Mikołajki tuż tuż... U nas, w województwie mazowieckim, obchodzimy je symbolicznie - drobny upominek - zabawka, książka, coś słodkiego. Te wymarzone prezenty dajemy sobie w Wigilię. Wiem jednak, że w niektórych regionach Polski jest całkiem odwrotnie. 


W poprzednich stuleciach Mikołajki były dniem ustawowo wolnym od pracy - to wielkie święto katolickie na cześć Świętego Mikołaja - duchownego, który w swoim życiu skupiał się na pomocy potrzebującym. Do końca nie wiadomo, czy Święty Mikołaj istniał naprawdę - jeśli tak, to w mocno zamierzchłych czasach. Według legend i dawnych ksiąg, zasłynął z pobożności, zwalczania pogaństwa i bezinteresownego działania na rzecz ubogich. Święto Mikołaja było traktowane jako przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia.

Święty Mikołaj to patron dzieci. Niegdyś pod osłoną nocy zakonnice zostawiały pod drzwiami biednych domów paczki dla dzieci. Postać Mikołaja była od zawsze ściśle związana z pomaganiem. Wieczorem ktoś przebierał się za Świętego Mikołaja i obdarowywał grzeczne dzieci słodyczami, owocami i orzechami. Te niegrzeczne uderzano kijem.

Zwyczaj ukradkowego podkładania prezentów wziął się z legendy o ojcu, który stracił swój majątek, więc postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego, gdyż bez posagu i tak nie znalazłby chętnych na ożenek absztyfikantów. Widząc, co się święci, Święty Mikołaj przez trzy noce z rzędu wrzucał przez okno worek pieniędzy na posag, ratując tym samym kobiety przed losem, który chciał zgotować im własny ojciec. Ten, gdy zorientował się, kto wrzuca pieniądze, omal nie spalił się ze wstydu, gdyż wcześniej szydził ze Świętego Mikołaja. Za podarowane pieniądze wydał córki za mąż, a sam postanowił zmienić swoje życie na lepsze i pobożne.

Jako że od ok. 4 lat stronię od religii katolickiej, na Mikołajki, podobnie jak na resztę świąt związanych z tradycją katolicką, patrzę z przymrużeniem oka. Szóstego grudnia moje dziecko dostaje upominek od Świętego Mikołaja z okazji jego imienin. Od tego współczesnego Mikołaja z wielkim brzuchem i brodą, który lata saniami po niebie ze stadkiem przyjaznych reniferów i bierze udział w reklamie coca-coli. Taki nasz mały element baśniowy w realiach codzienności. 

Przygotowałam dla Was listę mikołajkowych prezentów dla przedszkolaka - wszystkie do kwoty 50 zł. Pochodzą z mojego ulubionego sklepu Hulahop.pl, o którym już pisałam na blogu kilkukrotnie. Nie wiem jak Wy, ale ja czasem mam wrażenie, że wydałam na daną rzecz dużą kwotę... a właściwie nic sensownego nie kupiłam. Dlatego na liście umieściłam takie zabawki, którymi dziecko pobawi się dłużej. Zapraszam! Może coś z tej listy już macie?

Prezenty dla kilkulatka za mniej niż 50 zł

1. Pierwszy mikroskop Clementoni - Mikroskop powiększa do 300 razy.
2. Gazelo zestaw narzędzi - Zabawka przeznaczona dla majsterkowiczów.  
3. Kasa sklepowa z akcesoriami - Zabawa w odgrywanie ról jest zawsze na czasie.  
4. Maszyna do szycia - Naśladowanie dorosłych bywa fajne, zwłaszcza jeśli w domu korzystacie z dorosłej maszyny do szycia.
5. Keyboard z mikrofonem - fajny pomysł, jeśli macie tolerancyjnych sąsiadów :-)
6. Mega creative Parking - straż z akcesoriami - bardzo dużo elementów.
7. Brimarex Robot na baterie zdalnie sterowany 
8. MalPlay Domek marzeń z wyposażeniem do projektowania - w domku są już mebelki i małe laleczki.
9. Cobi Gra świńskie ryjki - co tu dużo mówić, może się okazać, że pożyczysz ją od dziecka na imprezę, byłoby ciekawie :-) 
10. Jawa Gra Zaczarowany Świat Trolli - trolle to u nas kolejny hit po Krainie Lodu.

Jestem ciekawa, jak u Was obchodzi się Mikołajki? 




Lapbook dla przedszkolaka, ciało człowieka, przedszkolak poznaje ciało człowieka

Na lapbooki trafiłam przypadkiem i od razu wpadły mi w oko. Dlaczego? Bo to świetna zabawa. Na razie popularne są jedynie za granicą, gdzie staniowią alternatywę tradycyjnego uczenia się z podręcznika. W takiej teczko-książce umieszcza się ciekawostki oraz najważniejsze informacje dotyczące danego zagadnienia - taka wiedza w pigułce, przedstawiona różnymi technikami. 

Wcześniej czy później biedny rodzic musi w jakiś sposób podołać pytaniom ciekawskiego przedszkolaka, który chce wiedzieć, gdzie w jego ciele znajduje się krew albo co dzieje się ze zjedzonym obiadkiem. Przedstawiam Wam nasz lapbook pt. "Przedszkolak poznaje ciało człowieka" - materiały do wydruku podlinkowane na końcu tekstu. Udanej zabawy!

Co przedszkolak powinien wiedzieć o ciele człowieka?

Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie trudna, bo nie jestem pedagogiem ani nauczycielem przedszkolnym. Jestem za to rodzicem, który podjął próbę zaspokojenia ciekawości dziecka na temat własnego ciała. Czego dowiedział się mój przedszkolak, korzystając ze swojej książko-teczki? 

ciało człowieka dla przedszkolaka - mózg, serce, narządy wewnętrzne do układania

Ludzie mają w środku narządy wewnętrzne. Mózg jest w głowie i to w nim powstają myśli. Serce jest w klatce piersiowej i bije puk puk. Człowiek oddycha płucami, które powiększają się, gdy bierzemy wdech, bo jest w nich wtedy powietrze. Jaką drogę przebywa wszystko to, co zjemy i wypijemy. 

Ciało człowieka dla przedszkolaka, układ pokarmowy

Banalna zabawa :-). Droga, jaką przebywa jabłuszko, pełna zakrętów i przeciwności losu. Niby nic, a ulubiona część teczki mojego przedszkolaka. 

szkielet człowieka do układania dla przedszkolaka


Wesoły szkielecik człowieka do układania. Oczywiście z przymrużeniem oka. Na kartce przyklejona jest całość jako wzór, a w kartonowej kieszonce elementy, z których można ułożyć obok brata bliźniaka pierwszego szkieletorka. 

Anatomia dla kilkulatka


Serduszko puka w rytmie czacza i w rzeczywistości wygląda inaczej niż się je rysuje. Kaja za to mówi, że to niemożliwe, bo prawdziwe serduszko wygląda tak: 💗 I koniec! 

Uśmiechnięty i smutny ząbek - zabawa edukacyjna

Co lubią ząbki a czego nie


Kaję zaaferował smutny ząbek. W końcu ząbki nie lubią słodyczy. Ja jednak jestem przekonana, że powodem był kończący się tusz w drukarce - gryzienie niebieskiego brokuła musi być przygnębiające!

przedszolak uczy się czytać

Przemyciłam kilka prostych wyrazów. :-) Zabawa była, ale jak to bywa w przypadku dzieci, po zaspokojeniu ciekawości książko-teczka poszła w kąt. Mimo to, wcale mi nie szkoda, bo nie przywiązujemy wagi do takich rzeczy. Bawimy się nimi, dopóki mamy ochotę, a później podzielają los swoich papierowych kolegów i koleżanek z makulatury. Znając mnie, szybko wymyślę coś nowego. 

zabawa edukacyjna dla przedszkolaka DIY


Jako że nie jestem aż tak zdolna, aby rysować w programie graficznym takie rzeczy, wrzucę Wam link do mojej tablicy na Pinterest: do lapbooka: Przedszkolak uczy się o ciele człowieka. Są to darmowe materiały edukacyjne do wydruku, którymi posłużyłam się przy tworzeniu teczki. Piny prowadzą do stron, z których możecie je pobrać. 

Zobacz też:





Zdjęcie z fanpage Galanta Lala - blog plus size wstawione za zgodą autorki

To był ten późny wieczór, kiedy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zapuściłam dobrą nutę, jednak dźwięki ze słuchawek nie przywołały snu. Wyobrażałam sobie rzeczy, które lubię, że szydełkuję i liczę oczka, że wyemitowali drugi sezon Opowieści Podręcznej, że zdobywam te Rysy, których nigdy się nie udało, że ważę dziesięć kilo mniej i mieszczę się w spodnie z zeszłego roku. Dupa. Odpaliłam sobie fejsa, zerknęłam na aktualności z ulubionych stron i tak trafiłam na bloga Galanta Lala, na którym widniało powyższe zdjęcie z trafnym komentarzem autorki.

Z początku się wkurzyłam, bo kupuję dziecku książki z nadzieją, że niosą jakąś wartość. Nie zawsze mam możliwość i czas przeczytać je od deski do deski przed kupnem. Wielokrotnie dopiero w domu okazuje się, co w nich dokładnie jest. Jedne książki nastawione są na aspekt edukacyjny, inne zawierają nieszkodliwe i wesołe historyjki bez głębszego przekazu, jeszcze inne po prostu rozweselają albo mnożą liczne przemyślenia po przeczytaniu. Każda książka ma w sobie coś, co w jakiś sposób poszerza horyzonty. Jednak pierwszy raz spotykam się z książką dla dzieci, która obudziła we mnie wewnętrzny bunt.

Od jakiegoś czasu próbuję rozmawiać z dzieckiem na temat różności. Tłumaczę, że świat byłby nudny, gdyby wszyscy ludzie wyglądali tak samo. Jedni mają kilka kilogramów więcej, inni mniej. Jedni są wyżsi, inni niżsi. Jedni mają rude włosy, inni czarne. To wszystko jest nieważne, bo liczy się to, co kto ma w serduszku. Czasem rozumie bardziej, a czasem mniej. Jak to dziecko, bywa że taktu w niej za grosz, bo dzieci tak mają, że mówią bez ogródek w sklepie pełnym ludzi - mamo, patrz, ten pan ma kucyk, haha. Jak ja! Albo w autobusie: mamo - czemu masz taki gruby brzuch? Jest tam dzidziuś? Spojrzenia współpasażerów koncentrują się na mojej talii, która pewnie nigdy nie zbliży się kształtem do talii osy, z czym już się pogodziłam. - Nie kochanie, tam nie ma dzidziusia. Tam jest tylko jedzonko. - mówię. Kątem oka widzę, jak młodzian nieopodal, gotowy do ustąpienia miejsca, oddycha z ulgą. Tymczasem jedna mała książeczka mogłaby zniweczyć ten cały mój trud, jeśli pozostawiłabym ją bez własnego komentarza, co w sumie jest dobre, bo dzięki temu można omówić takie trudne sprawy. Trudne, bo rozmowy na takie tematy z 4,5-latką są skomplikowane, uwierzcie. Unikam ich na polu publicznym. Zazwyczaj staram się omówić to z nią, gdy jesteśmy same, na raty, po trochu. To nie tak, że dziecko przychodzi na świat z wrodzoną wrażliwością. Ono musi dojrzeć do empatii. Tak uważam. Staram się jej w tym pomóc, choć wiem, że przed nami jeszcze wiele gaf.

Tylko powierzchowność

Skreślanie znajomości tylko ze względu na wygląd jest płytkie. Wiadomo, że jeśli chodzi o te najbliższe relacje, to każdy ma swój typ i jeśli ktoś nie jest dla nas atrakcyjny to wcale nie znaczy, że obiektywnie taki nie jest.
Z tekstu wynika, że jeśli ktoś jest gruby, to od razu brzydki, tym samym nie jest wartościowy jako człowiek, nie warto go poznawać, nie warto z nim dalej rozmawiać. Dla mnie proste jest jak budowa cepa, że wygląd nie determinuje charakteru i nie można wartościować ludzi na podstawie ich masy ciała. Wiem, że dla niektórych przekaz z tej książeczki jest rzeczywistością. Wiem, że są ludzie, którzy kierują się powierzchownością, dobierając sobie znajomych. Na szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni myślowo. Jakieś 16 kg temu byłam w swoim życiu chuda. Jakieś 28 kg temu byłam w swoim życiu gruba. Weryfikacja moich znajomych dokonała się dzięki temu samoistnie i dziś najbliżej przy sobie mam ludzi, którzy widzą mnie, a nie moje ciało, które na przestrzeni lat różnie się zmieniało. Jeszcze wieki temu w pradawnych czasach bardzo to przeżywałam, ale dziś wiem, że stało się dobrze. Niektóre kompleksy leczę do teraz, ale taki mam charakter, że ze wszystkiego staram się wyciągnąć dla siebie coś dobrego. W tym przypadku nauczyłam się, że ludzie potrafią być dla siebie prawdziwymi chujami, ale to wszystko jest bez znaczenia, bo stamtąd, gdzie widzę ciemność, po prostu wychodzę w stronę światła.

A książę? Książę jest po prostu beznadziejny. Jeśli miałabym dokończyć tę opowieść w afekcie, powstałby królewski melodramat o księciu, który przemierza kolejne równiny i doliny, odwiedza dziesiątki królestw, i tak przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu siwieje, mięsień piwny rośnie w siłę. I żadna królewna go nie chce, czy to plus size, czy minus size, bo choć na miłość nigdy nie jest za późno, to jego czas przeminął i nie jest już młodym, wysportowanym ogierem, jak mu się zdaje. Całe życie oceniał innych powierzchownie, więc czemu ktokolwiek miałby widzieć w nim kogoś więcej, niż tylko podstarzałego rozkapryszonego starego kawalera. 

Jeśli miałabym dokończyć tę historię po dłuższym namyśleniu, uznałabym że książę jest strasznie nieszczęśliwy, bo nikt go nie nauczył, że w życiu ceni się jeszcze inne wartości. Człowiek to nie tylko to, co widzimy. Człowiek jest jak książka. Okładka nie zawsze jest interesująca, czasem i na wstępie powieje nudą, ale potem może się okazać, że to najlepsza książka ever, jaką kiedykolwiek czytałam.

Czekając na księżniczkę. Czekając na księcia.

Kilka lat temu natrafiłam na bardzo fajny tekst. Przytoczę go swoimi słowami tak, jak sobie mniej więcej zapamiętałam, ponieważ nie pamiętam źródła. To historia, którą absolutnie warto przytoczyć.

Bohaterami były cztery osoby -  żona, mąż i ich dwójka samotnych przyjaciół. Koleżanka - niska, przeciętnej urody księgowa. Nigdy nie była w poważnym związku. Gdy przychodziła w odwiedziny, żaliła się, że wciąż jest sama. Lata lecą. Ona już po 30-tce. Zazdrościła im pięknej rodziny. Tego zwyczajnego życia. Zagadywała - może znacie kogoś, takiego jak ja, kto nie ma nikogo. Małżeństwo miało kolegę mechanika - z wyglądu równie przeciętnego, ale pracowitego, z dużym poczuciem humoru, naprawdę fajnego gościa, samotnego jak księgowa. Na pomysł spotkania z ich znajomą zareagował wielkim entuzjazmem.
Księgowa natomiast, po usłyszeniu o spotkaniu z mechanikiem i krótkim przedstawieniu jego cech, obraziła się - pff, nie chcę mechanika! Dajcie spokój. Chciałabym kogoś na stanowisku. Przede wszystkim przystojnego, wysportowanego, bogatego, inteligentnego. 
Spotkanie było już dograne, więc małżeństwo szybko umówiło mechanika z inną koleżanką. Równie zwyczajną, po magicznej 30-tce, niebrzydką, ale też niewyróżniającą się, o średniej budowie, mądrą.
Na drugi dzień koleżanka była zachwycona, bo mechanik okazał się całkiem spoko gościem, ale on był jakiś taki zgaszony.

Na pytania, co właściwie się stało, powiedział - ech, może i ona jest fajna, ale ja marzę o długonogiej blondynce. Ona jest niska i mogłaby zrzucić kilka kilo. Ma za małe oczy. Jest taka zwyczajna. W sumie sympatycznie się gadało, mamy wspólne hobby, wypiliśmy butelkę wina, ale to nie to, więc pożegnaliśmy się. Nie chciałem robić jej nadziei.

Małżeństwo nie mogło zrozumieć, jak to możliwe. Jak to jest, że wszyscy zazdroszczą im udanego życia, rodzinnej sielanki. Tego, że idealnie się dobrali, a przecież żadne z nich nie przypomina modela i modelki, mają nudne prace. Są przeciętni. Zwyczajni.

Każda z tych trzech osób mogła założyć szczęśliwą rodzinę. Żadna z nich tego nie zrobiła, tracąc najlepsze lata swojego życia na poszukiwanie kogoś idealnego i bez skazy, ponadprzeciętnego. Nie oznacza to, że nie powinniśmy mieć żadnych oczekiwań wobec drugiej osoby. Co to, to nie. Jednak przez to, że powierzchowność czasem liczy się bardziej niż to, co pod nią siedzi, możemy pozostać sami na zawsze, bo ideałów najzwyczajniej w świecie nie ma, a jeśli w nie wierzysz, podobnie jak królewicz, spotkasz się z samymi rozczarowaniami.


Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do cholery chcą. Od siebie, od innych, od życia. Czytają poradniki, czasopisma, coachingowe wpisy. Wszyscy krzyczą - weź po prostu zacznij się cieszyć, czerp radość z codzienności, dostrzeż pozytywne strony. Stają więc przed lustrami, przymierzają uśmiechy. Przykleją do twarzy. Trochę krzywo. Są jak baletnice z oberwanymi sukienkami. Cieszą się z listka, kasztanka, deszczyku, żeby jakoś było. Próbowałaś, ale nie umiesz tak jak inni, tak normalnie. Nawet najprostszą rzecz jesteś w stanie skomplikować sobie do rozmiaru nigdy nierozwiązanego równania  z podręcznika do matmy. Tego, który straszy Cię czasem w koszmarach, choć minęło już tyle lat, od kiedy oddałaś go na makulaturę, myśląc z ulgą, że Einsteinem nie będziesz, ale co tam trzeba to sobie wyliczysz.

Wierzysz, że gdzieś istnieje wzór, aby rozwiązać to zadanie. Gdy byłaś mała, myślałaś że mózg to taka okrągła przestrzeń na kształt głowy, pełna przegródek z malutkimi karteczkami, na których zapisane są hasła klucze wszystkiego co wiesz, znasz i czujesz. Są po to, abyś nigdy nie zapomniała o żadnej rzeczy, której doświadczyłaś. Ta wielka kartoteka to Twój drogowskaz, wewnętrzna encyklopedia. Dopóki żyjesz, dopóty szukasz. Takie zwyczajne rozkminki dziecięce, bo to niemożliwe, że mózg to tylko biologia, bezkształtna masa, która nie przypomina niczego sensownego. Wierzysz, że tam jest Twój wzór, jakieś słowo wyjaśnienia. Analizujesz je wszystkie, palcem na ścianie kreślisz mapy semantyczne. Do rana, a później zamiera Ci serce. Przykładne robożycie czas start. Zalewasz poranną kawę, wydeptujesz dobrze znaną ścieżkę łazienka-szafa-drzwi-winda. Kolejny dzień wypędza Cię z łóżka.

W mojej rodzinie kobiety są nieszczęśliwe. Od pokoleń. Prababcia, babcia, matka. I ja...- napisała mi na messenger. Wyobraziłam sobie, jak właśnie przechyla kieliszek czerwonego wina. Kiedyś pewnie wybrałybyśmy się na długi, wieczorny spacer albo spędziłybyśmy noc przy stole obstawionym szkłem, jak to zwykle bywa przy okazji rozmów, które pojawiają się znienacka. Niczym petarda wybuchają między zdaniem o chujowej pogodzie a niewinnym wspomnieniem o kimś, kto był lub nie było go wcale. Teraz wszyscy klikamy. Takie czasy. Taki klimat. Obok śpi moja córka. Mam nadzieję, że najgorsze, czego doświadczy, to zły sen.

Zastanawiasz się, dlaczego w jednych rodzinach kobiety z pokolenia na pokolenie prowadzą nieszczęśliwe życie, a w innych trwa sielanka niczym idealne Instażycie.

Wydarzenia z życia Twojej prababci mogą mieć wpływ na życie Twojej wnuczki


Okazuje się, że to, co przeżyli członkowie naszych rodzin kilkadziesiąt lat temu, ma wpływ na odczuwane przez nas emocje, pojawiające się myśli, umotywowane nimi zachowania. Zostało to udowodnione naukowo. Profesor Rachel Yehuda, która jest psychiatrą i neurologiem zauważyła, że dzieci i wnuki osób ocalonych z holokaustu mają objawy syndromu stresu pourazowego (PTSD), choć same nigdy nie przeżyły żadnej traumy. Osoby te w swoim życiu notorycznie odczuwały lęk, nerwowość, otępienie, bezsenność i cierpiały na koszmary. Wiele z nich miało depresję.

To, dlaczego powielają symptomy traumy, której same nie przeżyły, stało się zagadką, dopóki Yehuda nie zbadała poziomu kortyzolu. To hormon, który pomaga wrócić ciału do normalnego funkcjonowania po przeżyciu ogromnego stresu. Choć sam stres związany jest z jego wysokim poziomem, osoby z PTSD mają na stałe obniżony poziom tego hormonu. Swoją dysfunkcję hormonalną przekazują dzieciom, co predysponuje je do odczuwania objawów PTSD, choć same nigdy nie przeżyły niczego tak mocno stresującego.
Yehuda podobne badanie przeprowadziła u weteranów wojennych, a także u kobiet ciężarnych, które zostały dotknięte PTSD w wyniku ataku na WTC.

Jeśli w Twoim życiu na pierwszym planie jest przygnębienie, smutek i lęki, być może powinnaś przeanalizować wydarzenia z przeszłości poprzednich pokoleń. W książce Marka Wolynna pt. Nie zaczęło się od ciebie, pojawia się kluczowe pojęcie traumy dziedziczonej.

Zdanie "nie denerwuj się w ciąży" zyskuje nowy sens


Jest taki moment w naszym życiu, w którym nosimy w sobie materiał genetyczny naszej babci, matki, swój własny, a także swojej córki. Brzmi absurdalnie, prawda? Kiedy jesteś w ciąży, córka siedząca w Twoim brzuchu wykształca blastyczne komórki jajowe, dzięki którym kiedyś powstaną jej dzieci. Kiedy Twoja matka nosiła Cię w brzuchu, podobnie było z Tobą. Okazało się część DNA, która była uznawana niegdyś za śmieciową, koduje niektóre zachowania i emocje. Tym sposobem możesz mieć zakodowaną w sobie nieprawidłową zdolność przeżywania stresowych sytuacji i odoczuwać coś, co przytrafiło się Twojej babci, i nie zdawać sobie z tego sprawy. Sygnały ze środowiska mogą zmienić zachowanie i fizjologię komórek w naszym ciele, a także aktywować lub wyciszać niektóre geny, także te odpowiedzialne na psychikę i emocjonalność.
Płód współodczuwa razem z matką i dziś nie jest to dla nikogo zadziwiające, ale fakt, że będą to odczuwać trzy pokolenia, już tak. Autor książki przytacza przykład, w którym Twoja babcia dowiaduje się o śmierci męża, będąc w ciąży z Twoją matką. Babcia odczuwa ból, który dzieli z Twoją matką i poniekąd z Tobą, gdyż w jajnikach Twojej matki są komórki z naznaczonym stresem materiałem genetycznym. Może to skutkować tym, że kiedyś będziesz odczuwać strach przed śmiercią bliskiej osoby albo będziesz zamartwiać się na wyrost o tych, których kochasz, co stanie się źródłem przewlekłego lęku, nerwicy i depresji. Mogą nękać Cię emocje, które zazwyczaj towarzyszą żałobie. W okresie współdzielenia jednego środowiska stres może zmienić DNA - trauma jednego członka rodziny zostaje wpisana w nie na zawsze. Takie DNA przekazywane jest z pokolenia na pokolenie.

Więź matka - dziecko (nie tylko dla mam)

Mark Wolynn w swojej książce porusza nie tylko kwestię genetyki, ale też to, co w zasadzie jest mniej odkrywcze, a jednak tak samo istotne. Chodzi o przekazywanie wzorców z pokolenia na pokolenie. W ten właśnie sposób budowana jest opieka macierzyńska. Problemy na poziomie więzi matka-dziecko nie dotyczą tylko tych dwóch osób, ale są przekazywane następnym pokoleniom. To, jakimi matkami były nasze babcie ma wpływ na to, jakimi jesteśmy my. Jeśli babcie w jakiś sposób zaniedbywały nasze mamy, być może będziemy mieć problem w nawiązywaniu relacji z innymi ludźmi.
Według Wolynna, dla noworodka zerwanie więzi z matką to coś więcej niż odczuwanie tęsknoty.

Noworodek odbiera to jako zagrożenie życia. Jeśli separacja się przedłuża, dziecko odczuwa rozpacz, a później się poddaje. 

Jeśli ciągle czujesz się przegrana i często odczuwasz klęskę, być może Twoje babcia utraciła wcześnie rodziców lub została w jakiś sposób przez nich odrzucona. Więź matka-dziecko to coś, co jest budowane przez kilka pokoleń, analogicznie może być w ten sposób uszkadzane. Jeśli ktoś Cię odrzuca albo nie akceptuje, smutne doświadczenia z przeszłości Twoich bliskich, które żyją w Twojej podświadomości, mogą się uaktywnić.

Trzy córki - ta sama odziedziczona trauma - trzy różne drogi życia


Załóżmy, że w rodzinie pojawia się problem, który nazwiemy roboczo "brak szczęścia do facetów", w kolejnych pokoleniach może być wyeksponowany za każdym razem inaczej. Jeśli matka wybrała niewłaściwego mężczyznę i tkwiła wiele lat w tym nieszczęśliwym wyborze, odciśnie się to na życiu jej córek, ale niekoniecznie w ten sam sposób. Pierwsza córka może skopiować życie matki, próbując podświadomie przepracować to, czego nie zdążyła matka. Druga córka może za to przejąć na siebie nigdy nie wyrażone uczucia matki - np. ciągłe rozczarowanie, gniew, strach, które będą niszczyć każdy jej związek niezależnie od tego, z kim się zwiąże. Trzecia córka być może zostanie sama ze strachu przed skopiowaniem losu swojej matki. Choć możliwości jest kilka, wszystkie córki będą nosić ślady traumy matki. Wolynn podpiera swoją teorię ciekawymi przykładami ze swojej pracy w zawodzie terapeuty.
Wyszczególnia trzy najczęstsze drogi, jeśli chodzi o dziedziczoną traumę po przodkach, wynikające z naruszenia więzi matka-dziecko. Jedno dziecko będzie mieć w sobie potrzebę ciągłego zadowalania innych, bycia grzecznym, miłym i dobrym w strachu przed odrzuceniem. Drugie będzie "tym złym", tzw. outsiderem, robiącym wszystko, aby nie wchodzić w bliskie relacje. Trzecie będzie biernie trwać w izolacji, nie nawiązując kontaktów.

Czy człowiek rodzi się jako czysta tablica?

Okładka e-booka
Wygląda na to, że wcale nie. O tym, jacy jesteśmy i jak wyglądają nasze wybory, a co za tym idzie życie, decyduje przeszłość rodzinna i wygląd więzi matka-dziecko kilka pokoleń wstecz. Jeśli więź była dobra, życie stoi przed Tobą otworem. Jeśli były zakłócenia, masz ciągle pod górkę, a najgorsze jest to, że często nie możesz znaleźć odpowiedzi, dlaczego życie biegnie obok i wciąż omija Cię to, co w nim najlepsze. Zamiast korzystać ze wszystkiego dobrego, co dzieje się wokół Ciebie, stoisz w miejscu i cierpisz. W dalszej części książki Wolynn opisuje, jak sobie poradzić z taką sytuacją.

Książka jest bardzo ciekawa i warto ją przeczytać. Część wiedzy przekazana jest dość trudnym językiem w sposób nużący, chodzi głównie o informacje typowo naukowe, jednak nie zraziło mnie to, z czego się cieszę. Przytacza sporo przykładów, sytuacji rodzinnych obrazujących jego teorię. Jeśli w Twoich emocjach nie dzieje się najlepiej, zazwyczaj szukasz przyczyny w sobie, a gdy jej nie znajdujesz, i tak szukasz jej w sobie. Według Wolynna często okazuje się, że trzeba poszperać głębiej, nawet kilkadziesiąt lat wstecz, bo... "nie zaczęło się od Ciebie".






Mamy w domu pewien cenny karton po butach, odkopany kiedyś na strychu. Nie jest to taki zwykły karton, bo w środku znajduje się... uwaga... skarb taty w pigułce. To jego klocki Lego z dzieciństwa, a raczej ich pozostałości, bo reszta zaginęła w którymś momencie czasoprzestrzeni. Przez lata strzegł ich jak oka w głowie. Kiedyś jeszcze się przyda - znacie? No i przydało się. 


Moje dziecko co jakiś czas zatapia się w klockach. Były już duże plastikowe, drewniane, Duplo, a teraz Lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. W zasadzie najmniej bawiła się klockami Duplo. Może dlatego, że przypadło to na okres zachwytu Krainą Lodu i Światem Barbie? Od jakiegoś czasu klocki znów wróciły do łask. Budowanie z klocków wciąga, ale gdy się trochę znudzi, można wykorzystać je w nieco inny sposób. Mam dla Was 4 pomysły na zabawę klockami - trochę inaczej niż zwykle.

Sekwencje z klocków

Wydaje się to śmiertelnie nudne - to fakt. Budowanie takich ciągów klockowych ma jednak trochę plusów. Wymyślamy sobie kolejność klocków - mogą być różne kolory i kształty, np. żółty, niebieski, czerwony - to jest "moduł sekwencji", który będzie powtarzany. Zadaniem dziecka jest zbudowanie węża według powyższych zasad. Ważne, aby robić to od lewej do prawej. Sekwencje trenują lewą półkulę mózgu. Takie ćwiczenie przygotowuje dziecko do nauki czytania w przyszłości. Sekwencje to jedna z ulubionych zabaw logopedów. :-)

Gra zręcznościowa z klocków i gumki do włosów

Można wykorzystać gumki w różnych kolorach i zrobić zawody - kto wceluje najwięcej razy? Nie udało mi się zrobić zdjęcia, więc podsyłam swoją inspirację z Pinterest.
 https://pl.pinterest.com/pin/AT2d4EK-DfrSvxuLF87Zp0sUQ82GI5TuUkGnkYHVfvEcpYYeXre7NZM/

Kilka klocków i mamy... katapultę

Nie będę tej zabawie przypisywać głębszego sensu. Katapulta... po prostu jest i cieszy. :-)



Samochód napędzany paliwem balonowym



Skonstruowanie nie było wcale takie łatwe. Zajęło nam to prawie godzinę, bo mimo teoretycznej prostoty wykonania, klocki trzeba było dobrać tak, aby nie rozłączały się po nadmuchaniu balonika. Potrzebna jest słomka, balonik i taśma klejąca. Kawałek słomki wsadzamy do balonika i oklejamy taśmą tak, aby nie było przecieków, inaczej samochód pojedzie tylko kilkanaście centymetrów. Uciekające powietrze sprawia, że autko jedzie do przodu.To było naprawdę trudne, choć wygląda nieskomplikowanie. :-)


Jakie klocki są najlepsze dla przedszkolaka?

Najlepiej trzymać się zasady, im mniejsze dziecko tym większe klocki. Z początku mieliśmy drewniane klocki, później te duże Mega Blocks. Potem był etap przejściowy z klockami lego Duplo, ale niedługi, więc mamy ich niewiele. Obecnie na topie są klocki lego i ich odpowiedniki, które się z nimi łączą. Moje dziecko bawi się raz jednymi, raz drugimi, a czasem wszystkimi naraz. Jeśli szukacie klocków, możecie odwiedzić sklep Hulahop.pl, gdzie wybór jest naprawdę spory. Mi najbardziej podobają się te:

1. Heros Konstruktor 120 el.
2. Woodyland Klocki drewniane w wiaderku 50 szt. - takie właśnie mamy
3. Klocki Korbo 40 el.
4. ICOM Blocki Mubi Bajkowa Kraina
5. ICOM Klocki Blocki Lalilandia - Weekend na działce 70el.
6. ICOM Blocki Lalilandia - Morska wycieczka 318el.
Jeśli chodzi o klocki Lalilandia, mamy takie i łączą się z Lego.
7. Cobi Klocki Action Town Sala operacyjna
8. Mega Bloks First Builders - te też mamy, choć wydawać by się mogło, że mój przedszkolak jest za duży, to jednak czasem się nimi bawi.
9. Lego Duplo Przedszkole
10. Geomag Tazoo Jelo 70 elementów



Jeśli chodzi o kategorię wiekową, przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na to, czy dziecko nie już bierze przedmiotów do buzi. Wiadomo, przy małych klockach jest ryzyko. Jednak przedszkolaki ten etap dawno mają za sobą (uff!), więc przestałam zwracać uwagę na rozmiar klocków. Wszystko jest kwestią cierpliwości dziecka - czy nie poddaje się przy składaniu małych elementów? Podobnie nie zwracam uwagi na kategorie dla chłopca i dziewczynki, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby dziewczyny składały helikoptery, a chłopcy różowe zamki. :-) Powiem też, że nie wiem dlaczego tak jest, ale do niedawna klocki dla chłopców były ciekawsze, więcej wyzwań, majsterkowania. Na szczęście powoli się to zmienia. Któregoś dnia moja córka siedziała smutna i mówi do mnie - wiesz mamy, chciałabym mieć robota, ale nie mogę. Zapytałam więc dlaczego, a ona na to, że roboty są tylko dla chłopców. Mi też zrobiło się smutno, bo to przecież nieprawda, co wyjaśniłam. Moje dziecko ma lalki, zestawy piknikowe, domek, ale z jej pudła można też wygrzebać straż pożarną, gumowe pająki i resoraki. Tak samo chętnie pomaga przy wkręcaniu śrubek i przy robieniu babeczek.





To jest ten książkowy moment, który wywołuje dreszcz grozy. Kojarzony z bezstresowym wychowaniem, wymuszaniem i brakiem dyscypliny - wszyscy wokół czują się najmądrzejsi. Przytaczany w anegdotach, dyskusjach o wychowywaniu dzieci, na blogach i w prasie dla rodziców. Krótka chwila, kiedy sama już nie wiesz, czy jesteś tu, gdzie stoisz, a może dostałaś angaż w jakimś miksie Egzorcysty ze scenami batalistycznymi z produkcji, której tytułu nie pamiętasz (nie przejmuj się, ja też nie przepadam na filmami wojennymi). Może wymyśliłabyś coś mądrego, ale świeżo wyprasowane myśli pospadały z wieszaków i właśnie kotłują się w nieładzie. Choć na co dzień masz tam wszystko uporządkowane, w tym chaosie nie możesz niczego znaleźć. Powinnaś coś zrobić, w końcu jesteś matką. Zrobić szybko, więc te myśli takie nieociosane, prosto z kłębowiska materializują się w "cholera jasna, bo zaraz...", "mam dość tych wrzasków", "uspokój się wreszcie, bo", "jeszcze chwila, a...", "jak natychmiast nie przestaniesz to...". Znasz to? Pewnie wiele razy to słyszałaś i może powiedziałaś - ja też.


Histeria.

Zawsze się tego bałam, a szczególnie, że nie dam sobie rady z opanowaniem dziecięcej histerii, oceny mnie jako rodzica, destrukcyjnego działania na dziecko mojej reakcji. Nie wiem, czy kiedyś ludzie mieli takie dylematy. Ja byłam wychowywana tradycyjnie, pewnie jak większość z nas. Dziś jako dorosła osoba nie zgadzam się z tym i chcę inaczej. Wierzę, że to, jak reagujemy, ma wpływ na dorosłe życie dziecka. Nie chodzi tylko o to, aby wyrosło na człowieka, co często zaznaczają w swoich wypowiedziach entuzjaści klapsów i im podobnych. Chodzi o to, aby wyrosło na człowieka asertywnego, pewnego siebie i przekonanego o własnej wartości i ja tych wszystkich cech nie chcę odbierać dziecku na starcie. Kiedyś słyszałam zdanie, które brzmiało mniej więcej tak - im częściej coś słyszymy, tym bardziej zaczynamy w to wierzyć. Jeśli nie szanujesz czyichś uczuć, nie akceptujesz ich i wymagasz, aby dziecko było w stu procentach podporządkowane i grzeczne to jesteś na najlepszej drodze do tego, aby ukształtować dorosłego, który wciąż ma podcięte skrzydła, czuje się mało ważny, stojący w cieniu. Co prawda naleciałości dawnych przekonań wciąż się przewijają, ale walczę z tym, bo nigdy nie jest za późno, aby stać się lepszym rodzicem. Choć to takie absurdalne, najtrudniej było mi zrozumieć i zaakceptować to, że złość, smutek i gniew są dobre. Jakiś czas temu napisałam tekst My dorośli już tak mamy. Akceptacja czyichś emocji przychodzi nam z trudem. Tam bardziej rozpisałam się na ten temat.

Wiele razy mówiłam - uspokój się, nie płacz, przestań, a przecież to takie naturalne, że jak komuś jest smutno to płacze, jak jest wkurzony to unosi głos. My dorośli umiemy się ograniczać, aby nie narobić sobie wstydu. Mamy pewną granicę, której zazwyczaj nie przekraczamy. Dziecko dopiero uczy się uzewnętrzniać, więc jeśli nie zgadzam się na bajkę w TV, a moje dziecko płacze, już nie mówię - weź przestań, bo przez tydzień Ci nie włączę. Staram się je zrozumieć, bo jest mu po prostu smutno - nie otrzymało czegoś, na czym mu zależało, czuje się rozczarowane. To są normalne uczucia, które targają nami, jeśli czegoś bardzo chcemy, a nie możemy. Nie włączę tej bajki, ale po prostu przytulę, a gdy się uspokoi, to porozmawiamy. Czasem do danego tematu wracam jeszcze po dniu lub dwóch. Nie uznaję odpowiedzi "nie, bo nie".

Histeria zwykle ma drugie dno, którym jest zmęczenie, głód, złość, żal i smutek. Nam zdarza się od czasu do czasu taki płacz o byle Gie, jak to mówią. Na szczęście głównie w domu. Choćby ostatnio o to, że tata w pigułce wyrzucił zużytą gąbkę do śmieci. Nigdy nie wpadłabym na to, że można za czymś takim płakać. Córka w pigułce zrobiła się niegrzeczna, rozgniewana, a na końcu wybuchła trudnym do opanowania płaczem. To nic, że gąbka była już zużyta, była jej, a ktoś ją wyrzucił. Strasznie działało mi to na nerwy. Ale tak sobie pomyślałam, że coś, co jest dla mnie byle Gie, dla kogoś może być bardzo ważne. Nawet jeśli uważam, że to niedorzeczne.

Nie jestem żadnym pedagogiem, psychologiem, nauczycielem. Na swoim blogu nie udzielam porad, a jedynie opisuję, co działa u nas. Jest taki jeden niezawodny sposób na każdą dziecięcą histerię i ten wpis powstał po to, abym mogła się tym sposobem podzielić.

To odczekanie minutki i PRZYTULENIE. I może ktoś powiedziałby, że jestem wariatem. I sama kręcę na siebie bicz. A jednak u nas to działa. Zwyczajne przytulenie i słowa "wiem, rozumiem, czuję...". Cały ten chaos, miotanie się odchodzi w dal. Moja złość, jej złość zostają za plecami. Wiem, że już nie wrócą. Zawiązuje się nic porozumienia. Pamiętaj, tajny kod przytulenia i hasło "wiem, rozumiem, czuję..." - spróbuj, nic nie stracisz przecież. To działa bardziej niż klaps. Bardziej niż krzyk - gdyby ktoś płaciłby mi za krzyczenie, nie musiałabym brać kredytu hipotecznego. Krzyczę. Łatwo wybucham. Równie dobrze mogłabym zamknąć się w łazience i krzyczeć na ścianę albo w stronę wanny. Odkąd to odkryłam, o czym pisałam też we wpisie Mamo, nie krzycz, zaczęłam pracować nad własnym wyrażaniem emocji, no bo tak logicznie rzecz biorąc, nikt nie krzyczy dlatego, że jest przekonany o skuteczności krzyku w procesie wychowania dziecka. Ludzie krzyczą, bo inaczej nie potrafią, a jakoś muszą. Jeśli uważasz, że krzyczenie i klapsy to najlepszy sposób na to, aby mieć grzeczne dziecko to znaczy, że masz ze sobą problem i to Ty potrzebujesz pomocy. Niestety. Ale nie martw się, jest nas więcej takich rodziców krzykaczy. Grunt to po prostu się do tego przyznać, że nie masz racji. Czasem, aby zmienić coś na lepsze, trzeba zapomnieć o wszystkim, co dotychczas znałaś/eś, i budować na nowo swoje przekonania. Gdybym miała opisać uczucia, które targają człowiekiem w chwilach rodzicielskiej bezsilności, przypominałyby długi łańcuch. Jeśli na złość zareaguję złością, otrzymam złość, no to jeszcze jedno ogniwo złości dołożę. Jeśli zrobię coś całkiem przeciwnego, nie będzie z czego budować tego łańcucha. Jeśli przytulę, zaczniemy łączyć go od nowa z całkiem innych ogniw.

Odkąd wysnułam swoje wnioski dotyczące ujarzmiania dziecięcej histerii, strasznie mnie razi, gdy ktoś chwali się pogrożeniem, straszeniem czy jest przekonany o słuszności swoich poglądów, opierających się na tym, że dziecko ma być posłuszne i się podporządkować - daj spokój, to ci i tak nic nie da, przestać płakać, bo mam tego po samą kokardę. W ten sposób można najwyżej pokazać, że uczucia dziecka w ogóle nas nie interesują. Rozumiemy je, gdy jest szczęśliwe i roześmiane. Gdy złości się i płacze, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście dla jasności napiszę, że moja akceptacja nie oznacza braku reakcji. Rok temu pewnie sama udzieliłabym takiej mało konstruktywnej wskazówki i w dodatku wypowiadałam frazy podobne do tych w kursywie. Na szczęście mam to za sobą. Kilka dni temu ktoś napisał w Internecie, że w przypadku histerii mówi dziecku "Nie wolno płakać...". Dalej nie czytałam, tylko się zdziwiłam, próbując poskładać to wszystko logicznie do kupy. Nie odkryłam, co takiego złego jest w płaczu i dlaczego płacz jest czymś, co najlepiej zabronić. Nie płacz... tylko dlaczego?




Dostałam ten przepis od swojej koleżanki Ani, gdy szukałam ratunku na wzmocnienie odporności mojego dziecka. Kaja często choruje i kilkanaście razy skończyło się to antybiotykiem. Najgorsze zarazy przynosi z przedszkola. W tym roku najtrudniejsze było dla nas zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w domu. Na przełomie maja i czerwca Kaja trafiła do szpitala, o czym pisałam tutaj (Mamo, która teraz czuwasz, przeczytaj). Od tego czasu zaliczyła jeszcze dwa razy katar w wakacje, a kilka dni temu zaczęła się infekcja, która wróżyła źle. 


Kaja pokazywała na szyję i klatkę piersiową mówiąc, że bardzo boli ją, gdy kaszle. Do tego oczywiście paskudny kaszel, gorączka i katar (o dziwo lekki). Zrezygnowana pojechałam do pediatry. Wiedziałam, że pewnie skończy się antybiotykiem. Teraz nie przepisze, ale za trzy dni wrócimy do gabinetu, jak zwykle, i dostaniemy. Dostaliśmy zalecenia takie jak zazwyczaj - inhalacje i jakiś łagodny syrop z naturalnych składników. 

Pomyślałam sobie, że nie mam nic do stracenia i odszukałam przepis na syrop z cebuli, który zeszłego roku podesłała mi Ania. Generalnie to nie jestem jakoś zakręcona na punkcie eko i natury. Do takich rzeczy podchodzę z dystansem - nie zaszkodzi, może trochę zadziała, ale w cuda nie wierzę.  Zrobienie syropu z cebuli zajęło mi może 5 minut. Daję go Kai trzy razy dziennie po łyżce i czuję się zaskoczona. To naprawdę działa. Na kontroli lekarz dorzucił nam jedynie syrop wykrztuśny. Poza tym Kaja nie gorączkuje i ogólnie czuje się znakomicie. Choroba prawie zniknęła w zastraszającym tempie. Pierwszy raz nie ciągnie się kilkanaście dni. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem. Może się przyda? Nam pomogło bardzo, choć na wstępie potraktowałam jego podawanie z przymrużeniem oka. Teraz wiem, że będę robić go regularnie, bo wierzę, że profilaktyczne picie tej mikstury poprawia odporność dziecka na te paskudne jesienno-zimowe infekcje. Może będzie mniej podatna na przeziębienie? Na wiosnę dam znać, czy w porównaniu do poprzednich lat, kiedy nie robiłam tego syropu, częstotliwość infekcji się zmieniła. A teraz łapcie recepturę:

Pięciominutowy syrop z cebuli, miodu i czosnku

syrop z cebuli na przeziębienie
Składniki: 1,5 cebuli, 2 ząbki czosnku, miód, cukier

Cebulę i czosnek kroimy w plasterki. Następnie układamy w słoiku warstwami: plaster cebuli, plaster czosnku, łyżeczka miodu. Robimy tak do wyczerpania naszych przygotowanych składników. Można dodatkowo posypać cebulę odrobiną cukru, aby puściła więcej soku. 
Słoik zostawiłam na noc na blacie kuchni. Rano był gotowy do schowania do lodówki. 
Taka porcja wystarczy dla jednej osoby na ok. 3 dni. Dłużej też nie ma sensu trzymać, nawet jak zostanie, bo może się już nie nadawać. Lepiej zrobić nowy, zwłaszcza że robi się go szybko.  

Mam też ochotę na sporządzenie trzyskładnikowego syropu z przepisu prababci Irenki, którym podzieliła się Mama Karolina - możecie znaleźć go na jej blogu pod tym linkiem. Wydaje się równie prosty do zrobienia. 





Kaja dorobiła się kilku całkiem fajnych gier planszowych. Część z nich dostała na dzień dziecka, pod choinkę i na urodziny, a niektóre wypatrzyłam gdzieś na promocji lub w secondhandzie (sklepy z używaną odzieżą bywają prawdziwą kopalnią gier planszowych). Jeśli nie masz pomysłu na prezent dla przedszkolaka, gra zawsze uratuje sytuację, pod warunkiem, że rodzice lubią tego typu aktywności (w pojedynkę grać się nie da...). Jeśli w domu dzieci jest więcej, to i więcej chętnych do zabawy, ale ja piszę bloga z perspektywy mamy jednego dziecka, więc u nas w domu Kaja bawi się sama lub z nami. Nie oszukujmy się, nie wszyscy rodzice bawią się z dziećmi. My też nie gramy codziennie, bo jak to w życiu bywa, różnie się układa. Jednak co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym siadamy przy stole i gramy we wszystkie nasze gry. Taki prezent zawsze będzie na czasie. Najwięcej radości ma z tego dziecko - nie będę udawać, że gry dla kilkulatka są w stanie wciągnąć dorosłych na tyle, że zapominają o bożym świecie. Planszówki dla kilkulatków nie mogą być skomplikowane, a co za tym idzie, czasem są przewidywalne, ale nie jest to regułą - dlatego my lubimy gry oparte częściowo na losowości - wtedy może stać się wszystko. Wspólne granie sprawia nam największą radość przez ten uśmiech na dziecięcej buzi. Poza tym, gdy akurat wykładamy na stół gry podobne do tych z mojego dzieciństwa, zalewają mnie wspomnienia dawnych emocji, które towarzyszyły planszowym rozgrywkom i... po prostu lubię to uczucie. Widzę w swoim dziecku te wszystkie intensywne radości z prześcignięcia pionka, radosne napięcie - czy teraz uda się wyrzucić liczbę oczek prosto do mety? A może ktoś wyprzedzi pionek, gdy będzie stać dwie kolejki? Krótkie rozczarowania, które po chwili zamieniają się w okrzyk wygranej. Czasem mały smuteczek z powodu przegranej, przechodzący szybką metamorfozę w gotowość do rewanżu i niecierpliwe oczekiwanie, bo przecież zaczynamy od nowa. Takie małe rzeczy, które można wyczytać z jej miny, sposobu siedzenia, ruchów. W dzieciach najfajniejsze jest to, że emocje wypływają czystym, niczym niezmąconym strumieniem. Dzieci nie robią dobrej miny do złej gry i na odwrót. Zachowują się dokładnie tak, jak się czują. Moja córka potwierdza tę regułę.

Mieliśmy okazję wypróbować najróżniejsze gry - nie tylko te z planszami, np. zręcznościowe. Najbardziej jednak odpowiadają nam gry oparte na zasadzie losowości, w których chodzi się pionkami. Nie jestem z tych, co ściemniają, aby dziecko zawsze wygrało. W grach losowych fajne jest to, że masz wpływ tylko na część rzeczy, a reszta zależy od szczęścia, liczby oczek na rzuconej kostce, od pola, na którym stanie pionek. Oznacza to, że każdy niezależnie od wieku i umiejętności może wygrać lub przegrać, dzięki czemu gra nie jest przewidywalna. W sumie trochę jak w życiu, nie? Zawsze wkurzało mnie powiedzenie, że każdy jest kowalem swojego losu albo jak sobie pościelisz - tak się wyśpisz. Można robić wszystko, aby było tak jak chcesz, a później los da Ci kopa w tyłek i wszystko, na co pracowałeś latami, pójdzie w łeb. Czasem jedna mała, nieprzewidywalna rzecz, zrządzenie losu może przewartościować całe Twoje życie, zmienić jego bieg, i trzeba zaczynać do nowa. Tak jest w życiu, i tak jest w grach planszowych. :-)

Kiedy kupić dziecku pierwszą grę planszową? 
Kaja ma gry mniej więcej od trzeciego roku życia, przeznaczone dla takich maluchów (m.in. "Nos w nos, mój pierwszy quiz). Jednak tak naprawdę dopiero teraz zainteresowała się graniem. Myślę, że 4-latkowi można spokojnie kupić grę, w której chodzi się pionkiem. Poradzi sobie z liczeniem pół i zasady będą dla niego zrozumiałe. U nas najlepiej sprawdzają się gry przygodowe, w których o zwycięstwie decyduje łut szczęścia, o czym wspomniałam wyżej.

Dlaczego warto grać z dzieckiem w planszówki? 

Bo... uczą kilku praktycznych rzeczy, m.in. przewidywania, gry zespołowej, współpracy, przegrywania, liczenia i oczywiście... rozwijają wyobraźnię, ćwiczą pamięć i kształtują logiczne myślenie. Oprócz tego dają jeszcze kilka malutkich życiowych lekcji.
Po pierwsze - czasem się przegrywa, nie zawsze jest się najlepszym.
Do drugie - trzecie miejsce nie oznacza, że się przegrało. Po prostu nie zawsze jest się w czołówce i trzeba to zaakceptować. Co nie znaczy, aby nie pracować nad ulepszeniem pewnych kwestii.
Po trzecie - wcześniej czy później pojawi się okazja do rewanżu.
Po czwarte - trzeba się trzymać zasad i nie oszukiwać, bo chodzenie na łatwiznę na dłuższą metę wcale nie popłaca.
Po piąte - nie na wszystko mamy wpływ. Czasem tracimy coś albo dostajemy z przyczyn losowych. 
Po szóste - nawet ten malutki, niepozorny kroczek może zdecydować o efekcie końcowym.

A to lista najpopularniejszych gier dla kilkulatków, którą dla Was sporządziłam - po kliknięciu w nawę gry, zostaniecie przeniesieni na stronę sklepu HulaHop.pl, gdzie jest opis i cena. Może komuś pomoże takie zestawienie. Gier jest sporo, a ja podlinkowałam te, które najbardziej mi się spodobały.

Gry dla dwulatka:


Gry dla trzylatka:

1. Kultowe grzybobranie w nowej odsłonie :-) Kiedyś to miałam! 
2. Kot w worku - bardzo fajna, tylko trzeba pilnować elementów, których jest sporo.
4. Solidny chińczyk z drewna - ile ludzie, tyle sposobów na rozwiązanie sytuacji, w której po rzucie kostką okazuje się, że musicie z kimś dzielić jedno pole. Co robicie? My zbijamy pionka, ale wiem, że niektórzy omijają, a znów inni dzielą pole. :-) 


Gry dla dzieci od 4-5 roku życia:




Zapraszam Was do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat gier, w które graliście z dziećmi. Jak jest Wasz hit i kit? W najbliższej przyszłości planujemy kupić "W lesie, w sadzie" (ostatnia gra na ostatnim zdjęciu). Znacie?

- Ale masz super pracę! Masz wolne weekendy i Święta, a to najważniejsze. - Słyszałam, gdy mówiłam, że pracuję od poniedziałku do piątku przez 8 godzin. Praca idealna, większość osób o tym marzy. Może i mi będzie lepiej? 

- Przyzwyczaisz się, przestawisz się na normalny tryb życia, organizm będzie normalnie funkcjonować bez zarwanych nocek. Popołudnia będą nasze. - mówił tata w pigułce, gdy w pierwszych tygodniach późnym popołudniem przysypiałam na kanapie, bo nie mogłam dotrwać do wieczora.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w rok, później w drugi, a ja wciąż wykonywałam plan minimum.
- Czego Ty chcesz od życia? Przecież masz świetną pracę. Zrobisz swoje, wracasz do domu i masz wolne.
- Tak, to są plusy. Przyzwyczaję się. - Powtarzałam niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie.
Próbowałam się przestawić, naprawdę próbowałam. Dałam sobie dwuletnią szansę. Co może być lepszego dla mamy, jak nie praca na rano z wolnym weekendem?

Po czym codziennie rano nie mogłam zwlec się z łóżka. Drzemka ustawiona co 10 minut dzwoniła przez 40 minut, bo albo usnęłam wieczorem z Kają, a i tak się nie wyspałam, albo siedziałam do 2 w nocy, aby wyrwać trochę czasu tylko dla siebie i te 4 godziny snu za wiele nie dawały. Prawda była taka, że ile bym nie spała, to i tak pospałabym jeszcze. Może to przesilenie? Może minie? W sierpniu nastąpiło apogeum. Najwidoczniej jakiś spadek formy, sama nie wiem. Przestałam robić to, co lubię. Zrezygnowałam z biegania, szydełkowania. Maszyna do szycia obrosła w kurz, bo i tak nie miałam czasu, aby nauczyć się szyć. Nawet książki nie chciało mi się czytać, bo oczy odmawiały współpracy i jedyne, co czułam, to pazury Morfeusza, które chciały wciągnąć mnie do swojej krainy. Mimo początkowych protestów, poddawałam się, bo w końcu jutro do pracy. Pojutrze i popojutrze, i jeszcze następnego dnia. Tak od poniedziałku do piątku. Było mi ciągle zimno i włosy zaczęły wypadać całymi garściami. Było mi smutno. Czułam się jak zastygła w bezruchu baletnica z obiema nóżkami wrośniętymi w scenę pozytywki. Nie było niczego, co nakręciłoby mnie od nowa. Nawet to pisanie jakieś takie na siłę.

Jednak nie to było najgorsze w ósemkowym systemie pracy. Zebranie w przedszkolu? Przedstawienie w przedszkolu? Wizyta u lekarza? Załatwienie sprawy w urzędzie? Urlop wypoczynkowy i dwa dni opieki, które mi przysługują, topniały w zastraszającym tempie. Tym sposobem, zamiast wykorzystywać urlop zgodnie z przeznaczeniem czyli na jakiś krótki wyjazd w ciągu roku, wybierałam go na załatwienie spraw. W mojej pracy nigdy nie mam gwarancji, że będę mogła wyjść wcześniej, jeśli tego potrzebuję, a przenigdy nie chciałabym dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko występuje w przedszkolu, a na widowni nikogo z nas nie ma. Takie przedstawienia odbywają się kilka razy do roku i dla Kai jest to wielkie wydarzenie. Pozostawał więc urlop.

W te "najważniejsze" wolne weekendy, w które i tak zazwyczaj pada, trzeba było... odgruzować mieszkanie. U mnie sprzątanie na zasadzie "codziennie po trochu" nie działało, bo gdy odwaliłam to swoje "trochę", na drugi dzień wszystko wracało do zwyczajnego stanu rzeczy. Czyli bajzlu. Robota na marne. Krok do przodu i od razu krok do tyłu. A ja, jak już sprzątam, to nie lubię rozgrzebać i zostawić. Wolę raz, a porządnie. Poza tym w tygodniu preferuję przeznaczenie czasu na coś innego, bo coś trzeba wybrać. Nie da się zrobić wszystkiego. Może to kwestia złej organizacji, nie neguję, może po prostu nie umiem się ogarnąć w takim systemie pracy. Odkąd pamiętam, pracowałam w zmianach i dwa lata pracy ósemkach niestety nie nauczyły mnie efektywnego zarządzania czasem.

Średnio od południa w niedzielę (jak ja nie znoszę niedzieli) myślałam tylko o tym, że od jutra przez cały tydzień będę chodzić do pracy. Kolejne dni były podobne. Nie mogłam wyłączyć pracy w głowie.
Automatycznie wszystko, co miałam zaplanowane przesuwałam na piątek, bo "jutro do pracy". Gdy ktoś chciał się ze mną spotkać, pisałam -"nie mogę, jutro do pracy". Czas po moim powrocie do domu do wieczora błyskawicznie się kurczył i miałam wrażenie, że dopiero przyszłam, a już trzeba szykować Kaję do snu.
Wolne Święta były fajne, ale w sumie i tak nigdzie na nie nie wyjeżdżam. Spędzamy je w domu.

Miałam wrażenie, że cała moja energia życiowa pozostaje w pracy, a więc coraz mniej chętnie do niej chodziłam, a przecież lubię swoją pracę. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się wypalenie zawodowe - dość wcześnie, bo przecież jestem dopiero koło 30 - tki.

W końcu nadarzyła się okazja, aby przenieść się w tzw. zmiany. Natychmiast z niej skorzystałam. Pojawiam się w pracy średnio 14 razy w miesiącu na 12 godzin. W tym kilka razy na dzień i kilka razy na noc. Zarówno dzień, jak i noc, może wypaść w weekend albo w Święto.  Pracowałam w ten sposób przed ciążą, po której wydawało mi się, że ze względu na dziecko lepiej pracować ósemkowo. Mogę śmiało powiedzieć, że system zmianowy bardziej mi odpowiada. Dzięki niemu nie muszę brać urlopu na te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej. Mam szansę odebrać Kaję z przedszkola. Wcześniej też miałam, ale... ona i tak pojawiała się tam jako jedno z pierwszych dzieci, więc aby nie wychodziła jako jedno z ostatnich, pomagała nam babcia, która odbierała ją o 15.00. Ja odebrałabym ją o wiele później, bo dojazd z pracy do przedszkola trochę zajmuje. Pracę w zmianach zaczęłam od dnia w sobotę i nocy w niedzielę. Dzięki temu przykładowo w tym tygodniu, z wyjątkiem środy, mogę codziennie iść po nią do przedszkola i potem możemy coś wspólnie zaplanować. Wszystko zdążę zrobić rano. Bez presji czasu. Nie musimy angażować nikogo do pomocy tak często, jak do tej pory. Będziemy bardziej niezależni.

Teraz, wchodząc do domu, mogę zamknąć w głowie rozdział praca, a gdy się tam pojawiam, jestem wypoczęta i mam dobry humor.
Czy żal mi całkowicie wolnych Świąt? Sama nie wiem. Coś straciłam, ale też coś zyskałam. Święta to tylko kilka dni w roku i przecież nie będę pracować codziennie we wszystkie świąteczne dni. Rok jest długi, a reszta dni jest równie ważna, nie tylko te świąteczne. 

Czy odczuwam nieprzespane noce? Pewnie, każdy odczuwa, ale z drugiej strony lubię siedzieć do późna. Zawsze lubiłam pracę w nocy. Mniej więcej do 4 rano czuję się dobrze. Później trochę gorzej, ale do końca zmiany zostają raptem 4 godziny. Gdy wszyscy zaczynają swój normalny dzień, mój też się zaczyna, tylko nieco inaczej.






W Polskim prawie jest wciąż wiele niejasności co do wieku, w którym pozostawienie dziecka w domu bez opieki dorosłego nie jest przestępstwem. Kwestia ta bardzo często okazuje się być źródłem sporu wśród mam. Na pewno wszyscy pamiętamy czasy, kiedy samodzielnie wracaliśmy ze szkoły. Nie było to nic nadzwyczajnego. Dziecko w wieku szkolnym powinno być w miarę samodzielne. Co jednak z maluchami? Okazuje się, że sporo mam zostawia je w domu na czas robienia zakupów, nawet te kilkumiesięczne. Bo jest upał albo śnieżyca, a śmietana do zupy musi być. Maluch w końcu smacznie śpi, a sprawunki zajmą maksymalnie 10-15 minut. W końcu wszyscy wiedzą, jak wygląda taka wyprawa z dzieckiem. Coś, co zwykle zajmuje nam parę minut, z maluchem może przedłużyć się do godziny. 


Każdy postępuje jak uważa, ale moim zdaniem pozostawienie dziecka samego w domu, aby wybrać się na zakupy, nie jest rozsądne. Nie mówię o tym, aby nie skorzystać z łazienki czy nie wywiesić prania - nawet jeśli wyjdziesz na balkon albo przed dom to ciągle tak, jakbyś była w domu. A jednak wyjście do sklepu, nawet blisko, to dla mnie coś innego.
Może znasz dobrze swoje dziecko i wiesz, że jak uśnie, będzie spać godzinę albo dwie, ale czasem zdarza się tak, że los robi nam na złość. Maluch się obudzi i będzie wystraszony. Dla Ciebie to może być 10 minut - co to jest, a jednak dla dziecka, które zanosi się od płaczu, to cała wieczność. W drodze do sklepu może Ci się coś stać i nie będziesz w stanie powiedzieć, że w domu jest dziecko. Dodatkowo zostawienie małego dziecka samego w domu może mieć konsekwencje prawne. 

Dzieci mają różne pomysły, są ciekawe świata, testują, smakują. Może wcale nie płakać, gdy się obudzi, ale po którejś próbie wypadnie z łóżeczka. Szczerze mówiąc, o tym, że moje dziecko potrafi wyjść z łóżeczka dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy z niego po prostu wyszło. :-) Niektóre dzieci mają niebezpieczne albo szalone pomysły. Kiedyś, gdy miałam kilkanaście lat, zostałam sama w domu z 3-latkiem. Smażyłam w kuchni kotleta, a gdy wróciłam, na stole leżały różne elementy - rozkręcił lampkę na części pierwsze.  Wtedy naprawdę nie spodziewałam się, że taki berbeć na coś takiego wpadnie, a tego, że będzie umiał to rozkręcić, to już w ogóle.
Dziecko może wejść na parapet i majstrować przy klamce tak długo, aż w końcu otworzy okno. Może wspiąć się na komodę, która nie jest przykotwiczona i na nie spadnie. Może posmakować chemii do czyszczenia łazienki.
Może Twoje dziecko nie ma głupich pomysłów, ale pomyśl, co się stanie, gdy ktoś włamie się do domu i nie będzie mieć sumienia. Albo wadliwa instalacja elektryczna spowoduje pożar. 

Jasne, to wszystko może się stać, gdy będziesz w domu, w pokoju obok, w łazience, a nawet w tym samym pokoju. Jednak jeśli jesteś obok, masz szansę w jakiś sposób zareagować, wezwać pomoc, działać. Jeśli Cię nie ma, to nie zrobisz nic, niezależnie od tego, co się wydarzy.
Ja na przykład nie wybaczyłabym sobie, jeśli któraś z tych rzeczy by się wydarzyła, a w tym czasie stałabym w kolejce do kasy. 

Każdemu z nas wydaje się, że jest wyjątkowy. Choroba, śmierć, nieszczęśliwe przypadki przydarzają się jedynie w wiadomościach, komuś nieznajomemu lub dalekiemu. Nie blisko nas, na drugim końcu miasta. Mam wrażenie, że to taka życiowa brawura. Nie jesteśmy w stanie uniknąć wszystkich złych rzeczy. Po prostu się nie da, ale po co kusić los w ten sposób? 

Nie chodzi o to, aby zawsze przebywać z dzieckiem w jednym pomieszczeniu. Kilkulatek zazwyczaj biega po całym mieszkaniu, a Ty przecież nie będziesz go śledzić 24 godziny na dobę, ale jednak jesteś za ścianą, kilkanaście metrów dalej. Masz szansę usłyszeć ciszę. Jeśli wyjdziesz do sklepu, to niestety nie. 

Zanim wyjdziesz, zastanów się, czy rzecz, którą musisz kupić, naprawdę nie może poczekać na to, aż dziecko się obudzi i pójdziecie po nią razem. Czy ta śmietana, mleko albo pomidor są na tyle istotne, aby biec na zakupy z duszą na ramieniu, denerwować się, czy dziecko przypadkiem w tym czasie nie wstało, nie płacze czy nie zrobiło sobie krzywdy?

Trzy, dwa, jeden, start!

Pokażę Wam, jak zrobić lody – marzenie. Nie tuczą, nie plamią i mają baaardzo długi okres przydatności. Przygotujcie się na najładniejsze lody, jakie zobaczycie tego lata!

Nazywam się Agnieszka Partyka, prowadzę blog z pomysłami SamaRobie.pl i jest mi ogromnie miło, że Ania zaprosiła mnie do napisania posta gościnnego u siebie.


Lody z płatków kosmetycznych – łatwa praca plastyczna dla dzieci.

Lody z płatków kosmetycznych pokazał mi syn. W przedszkolu prace wykonywały 4-latki a w domu moi chłopcy zrobili własne. Wykonanie lodów sprawi frajdę dzieciom w różnym wieku – starszaki zrobią je samodzielnie, a maluchy z większą pomocą dorosłych.

Pracę najlepiej jest rozłożyć na dwa dni – trzeba odczekać, aż płatki wyschną po malowaniu. Samo wykonanie lodów jest szybkie i na pewno nie znudzi dzieci.



Materiały
płatki kosmetyczne
farby plakatowe + pędzel
beżowy papier na wafelek
kolorowa kartka A4 (tło)
klej do papieru w sztyfcie
klej z brokatem



Płatki kosmetyczne barwi się rozcieńczonymi farbami. My użyliśmy mokrych pędzli, ale można też wyciskać roztwór z pipety albo z pojemnika po soli fizjologicznej.

Wskazówka
Sprawdźcie, czy na Waszych płatkach jest odciśnięty wzór. Nasze miały wzorek w kwiaty, ale w pracach pokazaliśmy gładką stronę.




Rożki do lodów wycięliśmy z kartki z bloku rysunkowego. Podstawa rożka ma 8 cm, a wysokość – 12 cm. Rożek i gałki lodów układa się na kartce a później przykleja klejem w sztyfcie. Polewę robi się z kleju z brokatem.






Przygotowanie lodów to dla dzieci miła odskocznia od wakacyjnej rutyny. Barwienie płatków dostarcza mnóstwa śmiechu, a samodzielna praca daje maluchom ogromną satysfakcję. Moim dzieciom zabawa z płatkami tak się spodobała, że na pewno nie jest to nasz ostatni pomysł tego typu.

Agnieszka Partyka – mam 30 lat. Wykształciłam się na biotechnologa, ale nie wiem, co będę robić kiedy dorosnę. Na razie mam dwóch synów – 4 i 7 lat, męża i 5 kotów. SamaRobię to mój blog DIY, ale tak się składa, że najwięcej wpisów to pomysły na prace plastyczne dla dzieci i na ładne ciasteczka.

----

Agnieszka z SamaRobie.pl uwielbia prace plastyczne i majsterkowanie. Tworzy przedmioty użytkowe, ozdoby okolicznościowe i rzeczy bez przeznaczenia. Pociąga ją wszelki recycling i odnawianie starych przedmiotów. Jest mi bardzo miło, że mogłam ugościć Agnieszkę na swojej stronie. :-)
Polecam z całego serca blog Agnieszki. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji na zabawy plastyczne z dziećmi. Nie zapomnijcie polubić fanpage bloga Sama Robię - DIY, prace plastyczne, majsterkowanie, ciasteczka, aby być na bieżąco z nowymi tutorialami i pomysłami.
                                                                                                                        Matka w pigułce


W dniach 1-7 sierpnia trwa światowy tydzień karmienia piersią, którego organizatorem jest World Alliance Breastfeeding Action. Mleko mamy jest najlepszym, jakie można dać dziecku. Jednak ideały to jedno, a później wychodzi różnie. Kiedyś myślałam, że karmienie piersią przychodzi całkowicie naturalnie - co to za sztuka. Wystarczy podać dziecku pierś, a ono będzie jadło, i tyle. Ot, cała filozofia. Okazało się, że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Nie będę tu pisać o morderczej walce o KP, ani o tym, że mleko modyfikowane jest demonizowane. A o czym? O mamach Karmiących Piersią Inaczej.


Nie będę się rozwodzić nad tym, dlaczego się nie udało. Nie będę też wyrzucać sobie, że się poddałam bardzo szybko. Było to dawno i w tej chwili nie ma to większego znaczenia. Temat karmienia piersią przestał wywoływać u mnie jakiekolwiek emocje. Może dlatego, że jest mocno nieaktualny. Chciałam napisać o mamach karmiących piersią inaczej, bo taką mamą 4 lata temu się stałam. Utrzymywałam laktację przy pomocy samego laktatora. Mówili, że to niemożliwe, a jednak się udało przez ok. 5 miesięcy. Później przestawiłam dziecko na mleko modyfikowane, ale nie z tego powodu, że moje Karmienie Piersią Inaczej nie podziałało.  

Jak wygląda dzień mamy KPI? Pewnie podobnie, jak w przypadku mamy karmiącej piersią, ale co 3 godziny trzeba zrobić sobie randkę z laktatorem. Utrzymywanie laktacji w ten sposób jest trudne, ale nie jest niemożliwe. Na pewno nie można pomijać żadnej sesji odciągania pokarmu, bo wtedy ciało otrzymuje sygnał, że to mleko po prostu jest niepotrzebne i produkcja spada. U mnie sprawdził się laktator elektryczny Medela. Warto wspomnieć, że miałam kilka laktatorów, ale nie mogłam nimi odciągnąć nawet pół kropli mleka. Udało się dopiero Medelą.

Wypróbowałam dwie metody odciągania mleka laktatorem. 

  • Metoda odciągania pokarmu 775533
Polega ona na odciąganiu mleka najpierw z pierwszej piersi przez 7 minut, następnie z drugiej przez taki sam okres czasu. Po tym wraca się znów do pierwszej i odciąga przez 5 minut, to samo z drugą. Następnie znów pierwsza - 3 minuty, później 3 minuty druga.

  • Metoda 15-15
Najpierw 15 minut z jednej, a później 15 minut z drugiej. Jeśli ktoś ma do dyspozycji podwójny laktator - ma komfort odciągania z obu piersi jednocześnie. Gdy chciałam zwiększyć ilość produkowanego mleka, wydłużałam sesję z laktatorem o 2-5 minut, mimo że chodził wtedy na sucho.

Bardziej sprawdziła się metoda druga. W pierwszej trzeba skrupulatnie pilnować czasu i zdarza się zapomnieć o zerknięciu na zegarek. Teraz na pewno skorzystałabym z jakiejś aplikacji w telefonie, która pomaga wymierzyć ten czas i informuje o zmianie piersi. Wtedy nie wpadłam na ten pomysł. 

Przechowywanie odciągniętego mleka - jak to rozwiązałam

Odciągnięte mleko trzymałam w lodówce w plastikowych pojemnikach. Można kupić specjalne pojemniki do przechowywania mleka. Najważniejsze, aby pokarmu kobiecego nie przechowywać w szklanych naczyniach, żeby nie stracił swoich właściwości. Świetnym rozwiązaniem wydają się pojemniki na mocz z apteki i przez krótki czas używałam ich jako pojemniki na pokarm, dopóki nie przeczytałam o Bisofenolu A, a nie miałam pewności, czy tworzywo, z którego są zrobione, nie zawiera właśnie tego mocno rakotwórczego składnika. Dlatego uważam, że do przechowywania pokarmu najlepiej korzystać z dedykowanych temu pojemników. Jeśli chodzi o podgrzewanie - tylko w kąpieli wodnej i do temperatury 37 stopni. 
Co ważne, nie powinno się mieszać w jednej porcji mleka z lodówki i mleka w temperaturze pokojowej lub ciepłej. Jeśli chcemy zmieszać dwie porcje mleka z piersi, odciągnięte w różnych godzinach, powinny być w takiej samej temperaturze - najlepiej obie schłodzone wcześniej w lodówce. 

Dobry podział mleka do lodówki to podstawa

Staraj się rozsądnie porcjować w lodówce odciągnięty pokarm. Jeśli odciągniesz 100 ml, a dziecko na jeden raz zjada 50 ml, lepiej rozlać to na dwa osobne pojemniki. Mleko po wyjęciu z lodówki ma określony czas ważności - drugie 50 ml może się po prostu zmarnować. Jeśli dziecko przykładowo zjada ok. 70 ml, a ja przy jednej sesji odciągnęłam 100 ml, rozlewałam mleko na 3 pojemniczki - 50 ml, 25 ml, 25 ml. Z jednego pojemnika, w którym było 25 ml pokarmu, mogłam skorzystać przy kolejnym karmieniu lub dogrzać na dokładkę, jeśli była taka potrzeba.
Do każdego pojemnika w lodówce przyczepiałam datę i godzinę odciągnięcia i w pierwszej kolejności  brałam te z najstarszym mlekiem. 
Mleko w lodówce można przechowywać 2-5 dni i najlepiej w głębi półki, bo tam temperatura jest stała w odróżnieniu od drzwi, które co chwilę się otwiera. W temperaturze pokojowej możemy je przechowywać do 8 godzin, ale w sezonie wiosna/lato, gdy są upały, czas ten skraca się o połowę. 
Niedojedzone mleko powinno się wylać. Stąd też dobry podział do lodówki to podstawa. Ja trzymałam się zasady, że nigdy nie chłodziłam i nie podgrzewałam dwa razy jednej porcji mleka. W pokarmie mogą namnażać się bakterie, dlatego ważne jest trzymanie się zasad jego przechowywania. Między innymi z tego powodu w pierwszych tygodniach życia dziecka wrzucałam laktator do sterylizatora po każdym użyciu. Później robiłam to raz dziennie. 

Jakie są plusy i minusy KPI?

Minusem jest to, że zajmuje dużo czasu i energii na dodatkowe czynności. Jeśli karmisz piersią, dziecko ma zawsze gotowy pokarm w idealnej temperaturze. Nie musisz piersi zmywać i sterylizować. :-) Jeśli znów karmisz MM, przygotowanie mleka trwa 5 minut, później wystarczy tylko umyć i wysterylizować butelkę i smoczek. Jeśli karmisz piersią inaczej, musisz ten pokarm najpierw odciągnąć - jest to ok. 30 minut co 3-4 godziny, to naprawdę dużo czasu. Później przecież trzeba wyczyścić laktator, przygotować mleko do chłodzenia (lub bez tego, jeśli podasz je w przeciągu najbliższych kilku godzin - ja jednak odciągałam zawsze na zapas), potem w razie potrzeby odgrzać, nakarmić dziecko i znów myć pojemniki i butelki. Jeśli masz w domu noworodka, który tylko je i śpi (tak było w moim przypadku), jesteś w stanie to ogarnąć, choć Twój świat tak naprawdę kręci się wokół odciąganie, karmienia i zmywania. Gorzej, jeśli Twój noworodek jest typem high need baby - tutaj wybór jest naprawdę trudny i wydaje mi się, że w takim przypadku przeszłabym na to MM zamiast KPI, bo przecież nie powiesz dziecku, że go nie będziesz nosić i kołysać na rękach, bo musisz odciągać mleko. Gdy dziecko jest starsze, pokarm odciąga się coraz trudniej. Każda sesja z laktatorem wydziera czas, który mogłabyś poświecić na spacer, zabawę z dzieckiem czy jeszcze coś innego. Dziecko mniej śpi, jest ciekawsze świata i chce mieć mamę przy sobie, a nie brzęczący sprzęt. Nawet przy dobrej organizacji z każdym miesiącem będzie Ci coraz trudniej i trudniej. W tym momencie zaczniesz się zastanawiać, czy to ma sens. Nie dam Ci dobrej odpowiedzi. Życie to sztuka wyborów i nikt nie powiedział, że mają być proste.
Plusem KPI jest to, że mimo przeciwności losu, dostarczasz dziecku najlepszy pokarm na świecie, przeciwciała i całe mnóstwo składników odżywczych. Niektórzy mówią, że tylko karmiąc piersia można zapewnić dziecku prawdziwą więź i bliskość. Ja jednak uważam, że najważniejsze, aby karmic je z miłością po prostu. Karmiąc butelką też będziesz przytulać je do piersi.

Nie napisałam tego, aby jakoś szczególnie promować karmienie piersią inaczej. Chciałam jednak pokazać, że można i w ten sposób. Może trafi tu ktoś szukający odpowiedzi na pytanie, czy da się utrzymać laktację samym laktatorem. Może ten wpis pomoże podjąć decyzję, czy warto spróbować KPI, jeśli nie widać przyszłości dla karmienia piersią. Napisałam, jak to wygląda od kuchni. Tak życiowo. Bez zbędnego lukru i wstawek z heroizmem laktacyjnym w roli głównej. Moim zdaniem warto podjąć taką próbę przed przestawieniem dziecka na 100 procent mleka modyfikowanego. Nawet jeśli ma być to jedna porcja odciągniętego mleka dziennie - ona też ma znaczenie. Nie będę gloryfikować właściwości pokarmu matki - jestem przekonana, że wszyscy, a w szczególności mamy karmiące dzieci mlekiem modyfikowanym, mają tego dość po samą kokardę. Internet jest pełen takich informacji. Nie będę też demonizować mleka modyfikowanego - wychowało się na nim niejedno dziecko i założę się, że połowa z nas nigdy nawet nie zastanawiała się nad tym, czym była karmiona. Najważniejsze, aby w tym wszystkim znaleźć jakiś punkt, jakąś ostoję, której się złapiesz, gdy będzie Ci trudno. Musisz wyłożyć sobie to w głowie i rozsądnie przemyśleć, kiedy warto powalczyć, a kiedy lepiej odpuścić.

Polecany post

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do chol...