czwartek, 29 czerwca 2017

My dorośli już tak mamy. Akceptacja czyichś emocji przychodzi nam z trudem.

Przestań płakać, przestań się złościć, zacznij to robić, nie rób tego, uspokój się, nie krzycz. Znasz? Na pewno każdy z tych zwrotów wypowiedziałaś więcej niż sto razy. Pamiętasz, co się wtedy stało? Były niczym zaproszenie do kontynuacji i spotęgowania tego, co aktualnie robiło dziecko, a Ty wkurzyłaś się albo zniecierpliwiłaś jeszcze bardziej. Wynikła z tego jeszcze większa złość, tym razem obustronna. Jak sobie poradzić, gdy dziecko nie chce Ciebie słuchać, nie współpracuje, a Twoje prośby nie pomagają?


Jakiś czas temu przeczytałam książkę pt. Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. Do tej pory wyśmiewałam wszelkie tego typu poradniki, a jednak sięgnęłam po niego z ciekawości, bo jak każda mama, mam czasem chwile, gdy opadają ręce. Niczym pokorne cielę kontemplowałam mądrości w nim zawarte. I nastąpiło olśnienie już po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Zdałam sobie sprawę, że popełniam błąd w komunikacji z innymi ludźmi, w tym ze swoim dzieckiem. Zrozumiałam, dlaczego tak często czuję się bezradna. Nie miałam pomysłu na to, jak powinnam reagować, gdy moje prośby nie przynoszą efektu. Krzyk i kary robią więcej złego niż dobrego. Nie dość, że pogłębiają problem, to jeszcze rodzą kolejne negatywne uczucia u obu stron. O swoim krzyczeniu na dziecko pisałam też tutaj - klik.

My, ludzie, mamy duże tendencje do zaprzeczania emocjom. Często nie akceptujemy własnych emocji, a co dopiero czyichś. Weźmy takie sobie zwyczajne zdanie, wypowiedziane ze złością, wypełnione frustracją, gdy szklanka z herbatą rozbije się o podłogę, malując na świeżo umytej powierzchni herbaciane kleksy - o kura na rosół, ja pierdaczę. Zdarza Ci się? Mi tak, szczególnie wtedy, gdy moja złość ma drugie dno i ta rozbita szklanka to taka wisienka na torcie w jakiś szczególnie podły dzień. Jesteś wkurzona, chce Ci się płakać i jeszcze ta brudna podłoga, miliony szkiełek i kapeć przyklejony do podłogi.
Osoba obok najczęściej intuicyjnie zaprzeczy Twoim emocjom: Nie denerwuj się, to niepotrzebne, uspokój się, weź się nie przejmuj. Może też sypnąć złotą radą - weź ścierkę, zmiotkę i zgarnij to w jedną kupkę. Weź, masz. Może również Cię umoralnić - jak możesz tak przeklinać? Ewentualnie zaprzeczy Twoim emocjom - przecież to tylko szklanka. Przesadzasz. Nerwowa jesteś. - oceni Twoją osobę.
Tak właśnie wygląda brak akceptacji czyichś emocji. Czy to pomaga? Nie czujesz się jeszcze gorzej? Nie masz ochoty powiedzieć - daj mi spokój, i dobrze, jak mam się nie denerwować?
Efekt tego taki, że nadal jesteś wkurzona, być może jeszcze bardziej zirytowana, a w dodatku wyszłaś na wariata. Świetnie.

Bardzo podobnie postępujemy wobec dzieci.

Przestań już płakać. Uspokój się, tata wróci - mówię, gdy za nim płacze. - Ale ja chcę, by tata był! Nigdzie nie idę, nie idę spać - tupie nogą.
- No chodź, już późno, trzeba się umyć.
- Nie, nie, nie! - krzyczy. - Łeeeeeeeeeeeee!
Krew, pot i łzy.

Przestań skakać, nie zdejmuj z półek tych rzeczy, nie kupujemy ich - mówię, gdy zachowuje się, jakby pierwszy raz weszła do marketu. A ona ucieka mi i robi to samo.
- Przestań. - zaraz coś mnie strzeli. - Bo będzie kara, jeśli się nie uspokoisz.
Krew, pot i łzy.

No myj już te zęby - mówię ze złością, gdy wyłączyłam dobranockę, a ona marudzi, bo chciałaby jeszcze pooglądać bajkę.
- Nie! Nie! Chcę bajkę. Nie chcę się myć!
- Ale teraz jest pora mycia.
- Nie! Chcę bajkę, będę płakała za bajeczką. Nie chcę spać.
Krew, pot i łzy.

Idziemy do domu - mówię. Nie chcę! Chcę się jeszcze bawić. - krzyczy i płacze. - Uspokój się, bo więcej tu nie przyjdziemy. - wybucham. - Nie! - krzyczy i ucieka do piaskownicy. Chcę ją podnieść, złapać za rękę. Płacze i ucieka.
Krew, pot i łzy.

- Chcę czekoladkę.
- Nie ma mowy, nie zjadłaś obiadu. Jak zjesz obiad, będziesz mogła zjeść czekoladkę.
- Ale ja chcę!
- Nie. Dostaniesz ją pod warunkiem, że zjesz obiad. Tu masz surówkę.
- Ale ja chcę czekoladkę, daj mi czekoladkę, mamo. Łeeeeeeeeeeee...
Krew, pot i łzy.

Mogłabym mnożyć takie przykłady codziennych sytuacji, które kończyły się tak samo - łzami i złością.

Po przeczytaniu książki obrałam całkiem inną taktykę. Nie oszukujmy się - tego wcześniej nie mogłam nazwać taktyką. Po prostu oczekiwałam, że dziecko będzie mnie słuchało niezależnie od tego, co i w jaki sposób powiem. Ale tak nie jest, a ja się wcale nie dziwię, bo przecież z dorosłymi prowadzimy czasem podobne dialogi, tylko bardziej dorosłe, ubrane w bardziej wyważone słowa, nie tupiemy nogą, denerwujemy się bardziej po dorosłemu. W końcu nie wypada zaciskać pięści i płakać.

- Ale ja chcę, by tata był! - płacze.
- Na pewno mocno za nim tęsknisz (akceptuję emocje)
- tak, bardzo tęsknię.
- to jak wróci, powiemy mu o tym, dobra?
- dobra!
- Chcesz kąpiel z dużą pianką czy z małą?
- Dużą! O jutro powiemy tacie, jak mocno za nim płakałam.
Tadam!

- Nie chcę! Chcę się jeszcze bawić na placu zabaw - mówi.
- Widzę, że dobrze się tu bawiłaś.
- Tak i chcę się jeszcze bawić, nie chcę iść do domu.
- Tak bardzo Ci się podobało?
- Tak!
- To zjedź jeszcze trzy razy ze zjeżdżalni i dopiero wtedy pójdziemy. Będę głośno liczyć.
- Trzy to tyle? (pokazuje na placach)
Tadam!

- Widzę, że podobają Ci się rzeczy na półkach, ale nie zdejmuj tych, weź te, które mam na liście. Zrobimy z nich pyszną kolację i ucztę.
- A to, mamo? Możemy to i to?
- Hmmm... widzę, że masz na to ochotę, ale dziś kupujemy coś innego. Może następnym razem? Chodźmy to odnaleźć!
- I zrobimy razem pyszne jedzonko w domu, mamusiu.
Tadam!

- Nie, nie. Chcę bajkę! Nie chcę się myć!
- Oj, musi Ci być smutno, że się skończyła.
- Tak, chcę oglądać jeszcze, buuuu
- Wcale Ci się nie dziwię, ale o tej godzinie czas myć zęby. Zaśpiewamy piosenkę o myciu zębów?
- A nalejesz mi dużo wody?
Tadam!

- Chcę czekoladkę. Nie chcę obiadu, chcę czekoladkę.
- Wygląda przepysznie, aż ślinka cieknie.
- Tak, chcę ją zjeść, mamo, a nie obiad.
- Widzę, że masz na nią wielką ochotę.
- Ogromną!
- To połóż ją na honorowym miejscu, po obiedzie ją zjesz.
- No dobrze. To zjem pół kotlecika, ziemniaczka i trzy kawałki pomidorka tylko. Dobrze, mamo?
Tadam!

Nie twierdzę, że jest to rozwiązanie idealne. To wszystko, o czym przeczytałam w książce, wydawało mi się wręcz dziwaczne i takie... jakby to ująć... głupie. A jednak okazało się, że te małe rzeczy potrafią zdziałać cuda w przypadku, gdy następuje konflikt interesów. Przetestowałam to nie tylko na dziecku, ale też w relacjach z dorosłymi. Dużo łatwiej stać się dla kogoś wsparciem, jeśli zaakceptujemy jego emocje bez dawania rad, zaprzeczania czy ich umniejszania. Jeśli ktoś obok akceptuje nasze emocje i po stłuczeniu tej szklanki mówi - "o kurczę, miałaś dziś naprawdę fatalny dzień, widzę." - łatwiej jest otworzyć się, powiedzieć, co tak naprawdę się stało, a nawet znaleźć dobre rozwiązanie.

Wiesz, ta szklanka to i tak nic. Dziś spotkało mnie to i tamto. Od rana jestem podminowana. Najpierw uciekł mi autobus. Okazało się, ze zapomniałam portfela. Dowiedziałam się o czymś niemiłym. Miałam dużo pracy. Jestem zmęczona po prostu. I wkurzona. Ale dziś wieczorem wcześniej się położę, poczytam, do jutra mi przejdzie!

Wydawać by się mogło, że znak, iż akceptujemy czyjeś emocje to taki klucz do jego drzwi.




fot: Pixabay

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka