Zasadzone drzewka, krzaki, kwiatki. Wypielęgnowana zieleń. Starannie przystrzyżona trawa. Wielki zakaz deptania, zerwania listka. Wszędzie estetycznie ułożona kostka, chodniczki. Zakaz biegania, jeżdżenia na rowerze, zachowywania się niekulturalnie i po wiochmeńsku. Niemałe przestrzenie patio, na których trzeba siedzieć cicho, bo niesie się echo i przeszkadza, więc najczęściej i tak nie ma tam życia. Prowizoryczny plac zabaw z piaskownicą i bujanym kogucikiem. Niby wszystko jest, do tego ładne i estetyczne, takie do patrzenia, żeby cieszyło oko, a jednak brakuje jednej rzeczy - miejsca na zwyczajne dzieciństwo. Nowoczesne blokowiska XXI wieku. 

Czasem robi mi się smutno, bo pamiętam czasy, kiedy nikt nie robił pomnika z trawy i relikwii z kawałka asfaltu, na którym rysowaliśmy kamieniami, bo kto by miał kredę. Biegaliśmy po trawie, chowaliśmy się za drzewami, stawialiśmy domki z płacht na podwórku, o ile na sznurkach do prania nie schły gacie i spółka. Co prawda nie było to blokowisko, a kamienica wielorodzinna, jedna z kilku jej podobnych, stojących w rzędzie. Jednak wciąż budynek przeznaczony dla wielu rodzin. Podwórko sąsiedniej kamienicy nazywaliśmy "drugim podwórkiem". Tam, podobnie jak na naszym, bawiły się dzieci. Graliśmy w piłkę - kopaliśmy, a brama była bramką. Czasem rzucaliśmy piłką o ścianę kamienicy w wyznaczony punkt, który udawał kosz. Nikomu nie przeszkadzało, bo od tej strony i tak była jedynie klatka schodowa bez okien. I szara, surowa ściana, na której kiedyś rozstrzelano ludzi. W czasach, których nie znam, na szczęście. Jedynie z opowiadań starszych ludzi, po tym jak kopiąc w ziemi znalazłam guzik żołnierza. Trudno uwierzyć, że z naszego domu został tylko ułamek po bombardowaniu i tam, gdzie wisiało pranie, wcześniej mieszkali ludzie, którzy zasnęli na zawsze pod gruzem po którymś z nalotów. Nie pamiętam, czy komukolwiek z nas, dzieci, zdarzyło się wybić szybę w oknie. Mimo wszystko nikt nam nie zabraniał gry w piłkę. Po prostu trzeba było uważać i każdy to wiedział.

I nie wiem, może teraz jest inna trawa, że niszczy się od stąpania, a może to trawa z mojego dzieciństwa była jakaś dziwna. Zdeterminowana, aby rosnąć, splatać w miękki dywan, któremu nasze stopy nie robiły różnicy. Dopiero, gdy u mieszkańców budynku pojawiły się pierwsze samochody, trawa zmarniała. My zrobiliśmy się już tacy duzi, za dorośli, za bardzo zajęci poważnymi sprawami, a ona z każdym rokiem nikła w oczach. Nikt już po niej nie biegał i zarówno ona, jak i gęsto rosnące w niej stokrotki stały się bladą pocztówką w mojej głowie, którą nie wiedzieć czemu, właśnie dziś ktoś do mnie przysłał. 

Letnimi wieczorami nasze mamy i babcie wychodziły na podwórko posiedzieć i porozmawiać, a my dzięki temu mogliśmy się dłużej bawić. Nikomu nie przeszkadzało, że ktoś robi grilla czy ognisko. Zrywaliśmy prosto z krzaczków porzeczki i agrest. Kolega wrzucił je do garnka, wlał wody i nad ogniem zrobiliśmy kompot, zagryzając czarnymi ziemniaczkami z ogniska.

Kiedyś przycięto krzaczory, więc gałęzi było sporo. Po naradzie dorosłych na środku podwórka wzniósł się dumnie wielki szałas z liściastych gałęzi, w którym bawiliśmy się bardzo długo. Pomieścił na spokojnie kilka osób. Nasza baza. I nawet nie trzeba było do domu biegać po picie, bo było w studni.

Biegaliśmy, hałasowaliśmy, schodami w górę i w dół, jeździliśmy rowerkami. Zerwane listki z drzew zmieniały się w banknoty do zabawy w sklep. Ostatnio w necie ktoś wrzucił zdjęcie gałganu - prowizorycznego domku z zasłony czy koca na gałęzi, stoliczka, ławeczki - dzieci bawiły się gdzieś w krzakach za blokami. Dowiedziałam się, że to śmiecenie, brak kultury i jak można pozwolić dzieciom na robienie czegoś takiego. Byłam tylko obserwatorem wpisu, bo jakoś nie lubię udzielać się na takie tematy.

Nie lubię, bo pewnie dowiedziałabym się, że jestem z wiochy czy innego grajdoła, przyjechałam do wielkiego miasta i mam wyjąć słomę z butów, bo to nie moje podwórko z krowimi plackami. Dowiedziałabym się tego od ludzi, którzy już zapomnieli, jak to jest być dzieckiem.

Sęk w tym, że jestem z Warszawy i moje dzieciństwo, które tu opisałam,  wydarzyło się w stolicy właśnie.

Jest pochmurny dzień. Przemierzamy nowe osiedle, może tutaj osiądziemy, ale ja chcę uciekać. Równe chodniczki, estetyczne trawniczki, przycięte krzewy. Jakoś mi tu źle. Czytam te zakazy i nakazy. Zakaz jeżdżenia na rowerku i rolkach wokół bloku. Wszystko wygląda jak mini miasteczko z uliczkami. Pytam jeszcze, czy jest zakaz wieszania prania na balkonie, bo wiem, że się zdarza.
- Wie pani, to już nie jest nigdzie ujęte, wynika to z kultury.
Czuję się jak moje buty ze słomą odmawiają posłuszeństwa. Idziemy, ale ze mnie wiochmen. Czy ja się kiedyś zmienię?

Piękna wizualizacja. Tu będzie to, tu będzie tamto. Oglądamy domki szeregowe. To coś jak mieszkanie w bloku, ale po prostu dwupoziomowe i jest malutki ogródek wielkości balkonu. Takich domków w rzędzie jest kilka, podobnie jak samych rzędów.
- Mi się podoba ten z drzewem. Wspaniale byłoby mieć blisko takie drzewo. - wskazuję na wizualizację.
- Chyba pani żartuje! To tylko wizualizacja. Tu nie ma i nie będzie żadnego drzewa. Co pani? Po co pani drzewo? Ludzie nie chcą drzew, bo trzeba grabić! Haha!
Nie wiem, co powiedzieć. Całe życie z choinki urwana, z księżyca spadziona (Upadła? Spadnięta? Ten polski to czasem skomplikowany język, zwłaszcza jak się pisze nocami).

Wyprawkę przedszkolaka zazwyczaj kompletuje się na początku roku szkolnego. Może wyglądać różnie w zależności od przedszkola. W większości jest to po prostu składka na materiały plastyczne, a rodzice przynoszą jedynie rzeczy osobiste i higieniczne. W naszym przedszkolu jest inaczej. Otrzymujemy listę z przedmiotami, które kupujemy we własnym zakresie. W zeszłym roku była ona bardzo długa. Za same materiały plastyczne zostawiłam w papierniczym ok. 300 zł. Szok i niedowierzanie.

wycieczka rowerowa po Warszawie

Wychowałam się w Warszawie, ale nie w jej centrum, a na obrzeżach. Stolica kojarzy mi się z korkami, tłokiem, hałasem i pośpiechem. Miasto cały czas ewoluuje. Od czasu, kiedy jeszcze swobodnie po nim jeździłam, autobusy zmieniły trasy i numery, wszystko jest inne. Dziś muszę tak planować każdą podróż, aby nie mieć niespodzianki, gdy autobus zawiezie mnie gdzieś indziej niż miałam w zamiarze. Chyba że... jadę rowerem. Wtedy jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeszcze nigdy Warszawa nie była tak przyjazna rowerzystom jak teraz, o czym miałam okazję się przekonać.

Depresja poporodowa - baby blues - objawy depresji poporodowej - kiedy mija baby blues

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała przygnębienie. Jej nowo narodzona córeczka chciała jeść, otwierała buzię i szukała piersi, a ona nie umiała jej przystawić. Alutka była głodna i strasznie płakała. Z pomocą przyszła położna, wiele prób zakończonych niepowodzeniem. Jakby było coś więcej, jakaś niechęć i blokada, że nie uda się i koniec. Agnieszka w szpitalu była przez większość czasu sama - wiadomo, godziny odwiedzin są ograniczone, a rodzina najwidoczniej miała inne plany. Od dłuższego czasu układało się między nimi niespecjalnie. Agnieszka nie jadła, choć była wyczerpana ogromnym wysiłkiem, jakim jest poród. Dosłownie nic nie przechodziło jej przez gardło. I to przygnębienie, które nie mijało. Inne mamy tak spontanicznie uśmiechały się do swoich dzieci, tuliły je, kołysały. Tylko nie ona. Nie mogła. To pewnie Baby Blues. W końcu tyle się o tym mówi, pisze, czyta. Huśtawka emocjonalna, która minie, i tyle. Tak myślała. 

Ciastolina, masa solna, kreatywne zabawy z dzieckiem.

Zabawa masą plastyczną rozwija wyobraźnię i ćwiczy zdolności manualne. Jej największą zaletą jest duże pole do popisu - można bawić się w naleśnikarnię, piec ciastolinowe babeczki, robić pizzę, figurki, wycinać kształty, wałkować, ugniatać. Na pewno prędko się nie znudzi. Moja córka lubi zabawę ciastoliną. Jednak zdarza się, że dziecko nie domknie pudełeczka, a kulka ciastolinowa stwardnieje. W tym przypadku przydaje się umiejętność improwizacji. :-) Jeśli lubisz eksperymentować, ciastolina z domowych składników do zrobienia jest banalnie prosta. Miłej zabawy! 

Kilka słów o dziecku w górach. W tym roku latem wyjątkowo nie wyjeżdżamy na urlop. Nie powiem, że nie jest nam smutno z tego powodu, ale czasem tak bywa. Nadrobimy później. Do tej pory zazwyczaj jeździliśmy w Tatry. Mowa oczywiście o czasach sprzed dziecka. Wolny weekend? Tatry! Długi urlop? Tatry! Z grafiku wypadały 4 dni wolnego? Tatry! Kilka razy do roku Tatry. Choć mieszkamy na Mazowszu, długa droga nie była nam straszna i za każdym razem czułam tę samą ekscytację w oczekiwaniu na znajomy widok. Zaraz będzie widać góry, jeszcze tylko chwila, hurra! Gdyby tak można było zacząć wszystko inaczej, mieszkałabym w Tatrach. To jest marzenie mojego życia. Choćby nawet w przyczepce. Taki mamy plan na życie, to po 60-tce, tylko czy sił starczy? Zazwyczaj wybieraliśmy to samo miejsce. Ten sam mały, drewniany domek. Za to my za każdym razem przyjeżdżaliśmy tam inni.

Polecany post

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do chol...