List. Przez 3 lata prawie codziennie leciałam w dół. Odkąd nie biorę, moje życie jest lepsze, ale czasem też trudniejsze

uzależnienie od narkotyków, historia wyjścia z nałogu, narkotyki, dopalacze


Historia Zuzanny nie powinna wydarzyć się nigdy, a jednak stało się inaczej. Jedna zła decyzja pociągnęła za sobą szereg nieuniknionych konsekwencji. O narkomanii mówi się dużo, a jednak każdego dnia ktoś robi to pierwszy, drugi lub setny raz. Być może tuż obok Ciebie kawałek po kawałeczku niszczy swoje życie, wymieniając je na zawartość foliowego woreczka. Zuza, która zgodziła się o tym napisać na łamach mojej strony, jest autorką bloga Panna Kwiatkowska (www, fanpage), na którym opisuje swoje życie po wyjściu z nałogu. Znajdziecie tam garść jej doświadczeń związanych z uzależnieniem, mieszkaniem i studiowaniem na obczyźnie, a także z zaburzeniami odżywiania.

 

Początek. Brak akceptacji.


Do 15-ego roku życia miałam nadwagę i nie byłam zbyt lubiana przez rówieśników. Z perspektywy czasu wiem, że nie byłam lubiana nie przez nadwagę, a przez to, że względem innych byłam nieco inna - wiecznie we własnym świecie. Jeśli się kogoś nie lubi, to wyśmiewa się u niego różne rzeczy - u mnie nadwaga była tym, co widoczne na pierwszy rzut oka, więc często ją komentowano. 

Żeby stać się częścią grupy, zaczęłam popijać alkohol i popalać marihuanę na klasowych wyjazdach brydżowych. Wszyscy tak robili. To jeszcze nie było nic takiego, bo przecież połowa nastolatków ma za sobą podobne eksperymenty, nawet w elitarnej szkole. Faktem jest, że było to pierwsze złamanie zasad, jakich nauczono mnie w domu. Jednak prawdziwa historia mojej narkomanii zaczęła się nieco później, gdy miałam 17 lat. W wakacje spotkałam się z moim starszym o 3 lata znajomym, który po raz pierwszy w życiu zaczął prawić mi komplementy i sprawił, że zaczęłam czuć się atrakcyjna. Jak nie trudno się domyślić, w tym wieku łatwo się zakochać i to tak po uszy. W pewnym sensie znaliśmy się od zawsze. Był też jednym z nielicznych, który nigdy mnie nie wyśmiewał, a wręcz bronił. Mimo, że miał wokół siebie w czasach szkoły cały wianuszek dziewczyn, zwrócił uwagę na mnie. Jako pierwszy. Był ode mnie starszy, chyba trochę przez to stał się moim autorytetem. Dziś wiem, że on nie odwzajemniał moich uczuć, a jedynie pociągałam go fizycznie. Był uzależniony od narkotyków wszelkiego rodzaju, również tych "ciężkich" - choć na początku doskonale udawał, że wszystko ma pod kontrolą.

Nie wiem, co mnie do tego popchnęło, ale zrobiłam jeden z najgorszych kroków w moim życiu. Mój przyjaciel namówił mnie do spróbowania amfetaminy, mefedronu, morfiny i jeszcze kilku innych narkotyków. Na początku nie byłam pewna, czy mi się to wszystko podoba, ale wiedziałam, że dzięki temu on chce się ze mną spotykać. Narkotyki w pewnym sensie były elementem, który nas scalał. Spędzaliśmy więcej czasu ze sobą, bo mieliśmy wspólny cel. Byłam zakochana, poszłam na taki układ, bo wolałam mieć choć część jego, niż nic, a był wtedy dla mnie wszystkim. Nawet nie wiem, w którym momencie doszło do tego, że zaczęłam brać również poza naszymi spotkaniami. Uzależniłam się konkretnie od narkotyków z grupy stymulantów, tzn. takich, które powodują pobudzenie, zwiększoną koncentrację i brak apetytu. To ostatnie bardzo mocno mnie nakręcało, ponieważ jak wspominałam, całe dzieciństwo miałam problemy z wagą i ogromne kompleksy na tym punkcie (mam też za sobą zaburzenia odżywiania). Dzięki stymulantom mogłam nie jeść i nie spać 3 dni, szybciej się uczyłam, byłam bardziej skoncentrowana na tym, co robię. Czułam się, jakbym miała super moc. Byłam lepsza we wszystkim, co robiłam. Na początku wszystko było pięknie, ale oczywiście nie trwało to długo. Rodzice dawali mi pieniądze, za które mogłam opłacić sobie jazdę konną i wszystkie przyjemności. Rzecz w tym, że od kiedy się uzależniłam, nawet moja największa pasja stała się dla mnie nieważna i wszystko szło na narkotyki.

Pierwszy rachunek sumienia. Szpital.


Mój organizm przestał wytrzymywać ten styl życia. Coraz częściej chorowałam, schudłam do niezdrowej wagi i za każdym razem, gdy tylko byłam trzeźwa, byłam tak słaba, że nieraz spędzałam cały dzień w łóżku. Ostatecznie zachorowałam na półpasiec oczny i z wyczerpania organizmu trafiłam do szpitala. Wtedy też rodzice dowiedzieli się o tym, że ćpam. Nie od lekarzy, bo byłam już pełnoletnia, ale znaleźli u mnie w domu kilka torebek mefedronu. Po wyjściu do domu obiecywałam im, że już więcej nie tknę narkotyków i naprawdę w to wierzyłam. W szpitalu rozmawiałam z psychologiem, ale nic więcej nie zrobiono z tym faktem. Wydawało mi się, że mogę z tym wszystkim skończyć. Po prostu przestanę brać. Wyjdę ze szpitala i koniec. Myliłam się. Tkwiłam w tym nałogu za mocno i jeszcze tej samej nocy wciągnęłam kolejną kreskę.

Stałam się ostrożniejsza i dobrze ukrywałam się z tym, co robię. Organizm coraz gorzej sobie z tym radził. Pojawiły się psychozy. Idąc ulicą, słyszałam głos mojej mamy mówiącej, że o wszystkim wie. Leżąc w łóżku dostawałam paranoi, że moje serce bije za głośno i słyszą je wszyscy domownicy. Do tego doszły zaburzenia pamięci. Dostałam lekkiego reumatyzmu (niestety do dziś miewam dni, w które nie jestem w stanie utrzymać małych przedmiotów w dłoni). Czułam, że to wszystko mnie niszczy, ale nie umiałam przestać. Zdałam sobie sprawę, że straciłam na to jakikolwiek wpływ, gdy posunęłam się do kradzieży pieniędzy moim rodzicom, żeby mieć na narkotyki.

Mimo wszystko zdałam maturę całkiem nieźle i tu pojawił się pewien pomysł - wyjazd na studia do Niemiec. Po kilkumiesięcznych rozważaniach wyjechałam w nadziei, że uda mi się odciąć od przeszłości, narkotyków i rodziców, z którymi całkowicie popsułam sobie kontakty. Okazało się, że tym wyjazdem zastawiłam na siebie pułapkę.

Drugi początek, choć miał być drugim końcem. Akademik.


Niestety na początku mojego samodzielnego życia było wręcz przeciwnie niż to sobie zaplanowałam. Brałam jeszcze więcej, bo już nie było ryzyka, że rodzice mnie przyłapią. Najczęściej brałam amfetaminę, mefedron, 3MMC, eth-cat, pentedron - większość z nich zalicza się do tzw. research chemicals - dla większości ludzi to coś jak dopalacze, ale różnią się składem, który jest przede wszystkim mniej znany. Sprzedawane są półlegalnie w Internecie. Zdarzało mi się być w 3-tygodniowym ciągu. W tym miejscu chciałabym też opowiedzieć nieco, jak wygląda człowiek w takim stanie. Obrzydliwy, chemiczny zapach potu, wielkie wywalone na wierzch źrenice, skóra tłusta i z masą wyprysków - w końcu jakby nie patrzeć, trułam się. Do tego załatwiałam się w pokoju do słoików, żeby nikt w akademiku nie zobaczył mnie na korytarzu, więc i w pomieszczeniu okropny smród. Prawie nie spałam - przyspieszone bicie serca po stymulantach nie pozwala zasnąć. Zawsze miałam przy łóżku kilka litrów wina, które pomagało mi to "zneutralizować". Przyjmowałam narkotyki większością istniejących dróg - rozpuszczone w napojach, wciągane nosem albo w żyłę. Pod koniec głównie tą ostatnią drogą, bo "najbardziej ekonomicznie". Jak sobie o tym myślę, to w sumie cud, że nic mi się nie stało, bo miałam spore szanse zajechać się na śmierć. "Bicie się z myślami" nie występowało - gdy tylko miałam cokolwiek w zasięgu ręki, nie umiałam się powstrzymać. Dodatkowo spotkał mnie okropny żart losu - pierwsza osoba, z którą się zakolegowałam, również brała, co wyszło po kilku tygodniach znajomości.

W  końcu musiałam się nieco ogarnąć, bo rodzice opłacali mój pobyt tutaj jedynie przez pierwszych kilka miesięcy - później miałam znaleźć pracę. Udało się dość szybko, ale i tam wciągałam coś w przerwach, bo nie umiałam inaczej funkcjonować. Brałam po prostu w mniejszych ilościach, żeby nikt się nie zorientował. Trwało to do początku września 2015. Był to dzień, w którym mieli mnie odwiedzić w Bremie rodzice, a ja akurat znów ostro przesadziłam. Odczuwałam okropne wyrzuty sumienia (wbrew pozorom narkomani też coś takiego odczuwają, tylko nałóg jest od nich silniejszy), że jestem najgorszą córką świata i nawet w ten jeden dzień nie potrafię sobie odpuścić. Nie jestem jakoś mocno religijna, ale zaczęłam się modlić. Przysięgłam, że jeśli oni się nie zorientują, a byłam w stanie, w którym naprawdę nietrudno było się domyślić, że brałam - już nigdy więcej nie wezmę. 


Najprostsze rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Od tamtej pory każdy czysty dzień był wyzwaniem, któremu podołałam.


Wyrzuciłam całe 10g (o wartości ok 400 zł) pozostałego towaru do kontenera na śmieci. Rodzice niczego nie zauważyli, mi jakoś udało się prawie całkiem wytrzeźwieć w kilka godzin. Uznałam to za taki drobny cud w moim życiu i dotrzymałam swojej obietnicy. Od tego dnia nie wzięłam ani razu. Oczywiście pierwsze miesiące po rzuceniu tego syfu to był horror - czułam się okropnie słaba, zaczęłam się objadać, przestałam widzieć jakikolwiek sens życia. Wszystkie problemy, które odpychałam od siebie przez faszerowanie się dragami, wróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Częściowo doszłam do siebie i powoli wychodzę na prostą. Pierwszy rok studiów zawaliłam, ale dziś staram się wszystko nadrobić. Uczę się żyć od nowa. Takie życie jest lepsze, ale na pewno czasem trudniejsze, bo ze swoimi problemami muszę stawać oko w oko, nie idę na łatwiznę, uciekając w narkotyki. Cegiełka po cegiełce odbudowuję swój nowy świat, choć zdaję sobie sprawę, że echo starego czasem rozlegnie się w czterech ścianach, gdy będę mieć gorszy dzień czy dopadnie mnie przygnębienie, a będę sama.

Czy ludzie wokół się domyślali? Czy zauważyli? Myślę, że może i niektórzy tak, ale wprost nikt nie zaczął rozmowy na ten temat, z wyjątkiem rodziców po moim wyjściu ze szpitala. 
Nadal zmagam się z zaburzeniami odżywiania. Po rzuceniu narkotyków zaczęłam się objadać. Za długo zmuszałam organizm do głodowania i w końcu się zbuntował. Czasem myślę o narkotykach i zdaję sobie sprawę, że muszę uważać na to, aby nie znaleźć się w nieodpowiednim towarzystwie, szczególnie w momencie, gdy jest mi ciężko. Nie raz nachodzi mnie żal, że już nigdy nie poczuję czegoś równie silnego, jak po stymulantach, ale mimo wszystko odczuwam ulgę, że to się skończyło.  

Gdy przypominam sobie siebie w swoim najgorszym okresie, jestem pewna, że nie chcę tam wrócić. Zbyt dużo kosztowało mnie odbudowanie swojego życia. Zdaję sobie sprawę, że nawet jeden wyskok mógłby się tym skończyć, więc cały czas muszę być czujna. Nie piję nawet alkoholu, bo wiem, że mam tendencję do uzależnień. Im więcej czasu upłynęło, tym jest łatwiej - no bo przecież jak już tyle wytrzymałam, to dam radę wytrzymać każdy kolejny dzień. Poza tym w końcu naprawiłam swoje stosunki z rodzicami i nie chcę tego za nic zepsuć.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Polecany post

Średnio 10 na 100 świeżo upieczonych matek ma z tym problem - więcej niż tylko baby blues. Dziecko, matka i depresja.

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała pr...