1 sty 2017

Im bardziej wczorajsi, tym większe plany piszemy

postanowienia noworoczne, plany na nowy rok


Pierwszy stycznia, nowy rok. Magiczna data, kiedy to wpadałoby wynotować kolejne postanowienia, z których połowę zapomnę, a niepowodzenie reszty za rok jakoś usprawiedliwię. 

Siedzę zwinięta w koc i czuję się jak wymemłany naleśnik z niezbyt wyjściowym farszem na talerzu zwanym życiem. Z kubkiem kawy na podorędziu próbuję zreanimować swoje komórki myślowe. W drugim pokoju jeszcze przedsylwestrowy armagedon, bo wczoraj jak zwykle godzinę przed imprezą wywaliłam wszystko z szafy, aby utwierdzić się w tym, co wiedziałam wcześniej - nie mam się w co ubrać. Kolejny dowód na to, że moje ubrania ożywają i kierując się filozofią minimalizmu postanowiły przejść na dietę, w związku z czym po Świętach są jakieś takie zwężone i skurczone. Ciosem w serce była indoktrynacja mojej nowej bluzki, która ugięła się pod namową pozostałych i postanowiła odchudzić, co wydało się przed lustrem. Jak mogłaś? - wykrzyknęłam z wyrzutem. Odpowiedziała mi rozdarta trzaskiem materiału cisza. Będę żyć na samej sałacie - przysięgam. - Będę ćwiczyć codziennie po dwie godziny z Chodakowską, Mel B., Gacką jednocześnie, tylko niech znajdzie się jakieś ładne, wyłamane z systemu ubranie. Od nowego roku wezmę się za siebie i do wakacji się wylaszczę. A wtedy oddam was wszystkie, podłe ubrania, do pojemnika z używaną odzieżą na sprzedaż do lumpeksów.


Pranie czekające na żelazko wznosi się na krześle niczym Krzywa Wieża w Pizie, ale zapobiegawczo tego nie ruszam, bo jaki nowy roki, taki cały rok, więc w ten jeden dzień pozwalam sobie uwierzyć w przesądy. Nie mam zamiaru codziennie prasować do 2018. Z dwojga złego lepiej cały rok wylegiwać się pod kocem i zagryzać białą czekoladę z dodatkiem solonych orzechów i czytać dobrą książkę w przerwach między snem a jawą. A tak na poważnie, postanawiam w nadchodzącym roku nie piętrzyć na krześle ubrań do prasowania ze wszystkich prań z dwóch tygodni. Będę prasować systematycznie, choć zdaje sobie sprawę, że opuszczę się przez w rankingu chujowych pań domu. I jak tu leżę, to przysięgam, że od jutra codziennie będę sprzątać przez 10 minut, aby uniknąć kilkugodzinnego odgruzowywania mieszkania w weekend.  

Kolejna sprawa to palenie. Rzucę w tym roku palenie. To nic, że mówię tak co roku, ale kiedyś może się za to wezmę, więc warto dopisać do mojej małej listy. 

Oprócz rzeźbienia ciała, zadbam również o swój umysł, poddając go regularnej gimnastyce - nie będę czytać tyle odmóżdżaczy. Wezmę się za ambitną literaturę. Jakaś klasyka czy coś.

Nie obetnę włosów. Będę kontynuować zapuszczanie, nie dając się zwieść pokusom obcięcia na boba. W grę wchodzi jedynie podcięcie końcówek. Wydobędę z nich dawne piękno, choćbym miała zbankrutować na odżywkach.

Będziemy spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu, szczególnie gdy będzie cieplej. Zdaję sobie sprawę, że obecnie za mało wychodzimy. Pracuję codziennie i o tej porze roku jest już ciemno, gdy wracam z pracy. W związku z tym siedzimy z Kają w domu. W wiosnę trochę zmieni mi się system pracy. Nie będę już pracować codziennie, tylko co drugi, trzeci dzień dzień lub noc (zamiast 7,5 godz mój dyżur będzie trwać 12 godzin). Dzięki temu będę mogła w wolny dzień wcześniej odebrać ją z przedszkola i jakoś fajnie zorganizować dzień, co ma duże znaczenie w następny sezon jesienno-zimowy. Mam nadzieję, ze jakoś ją to zahartuje, bo jak na razie choroba chorobę pogania. 
Zobaczysz, rok przechoruje i przejdzie. Mówili. 
Najgorszy pierwszy rok w przedszkolu, ciągle choroby, a potem dziecko się uodparnia. Mówili.
Mówili. 

I guzik prawda. Po kilku miesiącach w żłobku, po niecałym 1,5 roku w przedszkolu jest coraz gorzej z infekcjami. Równia pochyła, po której stacza się cała nasza rodzina, wpadając po sam pas w zasmarkane chusteczki.

Kolejna sprawa. W końcu raz na zawsze przypomnę sobie angielski na tyle, aby bez problemu się porozumiewać. Czy wy też w Wigilię zostawiacie pusty talerz dla niespodziewanego gościa? W tym roku pierwszy raz ktoś przy tym talerzu usiadł. Odwiedziła mnie moja kuzynka z Australii (właściwie to ciocia, ale w związku z tym, że jest ode mnie rok młodsza, zostałyśmy przy kuzynkach). Widziałyśmy się pierwszy raz w życiu. Nasza rodzina podzieliła się po wojnie, kiedy to jej część wyemigrowała na inny kontynent, a moja babcia jako najstarsza siostra wolała zostać w Polsce w domu rodzinnym. Cassy przy okazji swojego eurotripu przyleciała do Polski i spędziła z nami Święta. Była bardzo wzruszona tym, że mogła nas poznać i przy okazji odwiedzić też mieszkanie, w którym urodziła się jej mama. Wspólnie odszyfrowywałyśmy stare, czarno-białe fotografie, które posiadam w pamiątkach rodzinnych, a z racji tego, że nie mam już mamy ani babci z tej strony rodziny, nie miałam kogo zapytać. Dowiedziałam się, jak miała na imię moja praprababcia i mam też jej zdjęcie. Jestem przeszczęśliwa, że udało nam się porozumiewać po angielsku, bo Cassandra nie zna polskiego. Mimo że porozumieć się udało, mój angielski był mocno łamany, dlatego w tym roku postaram się nad nim popracować w domu. Do naszych marzeń podróżniczych "na kiedyś" dołączył wyjazd w australijskie Blue Mountains i nad Pink Lake. 

Moje postanowienia są jak zwykle przyziemne. Oduczyłam się stawiania nieosiągalnych celów. Paradoksalnie, im bardziej coś leży w zasięgu ręki, tym trudniej jest nam o to zawalczyć, a czasem tak niewiele trzeba, aby zmienić coś we własnej egzystencji na lepsze. Nie stanę się z dnia na dzień kimś innym, ulepszonym, idealnym. Nigdy taka nie będę, ale oznacza to, że nie mogę z każdym rokiem stać się nieco lepszą wersją siebie. Dla siebie samej i moich bliskich. Oczywiście z umiarem, bo zbyt długo pracowałam na pozycję zołzy.

About

authorAnia Helenka. Nałogowa czytelniczka poradników. Mama, żona, pielęgniarka. Blog z podmiejskiej prowincji. Lifestyle z nutką macierzyństwa, z kubkiem kawy o północy. To moja opowieść o codzienności.
Czytaj dalej →



Newsletter

Łączna liczba wyświetleń