wtorek, 11 lipca 2017

Z dzieckiem? Najlepiej nad morze. Góry wybijcie sobie z głowy!

Kilka słów o dziecku w górach. W tym roku latem wyjątkowo nie wyjeżdżamy na urlop. Nie powiem, że nie jest nam smutno z tego powodu, ale czasem tak bywa. Nadrobimy później. Do tej pory zazwyczaj jeździliśmy w Tatry. Mowa oczywiście o czasach sprzed dziecka. Wolny weekend? Tatry! Długi urlop? Tatry! Z grafiku wypadały 4 dni wolnego? Tatry! Kilka razy do roku Tatry. Choć mieszkamy na Mazowszu, długa droga nie była nam straszna i za każdym razem czułam tę samą ekscytację w oczekiwaniu na znajomy widok. Zaraz będzie widać góry, jeszcze tylko chwila, hurra! Gdyby tak można było zacząć wszystko inaczej, mieszkałabym w Tatrach. To jest marzenie mojego życia. Choćby nawet w przyczepce. Taki mamy plan na życie, to po 60-tce, tylko czy sił starczy? Zazwyczaj wybieraliśmy to samo miejsce. Ten sam mały, drewniany domek. Za to my za każdym razem przyjeżdżaliśmy tam inni.


Odważniejsi, silniejsi, coraz bardziej nakręceni, powolutku przesuwaliśmy własne granice. W końcu gdzie, jak nie w górach, pokonać swój lęk przestrzeni. Gdzie, jak nie w górach, można uwierzyć w siebie, bo pojęcie "nie dam rady" nie ma tam racji bytu. Jak jesteś w połowie, to musisz dać radę. Nikt nie zabierze Cię przy pomocy czarodziejskiej różdżki z powrotem do bazy. Wrócić czy iść dalej - zawsze musisz dać radę. Nie usiądziesz na kamyku, nie powiesz - dalej nigdzie nie idę. Zawrócić to nie wstyd, ale tak czy siak, drogę musisz pokonać, niezależnie od kierunku.

Tak było do czasu dwóch kreseczek. Słyszeliśmy, że teraz to skończą się wyjazdy, bo będzie dziecko. Gdy Kaja była jeszcze malutka, nasłuchaliśmy się od różnych osób, że po górach na pewno chodzić już nie będziemy, że z dzieckiem jeździ się nad morze, a nie w góry. 

Na wszystkie możliwe sposoby próbowałam jakoś to sobie przetłumaczyć - może chodzi o to, że z dzieckiem to najlepiej się leży na kocyku? Albo że za dużo rzeczy do dźwigania? A może przez zmienną, górską pogodę? W ogóle mi się to nie klarowało - dlaczego niby z dzieckiem lepiej spędzić urlop nad morzem. 

Dałam się namówić na morze, gdy Kaja była jeszcze niemowlakiem. Maj. Niby słońce, a straszny wiatr, mało głowy nie urwało. Kaja raczkowała sobie po żółtym piasku, a my za nią. Plaża prawie pusta, namiot był, a nawet ten paskudny parawan, będący zapewne oznaką naszego cebulactwa. Morze zawsze robi ogromne wrażenie. Przez pierwsze 15 minut, a później zaczynam się nudzić i odliczam czas do wyjścia z plaży. Chyba że mówimy o morzu jesienią albo zimą. Takie morze w moim odczuciu ma więcej plusów. Nie czuję się wtedy niczym mucha zamknięta w słoiku na balkonie w samo południe. 

Pierwszy wyjazd w góry z dzieckiem


Wczesną jesienią, gdy Kaja miała 2,5 roku, wybraliśmy się w Tatry. Na przekór wszystkiemu. Obaliliśmy mit, że góry dla małego dziecka się nie nadają. Przy dobrym przygotowaniu można pojechać wszędzie. Absolutnie nie dostrzegam żadnej wyższości morza nad górami, patrząc przez pryzmat opieki nad dzieckiem, bo reszta to rzecz gustu. Nad morzem wieje, że mało głowy nie urwie i mnie osobiście to strasznie wkurza. Wolę wiatr górski. Przez pół dnia z maluszkiem na plażę nie wyjdziesz, bo upał, udar, oparzenia, a jak już tam dotrzesz, to pozostaje Ci patrzeć w jeden, morski punkt i leżeć bezwładnie lub chodzić w kółko za maluchem, szukającym atrakcji, co ma swoje plusy, bo raz zerkniesz na morze, a raz na wydmy. Siedzisz tam jak ta skwarka na patelni i się nudzisz. Książki nie poczytasz, bo przeszkadza Ci słońce. Poza tym musiałabyś puścić dziecko w samopas, tylko nie zdziw się, jak narobisz w gacie, bo nagle między trzecim a czwartym rozdziałem okaże się, że nigdzie go nie ma. To nie dla mnie. Za to w górach jest wędrówka, jest impreza. Nie ma mozolnego odliczania czasu, jest cel. Oczywiście wędrówki muszą być dostosowane do dziecka, my wybraliśmy w miarę proste trasy, które dobrze znaliśmy. Było to dla nas ważne, bo w końcu to pierwsze spotkanie dziecka z górami. Nie chciałam, aby ta znajomość zaczęła się od nienawiści, a zrazić się łatwo, zwłaszcza gdy dziecko zostanie zmuszone do wysiłku ponad swoje malutkie siły. Wszystko trzeba dozować.

Nasz wyjazd trwał raptem kilka dni, więc odwiedziliśmy Dolinę Kościeliską, Morskie Oko, Kasprowy Wierch i spacer Drogą pod Reglami plus jaskinia. 
Dzień Doliny Kościeliskiej okazał się deszczowy. Leciutko mżyło i kilka razy lunęło. Jednak byliśmy na taką ewentualność świetnie przygotowani. Mieliśmy ubrania przeciwdeszczowe i nosidło, które wypożyczyliśmy już w górach. Za nosidłem musieliśmy wykonać całe mnóstwo telefonów. Większość wypożyczalni oferuje wypasione górskie nosidła. Sęk w tym, że są one wypożyczane bez pokrowca na deszcz i nie chodzi o ten mały daszek rozwijany nad główką dziecka, tylko o prawdziwy pokrowiec, taki jak w wózku. Bez niego w górach ani rusz. Zabranie w góry nosidła bez pokrowca jest dla mnie ryzykowne - w końcu w Tatrach pogoda bywa kapryśna. Kiedyś w jeden sierpniowy dzień przeżyliśmy skwar tropików, burzę z ulewą, grad i zamieć śnieżną. Wszystko w przeciągu sześciu godzin wędrówki. Bazując na swoich wspomnieniach wiedzieliśmy, że pokrowiec do nosidła musi być. Jeśli ktoś chce wypożyczyć Ci w góry nosidło bez pokrowca to znaczy, że wpuszcza Cię w maliny. 
Kaja większą część trasy przeszła sama. Robiliśmy przerwy, popijając ciepłą herbatkę z termosu. W schronisku zjedliśmy szarlotkę na ciepło. Drogę powrotną spędziła w nosidle, bo akurat wypadała godzina jej drzemki. 
Morskie Oko z dzieckiem to prawdziwe wyzwanie, bo nie oszukujmy się, szlak jest dość monotonny - poszliśmy piechotą, część trasy spędziła w nosidle, a część na nóżkach. Naprawdę byłam z niej dumna.
Kasprowy Wierch - wjechaliśmy na górę kolejką linową - zeszliśmy piechotą - tutaj praktycznie zeszła na swoich nóżkach z wykluczeniem półgodzinnej drzemki w nosidle górskim. Jak się okazało, moje dziecko woli bardziej urozmaicony teren, gdzie każdy krok bywa wyzwaniem niż żmudną wędrówkę asfaltem. Ten szlak zaciekawił ją najbardziej, co przełożyło się na skrócenie odpoczynku w nosidle. 

Po co tak męczyć dziecko?


W trakcie naszych wędrówek spotykaliśmy się z różnymi reakcjami. W Dolinie Kościeliskiej mijający nas turyści w rozmokłych trampkach, bez kurtek przeciwdeszczowych, nie omieszkali zaznaczyć, jak bardzo jesteśmy nieodpowiedzialni, bo nie dość, że dziecko w góry ciągniemy na taką wysokogórską trasę, to jeszcze w taką pogodę. Tymczasem byliśmy naprawdę dobrze przygotowani. W plecaku nie zabrakło gorącej herbaty, mieliśmy ciepłą odzież, chroniącą nas przed deszczem. Kaja miała buty górskie, wiązane nad kostkę, które nie mają prawa przemięknąć. Było nam sucho i ciepło, więc nie rozumiem, w czym problem. Ludzie, widząc dziecko, dostają czasem małpiego rozumu. Wydaje im się, że wiedzą lepiej, co dla niego najlepsze. Nie każdy jest nieodpowiedzialnym rodzicem. Bardziej nieodpowiedzialne jest dla mnie rozpłaszczenie się na ręczniku z sześciopakiem piwa i powiedzenie dziecku - idź pomoczyć nogi, mimo że na plaży wywieszona jest flaga informująca o zakazie kąpieli. O tym jednak mówi się niewiele. Jest to akceptowalne przez dużą liczbę osób, w odróżnieniu od rodziny z małym dzieckiem w górach, której obecność w tym miejscu wywołuje troskę, mimo że wszyscy jej członkowie są przygotowani do takiej trasy, jeśli chodzi o ekwipunek, znajomość szlaku i kondycję.

W drodze do Morskiego Oka usłyszeliśmy najwięcej złotych rad. Wycieczka upłynęła pół na pół - Kaja trochę szła, a trochę siedziała w nosidle, gdzie zasnęła. Zatroskani ludzie zwracali nam uwagę, że w nosidle ma krzywo nogę, że rączkę sobie podwinęła (bo jej tak wygodnie do jasnej ciasnej), że główkę oparła o plecy męża, jaka ona biedna, nie ma czapki, siedzi na plecaku i je surową parówkę! Tymczasem moje dziecko było naprawdę zadowolone. Wieczorem zapytała, czy jutro też pójdziemy w góry. To mi wystarczyło, aby ocenić ten dzień jako udany.

Po co zatem tak męczyć dziecko? Dlatego, że aktywność fizyczna to samo zdrowie. W dodatku to, co komuś wydaje się męką, dla innych może być świetna zabawą i niezapomnianą przygodą. 

Góry raz jeszcze


Rok później wybraliśmy się w góry kolejny raz. 

Tym razem zdecydowaliśmy się na rozdzielenie urlopu - tydzień w Górach Sowich i tydzień w Beskidzie Śląskim. To był taki głupi okres, gdy dziecko jest już za duże na nosidło, a więc nie można go awaryjnie użyć, a może być za małe na przejście całej trasy. Robiliśmy dużo przerw, choć mniej więcej po 3/4 drogi Kaja marudziła, bo była pora jej drzemki, a nosidła już nie było. Czy żałujemy? Nie! Co ciekawe, ona ciągle wspomina swój wyjazd w Góry Sowie i chce tam wrócić. 

Nad morzem byliśmy dwa razy, podobało się jej, owszem, ale nie zrobiło na niej takiego wrażenia jak góry, gdzie moim zdaniem, atrakcji jest dużo więcej. Odnoszę wrażenie, że mojemu dziecku podoba się każde miejsce, w którym jest z nami, ale gdy mówimy o wyjeździe, wspomina góry.

Dziś podchodzę z rezerwą do tego, co kto uważa za najlepsze dla dziecka. Każde dziecko jest inne. Moje lubi góry, choć w domu czasem marudzi w drodze do sklepu, oddalonego o te dwa kilometry. Jak widać, nie rzutuje to na górskie wędrówki. Jeśli zastanawiasz się, czy jechać z dzieckiem na wakacje w góry albo od jakiego wieku warto zabrać dziecko w góry, po prostu jedź teraz, nie czekaj. Wystarczy jedynie trasę dostosować do dziecka, uzbroić się w dobry ekwipunek, do plecaka włożyć kilka słodkich wspomagaczy, ciepłą herbatę z cytryną i w drogę. Buty, które kupisz dziecku na wyjazd, przydadzą się wam na sezon zimowy. Nie są to pieniądze wyrzucone w błoto. Kto wie, może dziecko zarazi się Twoją pasją? Nie oszukujmy się, wyjazd w góry z dzieckiem jest według mnie nieco bardziej wymagający niż wyjazd nad morze, ale nie jest to przeszkodą, jeśli wolisz spędzać czas w ten sposób. Dla mnie to ważne, aby dziecko poznawało Polskę. Zwracam też uwagę na dodatkowe atrakcje, np. fajny plac zabaw w pobliżu, inne możliwości spędzania czasu przy kiepskiej pogodzie lub w ramach odpoczynku między dniami łażenia po górach. Do tej pory wyjeżdżaliśmy z Kają nad morze, w góry i do Puszczy Białowieskiej. Każdy taki wyjazd, no prawie, bo nie wszystkie pamięta, wniósł coś do jej życia. Jeśli od zawsze byłaś/eś pasjonatem górskich wycieczek, naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyjeżdżać tam razem z dzieckiem. Nie słuchaj ludzi, którzy próbują narzucić Ci swoje zdanie odnośnie miejsc, do których najlepiej wyjechać na wakacje z maluchem. Każdy z nas jest inny i też w inny sposób wypoczywa. Jeśli ktoś preferuje wakacje na kocyku z szumem morza w tle, postuka się w głowę, gdy powiesz, że jedziecie całą rodzinką pochodzić po górach. Jeśli znów ktoś jest typem człowieka, dla którego najlepszym wypoczynkiem jest aktywność fizyczna, umęczy się strasznie, polegując na plaży. Jest jeszcze trzecia strona medalu - nad morzem też można zorganizować sobie czas w miarę aktywnie, ale wymaga to nieco więcej inwencji twórczej. Podobnie jak w górach od biedy można się i poopalać. Najważniejsze, aby wszyscy wrócili wypoczęci i szczęśliwi. Być może dziecko w pewien sposób ogranicza wybór - ale nie przesadzajmy. Owszem, czasem brakuje mi takich wypadów bardziej ekstremalnych, na które moja córka jest jeszcze za mała. Pocieszam się, że lepiej czuć niedosyt niż przesyt. Ale przecież nie będzie tak zawsze. Kiedyś urośnie i dorówna nam kroku.  







Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka