam twórczym nieładem, w rzeczywistości było złodziejem mojej energii i pomysłów. 

Marie Kondo to taka japońska perfekcyjna pani domu. Sprzątaniu, które jest jej pasją, nadaje wymiar duchowy. To brzmi nieco groteskowo, prawda? Zazwyczaj porządkujemy i odświeżamy przestrzeń wokół siebie, bo po prostu musimy. Pamiętacie z domu te znienawidzone sobotnie, poranne porządki? Sprzątanie to dziwne hobby, ale szanuję ludzi z pasją, takich jak Marie Kondo, którzy potrafią zarazić innych swoją gotowością do działania i zachwytem nad codziennymi rzeczami. Po przeczytaniu książki twardo postanowiłam: "- koniec z bałaganem, posprzątam raz na zawsze". Od jutra, bo zegar dwie godziny temu wybił godzinę duchów.

Jak sprząta się metodą Konmari?


Kusząca wizja! Czytany nocą fragment Magii sprzątania M. Kondo
Zaczynamy od sortowania i pozbywania się zbędnych przedmiotów, co niezwłocznie zrobiłam. Gdy robimy to tradycyjnie, porządkujemy pomieszczeniami, pokój po pokoju. To błąd. W ten sposób nigdy nie wysprzątamy domu raz a dobrze.
Nasza japońska perfekcjonista zaleca, aby wszystkie przedmioty porządkować według kategorii. Jeśli zajmujemy się ubraniami, przynosimy je z całego domu w jedno miejsce. Podobnie z książkami, dokumentami, bibelotami, i tak dalej. To punkt wyjściowy do dalszych działań.
Nasz salon zmienił się w gigantyczne pobojowisko, którego ogarniecie zajęło mi kilka dni.

I tu wypadałoby przejść do najważniejszego - jak pozbyć się przedmiotów z etykietkami: może jeszcze się przyda, jeszcze dobre aż szkoda wyrzucić, do tego mam sentyment.
Otóż, Marie Kondo ma na to sposób - trzeba definitywnie pożegnać się z tym, co nie sprawia nam radości, każdą rzecz wziąć do rąk i zastanowić się, czy ją lubimy. Jeśli nie budzi w sercu ciepłych uczuć - do utylizacji.

O ile ładnie to wszystko brzmiało, to nie do końca ze mną współgra. Myślę, że wynika to z innej kultury niż u Japończyków. U nas ceni się pamiątki rodzinne, często przekazujemy je sobie z pokolenia na pokolenie, traktując te okruchy przeszłości jako coś magicznego. Pod tym względem Marie Kondo jest bardzo radykalna, bo na przykład nie powinniśmy trzymać starych zdjęć rodzinnych, jeśli nie sprawiają nam radości. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Mam wszystkie zdjęcia rodzinne, nawet te sprzed kilkudziesięciu lat. Są one dla mnie ważnym elementem mojej przeszłości, korzeni, częścią tożsamości. A nawet gdyby nie miały dla mnie znaczenia, nigdy nie wiadomo, czy w jakiś sposób nie będą istotne dla moich wnuków albo prawnuków. Żałuję za to, że nikt nie pomyślał w przeszłości o ich podpisaniu, przez co nie jestem w stanie rozpoznać na nich części członków rodziny. To są bardzo stare czarno-białe fotografie.

W naszym domu, jak u wszystkich, jest wiele przedmiotów praktycznych, choćby drabina, narzędzia, słoiki. Choć nie sprawiają mi radości, na pewno się ich nie pozbędę. Co prawda rzadko, ale są używane. Podobnie dodatkowe kable USB, ładowarki i inne oraz instrukcje do sprzętów.  Marie Kondo uważa, że lepiej kupić nowy kabel USB, jeśli zepsuje się stary niż trzymać zapasowe, które często dołączone są do urządzeń, które kupujemy. Tutaj poszłam na mały kompromis - wszystkie nasze kable umieściłam w jednym pudełku, ale ich nie wyrzuciłam.

Jeśli chodzi o porządek w łazience, M. Kondo ma fobię przed stojącymi na wannie lub pod prysznicem kosmetykami. Narażone na działanie wody i resztek kosmetyków opakowania stają się obślizgłe, co ją obrzydza. Dlatego też proponuje wycieranie ich do sucha po każdej kąpieli i umieszczanie w szafce. To się kompletnie nie sprawdziło. Jesteśmy zbyt leniwi, aby coś takiego robić i wszystkie buteleczki z kosmetykami kąpielowymi miały, mają i będą mieć honorową lożę na wannie. 

Kolejna rzecz to ubrania - w przypadku szafy i komody, dokonałam prawdziwej rewolucji. Część półek zamieniłam na drążek z wieszakami, dzięki czemu łatwiej utrzymać porządek. Swoje wieszaki mają nawet te rzeczy, które w zasadzie tego nie wymagają, ale tak jest po prostu łatwiej i wygodniej. Tam, gdzie mam szuflady z rzeczami córki, ubrania układam metodą tokimeki czyli pionowo. Niektórym trudno jest wyobrazić sobie, jak to wygląda. Ubrania faktycznie stoją, nawet gdy jest ich mniej. Oczywiście nadal nie są idealnie ułożone, ale dużo łatwiej utrzymać ład niż przy układaniu ich jedno na drugim, kiedy tak naprawdę po wyjęciu bluzki spod spodu trzeba na nowo układać daną stertę.

Pionowe ułożenie ubrań

Dzięki Marie Kondo zaczęłam prasować. Może nie robię tego regularnie, ale wkładanie do szaf jedynie tych uprasowanych ubrań weszło mi w nawyk. Dzięki temu niektóre rzeczy zostały zreanimowane, bo w tym całym pośpiechu i braku czasu wybierałam to, co dobrze wygląda bez prasowania. Odzież z tendencjami do zagnieceń leżała zapomniana.

Marie Kondo "Magia sprzątania"'

Autorka książki opisywała, jak jej klienci po takich totalnych porządkach nie mogą uwierzyć w liczbę wygenerowanych czarnych worków. Faktycznie, u mnie zapełniło się kilka. Choć zapewniała, że dzięki jej metodzie posprzątam raz a dobrze, to porządku starczyło na rok. Teraz muszę to powtórzyć, bo nazbierało się trochę tzw. komono - to te upierdliwe drobne rzeczy, które nie mają swojego miejsca i bez ustanku znajdujemy je w różnych częściach mieszkania.

Wdrożyłam u siebie tylko część porad Marie Kondo. Uważam, że było mi to potrzebne. Gromadzone przez lata przedmioty przytłaczały mnie swoją obecnością. Było tego za dużo i co gorsza, większość z nich nie miała swojego stałego miejsca. W każdym pomieszczeniu leżały rzeczy z wszystkich kategorii, a przecież dużo łatwiej jest, gdy są posegregowane - buty do butów, baterie do baterii, kable do kabli, kremy do kremów.

Opustoszała przestrzeń podziałała na mnie kojąco. Skupienie przychodziło z łatwością. Nowe pomysły rodzą się, gdy wokół panuje ład. Niestety jesteśmy strasznymi bałaganiarzami, więc kończy się na tym, że po prostu najsampierw sprzątam, aby myśleć, uczyć się, czytać. Choć to takie oczywiste, dopiero po zapoznaniu się z japońską magia sprzątania odkryłam tę zależność.





20 lis 2017

20 listopada

Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...

bank zdjęć Pixabay

Bóg wybrał spośród kobiet te najsilniejsze i uczynił je pielęgniarkami.

Z pielęgniarkami żenią się tylko prawdziwi mężczyźni.

A gdyby w tych zabawnych hasłach, krążących po sieci, było ziarnko prawdy? 

Życie z pielęgniarką jest bardzo wymagające, drogi absztyfikancie, tutaj nie ma miejsca na wygodnictwo, brak partnerstwa i współpracy. Statystyki mówią same za siebie. Wśród medyków rozwodów jest bardzo dużo, jeśli nie najwięcej. Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...

Jak zgłębisz domowy survival, przeżyjesz

Bądź samodzielny i opanuj podstawowe umiejętności. Umrzesz z głodu, jeśli tego nie zrobisz, a twoje skarpety rozbiegną się na spacer. Tutaj nie ma miejsca na "nie wykąpię dziecka, bo nie umiem", "nie ugotuję ziemniaków, bo się nie znam", "nie umyję podłogi, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie trzymamy mopa".

Pracujemy w systemie zmianowym - noce, weekendy i święta. Nasze zmiany trwają 12 godzin. Wychodzimy rano i wracamy wieczorem albo odwrotnie.

Wcześniej czy później przyodziejesz fartuszek w kwiatki i zrobisz obiad, zakupy, przygotujesz dziecko do snu. Już teraz poczyń mentalne przygotowania.

Bonus w postaci regularnego wykrzesywania odrobiny kreatywności nie zaszkodzi, gdy przyjdzie Ci zmierzyć się z wykonaniem stroju na bal przebierańców w przedszkolu.

Lepiej zacznij oglądać na yt instruktaże, jak zrobić kucyk albo zapleść warkoczyk - istnieje 50 procent ryzyka, że urodzi Ci się córka i szczotka do włosów stanie się Twoim porannym atrybutem.

Czasem będziesz mieć łóżko tylko dla siebie

Większość ludzi lubi spać z kimś.  Zimą można się zagrzać, a poza tym jest po prostu miło przez sen się przytulić, zagarnąć, położyć nogę.

Jeśli mieszkasz z pielegniarką, co kilka dni jej połówka będzie pusta. Nadrobisz zaległości w chrapaniu i zgrzytaniu zębami. Wyśpisz się za wszystkie czasy i... będziesz mieć całą kołdrę na własność, calutką.

I jeszcze jej ulubiony jasiek.
#tylewygrać

Mistrzyni improwizacji i prowizorki pod jednym dachem z Tobą to skarb

Pielęgniarki to mistrzynie improwizacji. Na wszystko mają swoje sposoby. Wiedzą, co zrobić o północy, gdy męczy cię okrutny kaszel w hotelowym pokoju, a jedyne co masz, to czajnik i wynajęte łóżko.
Istnieje szansa, że pielęgniarka coś wymyśli albo doradzi, jeśli nie czujesz się najlepiej.

Wie, kiedy naprawdę trzeba zacząć się martwić.

Niektóre z nas noszą w torebce plaster w rolce, którym coś przyklejają, zawieszają, doczepiają, sczepiają. Jak się okazuje, plaster może uratować sytuację w sprawach, w których nie posądziłbyś go o taki potencjał.

Będziesz mieć dobrego słuchacza

Bywa, że nawiązujemy nić porozumienia z pacjentem, który nie może mówić i się poruszać - brzmi jak science fiction, ale jest to możliwe. Wyraz twarzy, ruch warg, oczy - to wszystko może powiedzieć bardzo dużo. Nadprzyrodzone moce? Nie, raczej doświadczenie i intuicja.
Nikt nie zrozumie Cię lepiej niż żywy barometr nastroju.

Aktywne słuchanie to część naszego zawodu. W końcu musimy uzyskać od pacjentów informacje, dotyczące najważniejszych kwestii związanych z ich zdrowiem. Chorzy przychodzą do nas ze swoimi obawami, wątpliwościami, strachem przed zabiegiem.

Niektórzy lubią przy okazji się wygadać. Słuchanie jest niezwykle ważne i wymaga też cierpliwości.

Co ciekawe, prasa naukowa jeszcze nie doniosła o tym, aby mężczyzna pielęgniarz z takimi zdolnościami kiedykolwiek zrozumiał swoją niemedyczną żonę.

Organizację masz z głowy

Pielęgniarki wielokrotnie mają pod swoją opieką 20-40 pacjentów. Wyjątkiem są oddziały intensywnej terapii, gdzie normy zatrudnienia wyglądają inaczej.

Jedno z praw dyżurującej pielęgniarki głosi - im większa presja czasu, tym więcej masz do zrobienia. Tak właśnie jest.

Gdy wymaga tego sytuacja, pielęgniarki znajdują czas tam, gdzie go naprawdę nie ma. Wiedzą, jak ogarnąć ogromną ilość zadań bez pominięcia niczego.

Organizacja imprez rodzinnych i wakacyjnych wyjazdów to dla nich pikuś.

 

Czasem pogadasz, a czasem pomilczysz

Pielęgniarki są różne. Jedne gadają o swojej pracy jak najęte, a na pytanie - jak było w pracy, wygłaszają niekończącą się opowieść o tym, jak ciężki miały dzień, co je zasmuciło albo ucieszyło.

Na inne to samo pytanie działa niczym płachta na byka, bo wracając do domu, zamykają ten rozdział i nie mają zamiaru zaczynać go od nowa.

Bywa, że potrzebujemy po prostu w spokoju pomilczeć. My medycy nie mamy sensownej pomocy psychologicznej. Nasza praca naraża nas na PTSD i wypalenie zawodowe. Przez lata wykształcamy w sobie mechanizmy obronne, jednak każdy ma takie chwile, kiedy coś nie do końca działa.

Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz

Seriale, filmy i książki przesycone medycznym klimatem - my to po prostu lubimy, ale patrzymy na nie nieco inaczej. No bo jak tu się nie śmiać, jeśli w serialu wenflon jest założony odwrotnie, a aparat do kroplówki wisi do góry nogami?

Zdarza się, że się wkurzamy. Zamiast prawdy, na ekranie widzimy przeinaczony, przerysowany świat medyczny, ale i tak oglądamy.

Medycy mają jakieś takie inne poczucie humoru. Znają nietaktowne dowcipy o zabarwieniu medycznym. Wyrwane  ze swojego środowiska naturalnego szpitalne anegdoty wywołują reakcje typu aleosochosi. Bywamy dziwni. Serio.

Mamy pasje

Nie znam pielęgniarki, która nie miałaby zdolności manualnych.  Mamy hobby związane z rękodziełem - moje koleżanki szydełkują, haftują, robią witraże, zajmują się decoupage i scrapbookingiem, robią biżuterię z koralików.

W mieszkaniu, w którym przebywa pielęgniarka, jest przynajmniej jeden kącik z prowizoryczną pracownią handmade. Fotel, stolik, schowek, cokolwiek.

Znamy drugie dno pór roku i świąt

Spadł śnieg? Na jezdni jest szklanka? Super, wiemy już, że połamani ludzie będą walić do szpitala drzwiami i oknami.
Letnie upały? Dla nas to pacjenci z odwodnieniem, oparzeniami słonecznymi, udarami cieplnymi i ci wyłowieni z kąpielisk.
Okres przedświąteczny i Święta? Zwiększona liczba urazów na skutek porządków. Przeorganizowanie miejsc na oddziałach, bo powiedzenie "wymień babcię i dziadka na choinkę" powoli wchodzi w życie (patrz podpunkt Śmiejemy się na filmie, przy którym płaczesz). Zatrucia pokarmowe.
Sylwester? Urazy spowodowane fajerwerkami i petardami.
Wszystkie Święta obchodzone w Polsce - leczenie zdrowotnych konsekwencji pijaństwa, bo ludzie po alkoholu są w stanie zrobić sobie naprawdę wielkie kuku...


Tak właśnie wygląda życie z pielęgniarką. Ma swoje plusy i minusy. Niezależnie od tego, jaki zawód wykonujesz, jego naleciałości widać w życiu domowym. Widzisz tu siebie? A może masz do dodania coś, co mi umknęło? Czy praca ma wpływ na pozostałe sfery Twojego życia? Koniecznie podziel się w komentarzu, jeśli masz ochotę.

13 lis 2017

13 listopada

10 pomysłów na mikołajkowe prezenty dla przedszkolaka


Mikołajki tuż tuż... U nas, w województwie mazowieckim, obchodzimy je symbolicznie - drobny upominek - zabawka, książka, coś słodkiego. Te wymarzone prezenty dajemy sobie w Wigilię. Wiem jednak, że w niektórych regionach Polski jest całkiem odwrotnie. 


W poprzednich stuleciach Mikołajki były dniem ustawowo wolnym od pracy - to wielkie święto katolickie na cześć Świętego Mikołaja - duchownego, który w swoim życiu skupiał się na pomocy potrzebującym. Do końca nie wiadomo, czy Święty Mikołaj istniał naprawdę - jeśli tak, to w mocno zamierzchłych czasach. Według legend i dawnych ksiąg, zasłynął z pobożności, zwalczania pogaństwa i bezinteresownego działania na rzecz ubogich. Święto Mikołaja było traktowane jako przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia.

Święty Mikołaj to patron dzieci. Niegdyś pod osłoną nocy zakonnice zostawiały pod drzwiami biednych domów paczki dla dzieci. Postać Mikołaja była od zawsze ściśle związana z pomaganiem. Wieczorem ktoś przebierał się za Świętego Mikołaja i obdarowywał grzeczne dzieci słodyczami, owocami i orzechami. Te niegrzeczne uderzano kijem.

Zwyczaj ukradkowego podkładania prezentów wziął się z legendy o ojcu, który stracił swój majątek, więc postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego, gdyż bez posagu i tak nie znalazłby chętnych na ożenek absztyfikantów. Widząc, co się święci, Święty Mikołaj przez trzy noce z rzędu wrzucał przez okno worek pieniędzy na posag, ratując tym samym kobiety przed losem, który chciał zgotować im własny ojciec. Ten, gdy zorientował się, kto wrzuca pieniądze, omal nie spalił się ze wstydu, gdyż wcześniej szydził ze Świętego Mikołaja. Za podarowane pieniądze wydał córki za mąż, a sam postanowił zmienić swoje życie na lepsze i pobożne.

Jako że od ok. 4 lat stronię od religii katolickiej, na Mikołajki, podobnie jak na resztę świąt związanych z tradycją katolicką, patrzę z przymrużeniem oka. Szóstego grudnia moje dziecko dostaje upominek od Świętego Mikołaja z okazji jego imienin. Od tego współczesnego Mikołaja z wielkim brzuchem i brodą, który lata saniami po niebie ze stadkiem przyjaznych reniferów i bierze udział w reklamie coca-coli. Taki nasz mały element baśniowy w realiach codzienności. 

Przygotowałam dla Was listę mikołajkowych prezentów dla przedszkolaka - wszystkie do kwoty 50 zł. Pochodzą z mojego ulubionego sklepu Hulahop.pl, o którym już pisałam na blogu kilkukrotnie. Nie wiem jak Wy, ale ja czasem mam wrażenie, że wydałam na daną rzecz dużą kwotę... a właściwie nic sensownego nie kupiłam. Dlatego na liście umieściłam takie zabawki, którymi dziecko pobawi się dłużej. Zapraszam! Może coś z tej listy już macie?

Prezenty dla kilkulatka za mniej niż 50 zł

1. Pierwszy mikroskop Clementoni - Mikroskop powiększa do 300 razy.
2. Gazelo zestaw narzędzi - Zabawka przeznaczona dla majsterkowiczów.  
3. Kasa sklepowa z akcesoriami - Zabawa w odgrywanie ról jest zawsze na czasie.  
4. Maszyna do szycia - Naśladowanie dorosłych bywa fajne, zwłaszcza jeśli w domu korzystacie z dorosłej maszyny do szycia.
5. Keyboard z mikrofonem - fajny pomysł, jeśli macie tolerancyjnych sąsiadów :-)
6. Mega creative Parking - straż z akcesoriami - bardzo dużo elementów.
7. Brimarex Robot na baterie zdalnie sterowany 
8. MalPlay Domek marzeń z wyposażeniem do projektowania - w domku są już mebelki i małe laleczki.
9. Cobi Gra świńskie ryjki - co tu dużo mówić, może się okazać, że pożyczysz ją od dziecka na imprezę, byłoby ciekawie :-) 
10. Jawa Gra Zaczarowany Świat Trolli - trolle to u nas kolejny hit po Krainie Lodu.

Jestem ciekawa, jak u Was obchodzi się Mikołajki? 




7 lis 2017

07 listopada

Zrób dziecku lapbook - przedszkolak poznaje ciało człowieka

Lapbook dla przedszkolaka, ciało człowieka, przedszkolak poznaje ciało człowieka

Na lapbooki trafiłam przypadkiem i od razu wpadły mi w oko. Dlaczego? Bo to świetna zabawa. Na razie popularne są jedynie za granicą, gdzie staniowią alternatywę tradycyjnego uczenia się z podręcznika. W takiej teczko-książce umieszcza się ciekawostki oraz najważniejsze informacje dotyczące danego zagadnienia - taka wiedza w pigułce, przedstawiona różnymi technikami. 

Wcześniej czy później biedny rodzic musi w jakiś sposób podołać pytaniom ciekawskiego przedszkolaka, który chce wiedzieć, gdzie w jego ciele znajduje się krew albo co dzieje się ze zjedzonym obiadkiem. Przedstawiam Wam nasz lapbook pt. "Przedszkolak poznaje ciało człowieka" - materiały do wydruku podlinkowane na końcu tekstu. Udanej zabawy!

Co przedszkolak powinien wiedzieć o ciele człowieka?

Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie trudna, bo nie jestem pedagogiem ani nauczycielem przedszkolnym. Jestem za to rodzicem, który podjął próbę zaspokojenia ciekawości dziecka na temat własnego ciała. Czego dowiedział się mój przedszkolak, korzystając ze swojej książko-teczki? 

ciało człowieka dla przedszkolaka - mózg, serce, narządy wewnętrzne do układania

Ludzie mają w środku narządy wewnętrzne. Mózg jest w głowie i to w nim powstają myśli. Serce jest w klatce piersiowej i bije puk puk. Człowiek oddycha płucami, które powiększają się, gdy bierzemy wdech, bo jest w nich wtedy powietrze. Jaką drogę przebywa wszystko to, co zjemy i wypijemy. 

Ciało człowieka dla przedszkolaka, układ pokarmowy

Banalna zabawa :-). Droga, jaką przebywa jabłuszko, pełna zakrętów i przeciwności losu. Niby nic, a ulubiona część teczki mojego przedszkolaka. 

szkielet człowieka do układania dla przedszkolaka


Wesoły szkielecik człowieka do układania. Oczywiście z przymrużeniem oka. Na kartce przyklejona jest całość jako wzór, a w kartonowej kieszonce elementy, z których można ułożyć obok brata bliźniaka pierwszego szkieletorka. 

Anatomia dla kilkulatka


Serduszko puka w rytmie czacza i w rzeczywistości wygląda inaczej niż się je rysuje. Kaja za to mówi, że to niemożliwe, bo prawdziwe serduszko wygląda tak: 💗 I koniec! 

Uśmiechnięty i smutny ząbek - zabawa edukacyjna

Co lubią ząbki a czego nie


Kaję zaaferował smutny ząbek. W końcu ząbki nie lubią słodyczy. Ja jednak jestem przekonana, że powodem był kończący się tusz w drukarce - gryzienie niebieskiego brokuła musi być przygnębiające!

przedszolak uczy się czytać

Przemyciłam kilka prostych wyrazów. :-) Zabawa była, ale jak to bywa w przypadku dzieci, po zaspokojeniu ciekawości książko-teczka poszła w kąt. Mimo to, wcale mi nie szkoda, bo nie przywiązujemy wagi do takich rzeczy. Bawimy się nimi, dopóki mamy ochotę, a później podzielają los swoich papierowych kolegów i koleżanek z makulatury. Znając mnie, szybko wymyślę coś nowego. 

zabawa edukacyjna dla przedszkolaka DIY


Jako że nie jestem aż tak zdolna, aby rysować w programie graficznym takie rzeczy, wrzucę Wam link do mojej tablicy na Pinterest: do lapbooka: Przedszkolak uczy się o ciele człowieka. Są to darmowe materiały edukacyjne do wydruku, którymi posłużyłam się przy tworzeniu teczki. Piny prowadzą do stron, z których możecie je pobrać. 

Zobacz też:





27 paź 2017

27 października

Kilka słów o królewiczu, który nie chciał gadać z bardzo grubą i bardzo brzydką królewną

Zdjęcie z fanpage Galanta Lala - blog plus size wstawione za zgodą autorki

To był ten późny wieczór, kiedy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zapuściłam dobrą nutę, jednak dźwięki ze słuchawek nie przywołały snu. Wyobrażałam sobie rzeczy, które lubię, że szydełkuję i liczę oczka, że wyemitowali drugi sezon Opowieści Podręcznej, że zdobywam te Rysy, których nigdy się nie udało, że ważę dziesięć kilo mniej i mieszczę się w spodnie z zeszłego roku. Dupa. Odpaliłam sobie fejsa, zerknęłam na aktualności z ulubionych stron i tak trafiłam na bloga Galanta Lala, na którym widniało powyższe zdjęcie z trafnym komentarzem autorki.

Z początku się wkurzyłam, bo kupuję dziecku książki z nadzieją, że niosą jakąś wartość. Nie zawsze mam możliwość i czas przeczytać je od deski do deski przed kupnem. Wielokrotnie dopiero w domu okazuje się, co w nich dokładnie jest. Jedne książki nastawione są na aspekt edukacyjny, inne zawierają nieszkodliwe i wesołe historyjki bez głębszego przekazu, jeszcze inne po prostu rozweselają albo mnożą liczne przemyślenia po przeczytaniu. Każda książka ma w sobie coś, co w jakiś sposób poszerza horyzonty. Jednak pierwszy raz spotykam się z książką dla dzieci, która obudziła we mnie wewnętrzny bunt.

Od jakiegoś czasu próbuję rozmawiać z dzieckiem na temat różności. Tłumaczę, że świat byłby nudny, gdyby wszyscy ludzie wyglądali tak samo. Jedni mają kilka kilogramów więcej, inni mniej. Jedni są wyżsi, inni niżsi. Jedni mają rude włosy, inni czarne. To wszystko jest nieważne, bo liczy się to, co kto ma w serduszku. Czasem rozumie bardziej, a czasem mniej. Jak to dziecko, bywa że taktu w niej za grosz, bo dzieci tak mają, że mówią bez ogródek w sklepie pełnym ludzi - mamo, patrz, ten pan ma kucyk, haha. Jak ja! Albo w autobusie: mamo - czemu masz taki gruby brzuch? Jest tam dzidziuś? Spojrzenia współpasażerów koncentrują się na mojej talii, która pewnie nigdy nie zbliży się kształtem do talii osy, z czym już się pogodziłam. - Nie kochanie, tam nie ma dzidziusia. Tam jest tylko jedzonko. - mówię. Kątem oka widzę, jak młodzian nieopodal, gotowy do ustąpienia miejsca, oddycha z ulgą. Tymczasem jedna mała książeczka mogłaby zniweczyć ten cały mój trud, jeśli pozostawiłabym ją bez własnego komentarza, co w sumie jest dobre, bo dzięki temu można omówić takie trudne sprawy. Trudne, bo rozmowy na takie tematy z 4,5-latką są skomplikowane, uwierzcie. Unikam ich na polu publicznym. Zazwyczaj staram się omówić to z nią, gdy jesteśmy same, na raty, po trochu. To nie tak, że dziecko przychodzi na świat z wrodzoną wrażliwością. Ono musi dojrzeć do empatii. Tak uważam. Staram się jej w tym pomóc, choć wiem, że przed nami jeszcze wiele gaf.

Tylko powierzchowność

Skreślanie znajomości tylko ze względu na wygląd jest płytkie. Wiadomo, że jeśli chodzi o te najbliższe relacje, to każdy ma swój typ i jeśli ktoś nie jest dla nas atrakcyjny to wcale nie znaczy, że obiektywnie taki nie jest.
Z tekstu wynika, że jeśli ktoś jest gruby, to od razu brzydki, tym samym nie jest wartościowy jako człowiek, nie warto go poznawać, nie warto z nim dalej rozmawiać. Dla mnie proste jest jak budowa cepa, że wygląd nie determinuje charakteru i nie można wartościować ludzi na podstawie ich masy ciała. Wiem, że dla niektórych przekaz z tej książeczki jest rzeczywistością. Wiem, że są ludzie, którzy kierują się powierzchownością, dobierając sobie znajomych. Na szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni myślowo. Jakieś 16 kg temu byłam w swoim życiu chuda. Jakieś 28 kg temu byłam w swoim życiu gruba. Weryfikacja moich znajomych dokonała się dzięki temu samoistnie i dziś najbliżej przy sobie mam ludzi, którzy widzą mnie, a nie moje ciało, które na przestrzeni lat różnie się zmieniało. Jeszcze wieki temu w pradawnych czasach bardzo to przeżywałam, ale dziś wiem, że stało się dobrze. Niektóre kompleksy leczę do teraz, ale taki mam charakter, że ze wszystkiego staram się wyciągnąć dla siebie coś dobrego. W tym przypadku nauczyłam się, że ludzie potrafią być dla siebie prawdziwymi chujami, ale to wszystko jest bez znaczenia, bo stamtąd, gdzie widzę ciemność, po prostu wychodzę w stronę światła.

A książę? Książę jest po prostu beznadziejny. Jeśli miałabym dokończyć tę opowieść w afekcie, powstałby królewski melodramat o księciu, który przemierza kolejne równiny i doliny, odwiedza dziesiątki królestw, i tak przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu siwieje, mięsień piwny rośnie w siłę. I żadna królewna go nie chce, czy to plus size, czy minus size, bo choć na miłość nigdy nie jest za późno, to jego czas przeminął i nie jest już młodym, wysportowanym ogierem, jak mu się zdaje. Całe życie oceniał innych powierzchownie, więc czemu ktokolwiek miałby widzieć w nim kogoś więcej, niż tylko podstarzałego rozkapryszonego starego kawalera. 

Jeśli miałabym dokończyć tę historię po dłuższym namyśleniu, uznałabym że książę jest strasznie nieszczęśliwy, bo nikt go nie nauczył, że w życiu ceni się jeszcze inne wartości. Człowiek to nie tylko to, co widzimy. Człowiek jest jak książka. Okładka nie zawsze jest interesująca, czasem i na wstępie powieje nudą, ale potem może się okazać, że to najlepsza książka ever, jaką kiedykolwiek czytałam.

Czekając na księżniczkę. Czekając na księcia.

Kilka lat temu natrafiłam na bardzo fajny tekst. Przytoczę go swoimi słowami tak, jak sobie mniej więcej zapamiętałam, ponieważ nie pamiętam źródła. To historia, którą absolutnie warto przytoczyć.

Bohaterami były cztery osoby -  żona, mąż i ich dwójka samotnych przyjaciół. Koleżanka - niska, przeciętnej urody księgowa. Nigdy nie była w poważnym związku. Gdy przychodziła w odwiedziny, żaliła się, że wciąż jest sama. Lata lecą. Ona już po 30-tce. Zazdrościła im pięknej rodziny. Tego zwyczajnego życia. Zagadywała - może znacie kogoś, takiego jak ja, kto nie ma nikogo. Małżeństwo miało kolegę mechanika - z wyglądu równie przeciętnego, ale pracowitego, z dużym poczuciem humoru, naprawdę fajnego gościa, samotnego jak księgowa. Na pomysł spotkania z ich znajomą zareagował wielkim entuzjazmem.
Księgowa natomiast, po usłyszeniu o spotkaniu z mechanikiem i krótkim przedstawieniu jego cech, obraziła się - pff, nie chcę mechanika! Dajcie spokój. Chciałabym kogoś na stanowisku. Przede wszystkim przystojnego, wysportowanego, bogatego, inteligentnego. 
Spotkanie było już dograne, więc małżeństwo szybko umówiło mechanika z inną koleżanką. Równie zwyczajną, po magicznej 30-tce, niebrzydką, ale też niewyróżniającą się, o średniej budowie, mądrą.
Na drugi dzień koleżanka była zachwycona, bo mechanik okazał się całkiem spoko gościem, ale on był jakiś taki zgaszony.

Na pytania, co właściwie się stało, powiedział - ech, może i ona jest fajna, ale ja marzę o długonogiej blondynce. Ona jest niska i mogłaby zrzucić kilka kilo. Ma za małe oczy. Jest taka zwyczajna. W sumie sympatycznie się gadało, mamy wspólne hobby, wypiliśmy butelkę wina, ale to nie to, więc pożegnaliśmy się. Nie chciałem robić jej nadziei.

Małżeństwo nie mogło zrozumieć, jak to możliwe. Jak to jest, że wszyscy zazdroszczą im udanego życia, rodzinnej sielanki. Tego, że idealnie się dobrali, a przecież żadne z nich nie przypomina modela i modelki, mają nudne prace. Są przeciętni. Zwyczajni.

Każda z tych trzech osób mogła założyć szczęśliwą rodzinę. Żadna z nich tego nie zrobiła, tracąc najlepsze lata swojego życia na poszukiwanie kogoś idealnego i bez skazy, ponadprzeciętnego. Nie oznacza to, że nie powinniśmy mieć żadnych oczekiwań wobec drugiej osoby. Co to, to nie. Jednak przez to, że powierzchowność czasem liczy się bardziej niż to, co pod nią siedzi, możemy pozostać sami na zawsze, bo ideałów najzwyczajniej w świecie nie ma, a jeśli w nie wierzysz, podobnie jak królewicz, spotkasz się z samymi rozczarowaniami.


20 paź 2017

20 października

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do cholery chcą. Od siebie, od innych, od życia. Czytają poradniki, czasopisma, coachingowe wpisy. Wszyscy krzyczą - weź po prostu zacznij się cieszyć, czerp radość z codzienności, dostrzeż pozytywne strony. Stają więc przed lustrami, przymierzają uśmiechy. Przykleją do twarzy. Trochę krzywo. Są jak baletnice z oberwanymi sukienkami. Cieszą się z listka, kasztanka, deszczyku, żeby jakoś było. Próbowałaś, ale nie umiesz tak jak inni, tak normalnie. Nawet najprostszą rzecz jesteś w stanie skomplikować sobie do rozmiaru nigdy nierozwiązanego równania  z podręcznika do matmy. Tego, który straszy Cię czasem w koszmarach, choć minęło już tyle lat, od kiedy oddałaś go na makulaturę, myśląc z ulgą, że Einsteinem nie będziesz, ale co tam trzeba to sobie wyliczysz.

Wierzysz, że gdzieś istnieje wzór, aby rozwiązać to zadanie. Gdy byłaś mała, myślałaś że mózg to taka okrągła przestrzeń na kształt głowy, pełna przegródek z malutkimi karteczkami, na których zapisane są hasła klucze wszystkiego co wiesz, znasz i czujesz. Są po to, abyś nigdy nie zapomniała o żadnej rzeczy, której doświadczyłaś. Ta wielka kartoteka to Twój drogowskaz, wewnętrzna encyklopedia. Dopóki żyjesz, dopóty szukasz. Takie zwyczajne rozkminki dziecięce, bo to niemożliwe, że mózg to tylko biologia, bezkształtna masa, która nie przypomina niczego sensownego. Wierzysz, że tam jest Twój wzór, jakieś słowo wyjaśnienia. Analizujesz je wszystkie, palcem na ścianie kreślisz mapy semantyczne. Do rana, a później zamiera Ci serce. Przykładne robożycie czas start. Zalewasz poranną kawę, wydeptujesz dobrze znaną ścieżkę łazienka-szafa-drzwi-winda. Kolejny dzień wypędza Cię z łóżka.

W mojej rodzinie kobiety są nieszczęśliwe. Od pokoleń. Prababcia, babcia, matka. I ja...- napisała mi na messenger. Wyobraziłam sobie, jak właśnie przechyla kieliszek czerwonego wina. Kiedyś pewnie wybrałybyśmy się na długi, wieczorny spacer albo spędziłybyśmy noc przy stole obstawionym szkłem, jak to zwykle bywa przy okazji rozmów, które pojawiają się znienacka. Niczym petarda wybuchają między zdaniem o chujowej pogodzie a niewinnym wspomnieniem o kimś, kto był lub nie było go wcale. Teraz wszyscy klikamy. Takie czasy. Taki klimat. Obok śpi moja córka. Mam nadzieję, że najgorsze, czego doświadczy, to zły sen.

Zastanawiasz się, dlaczego w jednych rodzinach kobiety z pokolenia na pokolenie prowadzą nieszczęśliwe życie, a w innych trwa sielanka niczym idealne Instażycie.

Wydarzenia z życia Twojej prababci mogą mieć wpływ na życie Twojej wnuczki


Okazuje się, że to, co przeżyli członkowie naszych rodzin kilkadziesiąt lat temu, ma wpływ na odczuwane przez nas emocje, pojawiające się myśli, umotywowane nimi zachowania. Zostało to udowodnione naukowo. Profesor Rachel Yehuda, która jest psychiatrą i neurologiem zauważyła, że dzieci i wnuki osób ocalonych z holokaustu mają objawy syndromu stresu pourazowego (PTSD), choć same nigdy nie przeżyły żadnej traumy. Osoby te w swoim życiu notorycznie odczuwały lęk, nerwowość, otępienie, bezsenność i cierpiały na koszmary. Wiele z nich miało depresję.

To, dlaczego powielają symptomy traumy, której same nie przeżyły, stało się zagadką, dopóki Yehuda nie zbadała poziomu kortyzolu. To hormon, który pomaga wrócić ciału do normalnego funkcjonowania po przeżyciu ogromnego stresu. Choć sam stres związany jest z jego wysokim poziomem, osoby z PTSD mają na stałe obniżony poziom tego hormonu. Swoją dysfunkcję hormonalną przekazują dzieciom, co predysponuje je do odczuwania objawów PTSD, choć same nigdy nie przeżyły niczego tak mocno stresującego.
Yehuda podobne badanie przeprowadziła u weteranów wojennych, a także u kobiet ciężarnych, które zostały dotknięte PTSD w wyniku ataku na WTC.

Jeśli w Twoim życiu na pierwszym planie jest przygnębienie, smutek i lęki, być może powinnaś przeanalizować wydarzenia z przeszłości poprzednich pokoleń. W książce Marka Wolynna pt. Nie zaczęło się od ciebie, pojawia się kluczowe pojęcie traumy dziedziczonej.

Zdanie "nie denerwuj się w ciąży" zyskuje nowy sens


Jest taki moment w naszym życiu, w którym nosimy w sobie materiał genetyczny naszej babci, matki, swój własny, a także swojej córki. Brzmi absurdalnie, prawda? Kiedy jesteś w ciąży, córka siedząca w Twoim brzuchu wykształca blastyczne komórki jajowe, dzięki którym kiedyś powstaną jej dzieci. Kiedy Twoja matka nosiła Cię w brzuchu, podobnie było z Tobą. Okazało się część DNA, która była uznawana niegdyś za śmieciową, koduje niektóre zachowania i emocje. Tym sposobem możesz mieć zakodowaną w sobie nieprawidłową zdolność przeżywania stresowych sytuacji i odoczuwać coś, co przytrafiło się Twojej babci, i nie zdawać sobie z tego sprawy. Sygnały ze środowiska mogą zmienić zachowanie i fizjologię komórek w naszym ciele, a także aktywować lub wyciszać niektóre geny, także te odpowiedzialne na psychikę i emocjonalność.
Płód współodczuwa razem z matką i dziś nie jest to dla nikogo zadziwiające, ale fakt, że będą to odczuwać trzy pokolenia, już tak. Autor książki przytacza przykład, w którym Twoja babcia dowiaduje się o śmierci męża, będąc w ciąży z Twoją matką. Babcia odczuwa ból, który dzieli z Twoją matką i poniekąd z Tobą, gdyż w jajnikach Twojej matki są komórki z naznaczonym stresem materiałem genetycznym. Może to skutkować tym, że kiedyś będziesz odczuwać strach przed śmiercią bliskiej osoby albo będziesz zamartwiać się na wyrost o tych, których kochasz, co stanie się źródłem przewlekłego lęku, nerwicy i depresji. Mogą nękać Cię emocje, które zazwyczaj towarzyszą żałobie. W okresie współdzielenia jednego środowiska stres może zmienić DNA - trauma jednego członka rodziny zostaje wpisana w nie na zawsze. Takie DNA przekazywane jest z pokolenia na pokolenie.

Więź matka - dziecko (nie tylko dla mam)

Mark Wolynn w swojej książce porusza nie tylko kwestię genetyki, ale też to, co w zasadzie jest mniej odkrywcze, a jednak tak samo istotne. Chodzi o przekazywanie wzorców z pokolenia na pokolenie. W ten właśnie sposób budowana jest opieka macierzyńska. Problemy na poziomie więzi matka-dziecko nie dotyczą tylko tych dwóch osób, ale są przekazywane następnym pokoleniom. To, jakimi matkami były nasze babcie ma wpływ na to, jakimi jesteśmy my. Jeśli babcie w jakiś sposób zaniedbywały nasze mamy, być może będziemy mieć problem w nawiązywaniu relacji z innymi ludźmi.
Według Wolynna, dla noworodka zerwanie więzi z matką to coś więcej niż odczuwanie tęsknoty.

Noworodek odbiera to jako zagrożenie życia. Jeśli separacja się przedłuża, dziecko odczuwa rozpacz, a później się poddaje. 

Jeśli ciągle czujesz się przegrana i często odczuwasz klęskę, być może Twoje babcia utraciła wcześnie rodziców lub została w jakiś sposób przez nich odrzucona. Więź matka-dziecko to coś, co jest budowane przez kilka pokoleń, analogicznie może być w ten sposób uszkadzane. Jeśli ktoś Cię odrzuca albo nie akceptuje, smutne doświadczenia z przeszłości Twoich bliskich, które żyją w Twojej podświadomości, mogą się uaktywnić.

Trzy córki - ta sama odziedziczona trauma - trzy różne drogi życia


Załóżmy, że w rodzinie pojawia się problem, który nazwiemy roboczo "brak szczęścia do facetów", w kolejnych pokoleniach może być wyeksponowany za każdym razem inaczej. Jeśli matka wybrała niewłaściwego mężczyznę i tkwiła wiele lat w tym nieszczęśliwym wyborze, odciśnie się to na życiu jej córek, ale niekoniecznie w ten sam sposób. Pierwsza córka może skopiować życie matki, próbując podświadomie przepracować to, czego nie zdążyła matka. Druga córka może za to przejąć na siebie nigdy nie wyrażone uczucia matki - np. ciągłe rozczarowanie, gniew, strach, które będą niszczyć każdy jej związek niezależnie od tego, z kim się zwiąże. Trzecia córka być może zostanie sama ze strachu przed skopiowaniem losu swojej matki. Choć możliwości jest kilka, wszystkie córki będą nosić ślady traumy matki. Wolynn podpiera swoją teorię ciekawymi przykładami ze swojej pracy w zawodzie terapeuty.
Wyszczególnia trzy najczęstsze drogi, jeśli chodzi o dziedziczoną traumę po przodkach, wynikające z naruszenia więzi matka-dziecko. Jedno dziecko będzie mieć w sobie potrzebę ciągłego zadowalania innych, bycia grzecznym, miłym i dobrym w strachu przed odrzuceniem. Drugie będzie "tym złym", tzw. outsiderem, robiącym wszystko, aby nie wchodzić w bliskie relacje. Trzecie będzie biernie trwać w izolacji, nie nawiązując kontaktów.

Czy człowiek rodzi się jako czysta tablica?

Okładka e-booka
Wygląda na to, że wcale nie. O tym, jacy jesteśmy i jak wyglądają nasze wybory, a co za tym idzie życie, decyduje przeszłość rodzinna i wygląd więzi matka-dziecko kilka pokoleń wstecz. Jeśli więź była dobra, życie stoi przed Tobą otworem. Jeśli były zakłócenia, masz ciągle pod górkę, a najgorsze jest to, że często nie możesz znaleźć odpowiedzi, dlaczego życie biegnie obok i wciąż omija Cię to, co w nim najlepsze. Zamiast korzystać ze wszystkiego dobrego, co dzieje się wokół Ciebie, stoisz w miejscu i cierpisz. W dalszej części książki Wolynn opisuje, jak sobie poradzić z taką sytuacją.

Książka jest bardzo ciekawa i warto ją przeczytać. Część wiedzy przekazana jest dość trudnym językiem w sposób nużący, chodzi głównie o informacje typowo naukowe, jednak nie zraziło mnie to, z czego się cieszę. Przytacza sporo przykładów, sytuacji rodzinnych obrazujących jego teorię. Jeśli w Twoich emocjach nie dzieje się najlepiej, zazwyczaj szukasz przyczyny w sobie, a gdy jej nie znajdujesz, i tak szukasz jej w sobie. Według Wolynna często okazuje się, że trzeba poszperać głębiej, nawet kilkadziesiąt lat wstecz, bo... "nie zaczęło się od Ciebie".





11 paź 2017

11 października

Klocki inaczej niż zwykle - 4 pomysły na zabawę


Mamy w domu pewien cenny karton po butach, odkopany kiedyś na strychu. Nie jest to taki zwykły karton, bo w środku znajduje się... uwaga... skarb taty w pigułce. To jego klocki Lego z dzieciństwa, a raczej ich pozostałości, bo reszta zaginęła w którymś momencie czasoprzestrzeni. Przez lata strzegł ich jak oka w głowie. Kiedyś jeszcze się przyda - znacie? No i przydało się. 


Moje dziecko co jakiś czas zatapia się w klockach. Były już duże plastikowe, drewniane, Duplo, a teraz Lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. W zasadzie najmniej bawiła się klockami Duplo. Może dlatego, że przypadło to na okres zachwytu Krainą Lodu i Światem Barbie? Od jakiegoś czasu klocki znów wróciły do łask. Budowanie z klocków wciąga, ale gdy się trochę znudzi, można wykorzystać je w nieco inny sposób. Mam dla Was 4 pomysły na zabawę klockami - trochę inaczej niż zwykle.

Sekwencje z klocków

Wydaje się to śmiertelnie nudne - to fakt. Budowanie takich ciągów klockowych ma jednak trochę plusów. Wymyślamy sobie kolejność klocków - mogą być różne kolory i kształty, np. żółty, niebieski, czerwony - to jest "moduł sekwencji", który będzie powtarzany. Zadaniem dziecka jest zbudowanie węża według powyższych zasad. Ważne, aby robić to od lewej do prawej. Sekwencje trenują lewą półkulę mózgu. Takie ćwiczenie przygotowuje dziecko do nauki czytania w przyszłości. Sekwencje to jedna z ulubionych zabaw logopedów. :-)

Gra zręcznościowa z klocków i gumki do włosów

Można wykorzystać gumki w różnych kolorach i zrobić zawody - kto wceluje najwięcej razy? Nie udało mi się zrobić zdjęcia, więc podsyłam swoją inspirację z Pinterest.
 https://pl.pinterest.com/pin/AT2d4EK-DfrSvxuLF87Zp0sUQ82GI5TuUkGnkYHVfvEcpYYeXre7NZM/

Kilka klocków i mamy... katapultę

Nie będę tej zabawie przypisywać głębszego sensu. Katapulta... po prostu jest i cieszy. :-)



Samochód napędzany paliwem balonowym



Skonstruowanie nie było wcale takie łatwe. Zajęło nam to prawie godzinę, bo mimo teoretycznej prostoty wykonania, klocki trzeba było dobrać tak, aby nie rozłączały się po nadmuchaniu balonika. Potrzebna jest słomka, balonik i taśma klejąca. Kawałek słomki wsadzamy do balonika i oklejamy taśmą tak, aby nie było przecieków, inaczej samochód pojedzie tylko kilkanaście centymetrów. Uciekające powietrze sprawia, że autko jedzie do przodu.To było naprawdę trudne, choć wygląda nieskomplikowanie. :-)


Jakie klocki są najlepsze dla przedszkolaka?

Najlepiej trzymać się zasady, im mniejsze dziecko tym większe klocki. Z początku mieliśmy drewniane klocki, później te duże Mega Blocks. Potem był etap przejściowy z klockami lego Duplo, ale niedługi, więc mamy ich niewiele. Obecnie na topie są klocki lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. Moje dziecko bawi się raz jednymi, raz drugimi, a czasem wszystkimi naraz. Jeśli szukacie klocków, możecie odwiedzić sklep Hulahop.pl, gdzie wybór jest naprawdę spory. Mi najbardziej podobają się te:

1. Heros Konstruktor 120 el.
2. Woodyland Klocki drewniane w wiaderku 50 szt. - takie właśnie mamy
3. Klocki Korbo 40 el.
4. ICOM Blocki Mubi Bajkowa Kraina
5. ICOM Klocki Blocki Lalilandia - Weekend na działce 70el.
6. ICOM Blocki Lalilandia - Morska wycieczka 318el.
Jeśli chodzi o klocki Lalilandia, mamy takie i łączą się z Lego.
7. Cobi Klocki Action Town Sala operacyjna
8. Mega Bloks First Builders - te też mamy, choć wydawać by się mogło, że mój przedszkolak jest za duży, to jednak czasem się nimi bawi.
9. Lego Duplo Przedszkole
10. Geomag Tazoo Jelo 70 elementów



Jeśli chodzi o kategorię wiekową, przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na to, czy dziecko nie już bierze przedmiotów do buzi. Wiadomo, przy małych klockach jest ryzyko. Jednak przedszkolaki ten etap dawno mają za sobą (uff!), więc przestałam zwracać uwagę na rozmiar klocków. Wszystko jest kwestią cierpliwości dziecka - czy nie poddaje się przy składaniu małych elementów? Podobnie nie zwracam uwagi na kategorie dla chłopca i dziewczynki, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby dziewczyny składały helikoptery, a chłopcy różowe zamki. :-) Powiem też, że nie wiem dlaczego tak jest, ale do niedawna klocki dla chłopców były ciekawsze, więcej wyzwań, majsterkowania. Na szczęście powoli się to zmienia. Któregoś dnia moja córka siedziała smutna i mówi do mnie - wiesz mamy, chciałabym mieć robota, ale nie mogę. Zapytałam więc dlaczego, a ona na to, że roboty są tylko dla chłopców. Mi też zrobiło się smutno, bo to przecież nieprawda, co wyjaśniłam. Moje dziecko ma lalki, zestawy piknikowe, domek, ale z jej pudła można też wygrzebać straż pożarną, gumowe pająki i resoraki. Tak samo chętnie pomaga przy wkręcaniu śrubek i przy robieniu babeczek.




3 paź 2017

03 października

Najlepszy na świecie sposób na dziecięcą histerię


To jest ten książkowy moment, który wywołuje dreszcz grozy. Kojarzony z bezstresowym wychowaniem, wymuszaniem i brakiem dyscypliny - wszyscy wokół czują się najmądrzejsi. Przytaczany w anegdotach, dyskusjach o wychowywaniu dzieci, na blogach i w prasie dla rodziców. Krótka chwila, kiedy sama już nie wiesz, czy jesteś tu, gdzie stoisz, a może dostałaś angaż w jakimś miksie Egzorcysty ze scenami batalistycznymi z produkcji, której tytułu nie pamiętasz (nie przejmuj się, ja też nie przepadam na filmami wojennymi). Może wymyśliłabyś coś mądrego, ale świeżo wyprasowane myśli pospadały z wieszaków i właśnie kotłują się w nieładzie. Choć na co dzień masz tam wszystko uporządkowane, w tym chaosie nie możesz niczego znaleźć. Powinnaś coś zrobić, w końcu jesteś matką. Zrobić szybko, więc te myśli takie nieociosane, prosto z kłębowiska materializują się w "cholera jasna, bo zaraz...", "mam dość tych wrzasków", "uspokój się wreszcie, bo", "jeszcze chwila, a...", "jak natychmiast nie przestaniesz to...". Znasz to? Pewnie wiele razy to słyszałaś i może powiedziałaś - ja też.


Histeria.

Zawsze się tego bałam, a szczególnie, że nie dam sobie rady z opanowaniem dziecięcej histerii, oceny mnie jako rodzica, destrukcyjnego działania na dziecko mojej reakcji. Nie wiem, czy kiedyś ludzie mieli takie dylematy. Ja byłam wychowywana tradycyjnie, pewnie jak większość z nas. Dziś jako dorosła osoba nie zgadzam się z tym i chcę inaczej. Wierzę, że to, jak reagujemy, ma wpływ na dorosłe życie dziecka. Nie chodzi tylko o to, aby wyrosło na człowieka, co często zaznaczają w swoich wypowiedziach entuzjaści klapsów i im podobnych. Chodzi o to, aby wyrosło na człowieka asertywnego, pewnego siebie i przekonanego o własnej wartości i ja tych wszystkich cech nie chcę odbierać dziecku na starcie. Kiedyś słyszałam zdanie, które brzmiało mniej więcej tak - im częściej coś słyszymy, tym bardziej zaczynamy w to wierzyć. Jeśli nie szanujesz czyichś uczuć, nie akceptujesz ich i wymagasz, aby dziecko było w stu procentach podporządkowane i grzeczne to jesteś na najlepszej drodze do tego, aby ukształtować dorosłego, który wciąż ma podcięte skrzydła, czuje się mało ważny, stojący w cieniu. Co prawda naleciałości dawnych przekonań wciąż się przewijają, ale walczę z tym, bo nigdy nie jest za późno, aby stać się lepszym rodzicem. Choć to takie absurdalne, najtrudniej było mi zrozumieć i zaakceptować to, że złość, smutek i gniew są dobre. Jakiś czas temu napisałam tekst My dorośli już tak mamy. Akceptacja czyichś emocji przychodzi nam z trudem. Tam bardziej rozpisałam się na ten temat.

Wiele razy mówiłam - uspokój się, nie płacz, przestań, a przecież to takie naturalne, że jak komuś jest smutno to płacze, jak jest wkurzony to unosi głos. My dorośli umiemy się ograniczać, aby nie narobić sobie wstydu. Mamy pewną granicę, której zazwyczaj nie przekraczamy. Dziecko dopiero uczy się uzewnętrzniać, więc jeśli nie zgadzam się na bajkę w TV, a moje dziecko płacze, już nie mówię - weź przestań, bo przez tydzień Ci nie włączę. Staram się je zrozumieć, bo jest mu po prostu smutno - nie otrzymało czegoś, na czym mu zależało, czuje się rozczarowane. To są normalne uczucia, które targają nami, jeśli czegoś bardzo chcemy, a nie możemy. Nie włączę tej bajki, ale po prostu przytulę, a gdy się uspokoi, to porozmawiamy. Czasem do danego tematu wracam jeszcze po dniu lub dwóch. Nie uznaję odpowiedzi "nie, bo nie".

Histeria zwykle ma drugie dno, którym jest zmęczenie, głód, złość, żal i smutek. Nam zdarza się od czasu do czasu taki płacz o byle Gie, jak to mówią. Na szczęście głównie w domu. Choćby ostatnio o to, że tata w pigułce wyrzucił zużytą gąbkę do śmieci. Nigdy nie wpadłabym na to, że można za czymś takim płakać. Córka w pigułce zrobiła się niegrzeczna, rozgniewana, a na końcu wybuchła trudnym do opanowania płaczem. To nic, że gąbka była już zużyta, była jej, a ktoś ją wyrzucił. Strasznie działało mi to na nerwy. Ale tak sobie pomyślałam, że coś, co jest dla mnie byle Gie, dla kogoś może być bardzo ważne. Nawet jeśli uważam, że to niedorzeczne.

Nie jestem żadnym pedagogiem, psychologiem, nauczycielem. Na swoim blogu nie udzielam porad, a jedynie opisuję, co działa u nas. Jest taki jeden niezawodny sposób na każdą dziecięcą histerię i ten wpis powstał po to, abym mogła się tym sposobem podzielić.

To odczekanie minutki i PRZYTULENIE. I może ktoś powiedziałby, że jestem wariatem. I sama kręcę na siebie bicz. A jednak u nas to działa. Zwyczajne przytulenie i słowa "wiem, rozumiem, czuję...". Cały ten chaos, miotanie się odchodzi w dal. Moja złość, jej złość zostają za plecami. Wiem, że już nie wrócą. Zawiązuje się nic porozumienia. Pamiętaj, tajny kod przytulenia i hasło "wiem, rozumiem, czuję..." - spróbuj, nic nie stracisz przecież. To działa bardziej niż klaps. Bardziej niż krzyk - gdyby ktoś płaciłby mi za krzyczenie, nie musiałabym brać kredytu hipotecznego. Krzyczę. Łatwo wybucham. Równie dobrze mogłabym zamknąć się w łazience i krzyczeć na ścianę albo w stronę wanny. Odkąd to odkryłam, o czym pisałam też we wpisie Mamo, nie krzycz, zaczęłam pracować nad własnym wyrażaniem emocji, no bo tak logicznie rzecz biorąc, nikt nie krzyczy dlatego, że jest przekonany o skuteczności krzyku w procesie wychowania dziecka. Ludzie krzyczą, bo inaczej nie potrafią, a jakoś muszą. Jeśli uważasz, że krzyczenie i klapsy to najlepszy sposób na to, aby mieć grzeczne dziecko to znaczy, że masz ze sobą problem i to Ty potrzebujesz pomocy. Niestety. Ale nie martw się, jest nas więcej takich rodziców krzykaczy. Grunt to po prostu się do tego przyznać, że nie masz racji. Czasem, aby zmienić coś na lepsze, trzeba zapomnieć o wszystkim, co dotychczas znałaś/eś, i budować na nowo swoje przekonania. Gdybym miała opisać uczucia, które targają człowiekiem w chwilach rodzicielskiej bezsilności, przypominałyby długi łańcuch. Jeśli na złość zareaguję złością, otrzymam złość, no to jeszcze jedno ogniwo złości dołożę. Jeśli zrobię coś całkiem przeciwnego, nie będzie z czego budować tego łańcucha. Jeśli przytulę, zaczniemy łączyć go od nowa z całkiem innych ogniw.

Odkąd wysnułam swoje wnioski dotyczące ujarzmiania dziecięcej histerii, strasznie mnie razi, gdy ktoś chwali się pogrożeniem, straszeniem czy jest przekonany o słuszności swoich poglądów, opierających się na tym, że dziecko ma być posłuszne i się podporządkować - daj spokój, to ci i tak nic nie da, przestać płakać, bo mam tego po samą kokardę. W ten sposób można najwyżej pokazać, że uczucia dziecka w ogóle nas nie interesują. Rozumiemy je, gdy jest szczęśliwe i roześmiane. Gdy złości się i płacze, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście dla jasności napiszę, że moja akceptacja nie oznacza braku reakcji. Rok temu pewnie sama udzieliłabym takiej mało konstruktywnej wskazówki i w dodatku wypowiadałam frazy podobne do tych w kursywie. Na szczęście mam to za sobą. Kilka dni temu ktoś napisał w Internecie, że w przypadku histerii mówi dziecku "Nie wolno płakać...". Dalej nie czytałam, tylko się zdziwiłam, próbując poskładać to wszystko logicznie do kupy. Nie odkryłam, co takiego złego jest w płaczu i dlaczego płacz jest czymś, co najlepiej zabronić. Nie płacz... tylko dlaczego?


About

authorAnia Helenka. Nałogowa czytelniczka poradników. Mama, żona, pielęgniarka. Blog z podmiejskiej prowincji. Lifestyle z nutką macierzyństwa, z kubkiem kawy o północy. To moja opowieść o codzienności.
Czytaj dalej →



Newsletter

Łączna liczba wyświetleń