Dostałam ten przepis od swojej koleżanki Ani, gdy szukałam ratunku na wzmocnienie odporności mojego dziecka. Kaja często choruje i kilkanaście razy skończyło się to antybiotykiem. Najgorsze zarazy przynosi z przedszkola. W tym roku najtrudniejsze było dla nas zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w domu. Na przełomie maja i czerwca Kaja trafiła do szpitala, o czym pisałam tutaj (Mamo, która teraz czuwasz, przeczytaj). Od tego czasu zaliczyła jeszcze dwa razy katar w wakacje, a kilka dni temu zaczęła się infekcja, która wróżyła źle. 


Kaja pokazywała na szyję i klatkę piersiową mówiąc, że bardzo boli ją, gdy kaszle. Do tego oczywiście paskudny kaszel, gorączka i katar (o dziwo lekki). Zrezygnowana pojechałam do pediatry. Wiedziałam, że pewnie skończy się antybiotykiem. Teraz nie przepisze, ale za trzy dni wrócimy do gabinetu, jak zwykle, i dostaniemy. Dostaliśmy zalecenia takie jak zazwyczaj - inhalacje i jakiś łagodny syrop z naturalnych składników. 

Pomyślałam sobie, że nie mam nic do stracenia i odszukałam przepis na syrop z cebuli, który zeszłego roku podesłała mi Ania. Generalnie to nie jestem jakoś zakręcona na punkcie eko i natury. Do takich rzeczy podchodzę z dystansem - nie zaszkodzi, może trochę zadziała, ale w cuda nie wierzę.  Zrobienie syropu z cebuli zajęło mi może 5 minut. Daję go Kai trzy razy dziennie po łyżce i czuję się zaskoczona. To naprawdę działa. Na kontroli lekarz dorzucił nam jedynie syrop wykrztuśny. Poza tym Kaja nie gorączkuje i ogólnie czuje się znakomicie. Choroba prawie zniknęła w zastraszającym tempie. Pierwszy raz nie ciągnie się kilkanaście dni. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem. Może się przyda? Nam pomogło bardzo, choć na wstępie potraktowałam jego podawanie z przymrużeniem oka. Teraz wiem, że będę robić go regularnie, bo wierzę, że profilaktyczne picie tej mikstury poprawia odporność dziecka na te paskudne jesienno-zimowe infekcje. Może będzie mniej podatna na przeziębienie? Na wiosnę dam znać, czy w porównaniu do poprzednich lat, kiedy nie robiłam tego syropu, częstotliwość infekcji się zmieniła. A teraz łapcie recepturę:

Pięciominutowy syrop z cebuli, miodu i czosnku

syrop z cebuli na przeziębienie
Składniki: 1,5 cebuli, 2 ząbki czosnku, miód, cukier

Cebulę i czosnek kroimy w plasterki. Następnie układamy w słoiku warstwami: plaster cebuli, plaster czosnku, łyżeczka miodu. Robimy tak do wyczerpania naszych przygotowanych składników. Można dodatkowo posypać cebulę odrobiną cukru, aby puściła więcej soku. 
Słoik zostawiłam na noc na blacie kuchni. Rano był gotowy do schowania do lodówki. 
Taka porcja wystarczy dla jednej osoby na ok. 3 dni. Dłużej też nie ma sensu trzymać, nawet jak zostanie, bo może się już nie nadawać. Lepiej zrobić nowy, zwłaszcza że robi się go szybko.  

Mam też ochotę na sporządzenie trzyskładnikowego syropu z przepisu prababci Irenki, którym podzieliła się Mama Karolina - możecie znaleźć go na jej blogu pod tym linkiem. Wydaje się równie prosty do zrobienia. 





Kaja dorobiła się kilku całkiem fajnych gier planszowych. Część z nich dostała na dzień dziecka, pod choinkę i na urodziny, a niektóre wypatrzyłam gdzieś na promocji lub w secondhandzie (sklepy z używaną odzieżą bywają prawdziwą kopalnią gier planszowych). Jeśli nie masz pomysłu na prezent dla przedszkolaka, gra zawsze uratuje sytuację, pod warunkiem, że rodzice lubią tego typu aktywności (w pojedynkę grać się nie da...). Jeśli w domu dzieci jest więcej, to i więcej chętnych do zabawy, ale ja piszę bloga z perspektywy mamy jednego dziecka, więc u nas w domu Kaja bawi się sama lub z nami. Nie oszukujmy się, nie wszyscy rodzice bawią się z dziećmi. My też nie gramy codziennie, bo jak to w życiu bywa, różnie się układa. Jednak co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym siadamy przy stole i gramy we wszystkie nasze gry. Taki prezent zawsze będzie na czasie. Najwięcej radości ma z tego dziecko - nie będę udawać, że gry dla kilkulatka są w stanie wciągnąć dorosłych na tyle, że zapominają o bożym świecie. Planszówki dla kilkulatków nie mogą być skomplikowane, a co za tym idzie, czasem są przewidywalne, ale nie jest to regułą - dlatego my lubimy gry oparte częściowo na losowości - wtedy może stać się wszystko. Wspólne granie sprawia nam największą radość przez ten uśmiech na dziecięcej buzi. Poza tym, gdy akurat wykładamy na stół gry podobne do tych z mojego dzieciństwa, zalewają mnie wspomnienia dawnych emocji, które towarzyszyły planszowym rozgrywkom i... po prostu lubię to uczucie. Widzę w swoim dziecku te wszystkie intensywne radości z prześcignięcia pionka, radosne napięcie - czy teraz uda się wyrzucić liczbę oczek prosto do mety? A może ktoś wyprzedzi pionek, gdy będzie stać dwie kolejki? Krótkie rozczarowania, które po chwili zamieniają się w okrzyk wygranej. Czasem mały smuteczek z powodu przegranej, przechodzący szybką metamorfozę w gotowość do rewanżu i niecierpliwe oczekiwanie, bo przecież zaczynamy od nowa. Takie małe rzeczy, które można wyczytać z jej miny, sposobu siedzenia, ruchów. W dzieciach najfajniejsze jest to, że emocje wypływają czystym, niczym niezmąconym strumieniem. Dzieci nie robią dobrej miny do złej gry i na odwrót. Zachowują się dokładnie tak, jak się czują. Moja córka potwierdza tę regułę.

Mieliśmy okazję wypróbować najróżniejsze gry - nie tylko te z planszami, np. zręcznościowe. Najbardziej jednak odpowiadają nam gry oparte na zasadzie losowości, w których chodzi się pionkami. Nie jestem z tych, co ściemniają, aby dziecko zawsze wygrało. W grach losowych fajne jest to, że masz wpływ tylko na część rzeczy, a reszta zależy od szczęścia, liczby oczek na rzuconej kostce, od pola, na którym stanie pionek. Oznacza to, że każdy niezależnie od wieku i umiejętności może wygrać lub przegrać, dzięki czemu gra nie jest przewidywalna. W sumie trochę jak w życiu, nie? Zawsze wkurzało mnie powiedzenie, że każdy jest kowalem swojego losu albo jak sobie pościelisz - tak się wyśpisz. Można robić wszystko, aby było tak jak chcesz, a później los da Ci kopa w tyłek i wszystko, na co pracowałeś latami, pójdzie w łeb. Czasem jedna mała, nieprzewidywalna rzecz, zrządzenie losu może przewartościować całe Twoje życie, zmienić jego bieg, i trzeba zaczynać do nowa. Tak jest w życiu, i tak jest w grach planszowych. :-)

Kiedy kupić dziecku pierwszą grę planszową? 
Kaja ma gry mniej więcej od trzeciego roku życia, przeznaczone dla takich maluchów (m.in. "Nos w nos, mój pierwszy quiz). Jednak tak naprawdę dopiero teraz zainteresowała się graniem. Myślę, że 4-latkowi można spokojnie kupić grę, w której chodzi się pionkiem. Poradzi sobie z liczeniem pół i zasady będą dla niego zrozumiałe. U nas najlepiej sprawdzają się gry przygodowe, w których o zwycięstwie decyduje łut szczęścia, o czym wspomniałam wyżej.

Dlaczego warto grać z dzieckiem w planszówki? 

Bo... uczą kilku praktycznych rzeczy, m.in. przewidywania, gry zespołowej, współpracy, przegrywania, liczenia i oczywiście... rozwijają wyobraźnię, ćwiczą pamięć i kształtują logiczne myślenie. Oprócz tego dają jeszcze kilka malutkich życiowych lekcji.
Po pierwsze - czasem się przegrywa, nie zawsze jest się najlepszym.
Do drugie - trzecie miejsce nie oznacza, że się przegrało. Po prostu nie zawsze jest się w czołówce i trzeba to zaakceptować. Co nie znaczy, aby nie pracować nad ulepszeniem pewnych kwestii.
Po trzecie - wcześniej czy później pojawi się okazja do rewanżu.
Po czwarte - trzeba się trzymać zasad i nie oszukiwać, bo chodzenie na łatwiznę na dłuższą metę wcale nie popłaca.
Po piąte - nie na wszystko mamy wpływ. Czasem tracimy coś albo dostajemy z przyczyn losowych. 
Po szóste - nawet ten malutki, niepozorny kroczek może zdecydować o efekcie końcowym.

A to lista najpopularniejszych gier dla kilkulatków, którą dla Was sporządziłam - po kliknięciu w nawę gry, zostaniecie przeniesieni na stronę sklepu HulaHop.pl, gdzie jest opis i cena. Może komuś pomoże takie zestawienie. Gier jest sporo, a ja podlinkowałam te, które najbardziej mi się spodobały.

Gry dla dwulatka:


Gry dla trzylatka:

1. Kultowe grzybobranie w nowej odsłonie :-) Kiedyś to miałam! 
2. Kot w worku - bardzo fajna, tylko trzeba pilnować elementów, których jest sporo.
4. Solidny chińczyk z drewna - ile ludzie, tyle sposobów na rozwiązanie sytuacji, w której po rzucie kostką okazuje się, że musicie z kimś dzielić jedno pole. Co robicie? My zbijamy pionka, ale wiem, że niektórzy omijają, a znów inni dzielą pole. :-) 


Gry dla dzieci od 4-5 roku życia:




Zapraszam Was do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat gier, w które graliście z dziećmi. Jak jest Wasz hit i kit? W najbliższej przyszłości planujemy kupić "W lesie, w sadzie" (ostatnia gra na ostatnim zdjęciu). Znacie?

- Ale masz super pracę! Masz wolne weekendy i Święta, a to najważniejsze. - Słyszałam, gdy mówiłam, że pracuję od poniedziałku do piątku przez 8 godzin. Praca idealna, większość osób o tym marzy. Może i mi będzie lepiej? 

- Przyzwyczaisz się, przestawisz się na normalny tryb życia, organizm będzie normalnie funkcjonować bez zarwanych nocek. Popołudnia będą nasze. - mówił tata w pigułce, gdy w pierwszych tygodniach późnym popołudniem przysypiałam na kanapie, bo nie mogłam dotrwać do wieczora.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w rok, później w drugi, a ja wciąż wykonywałam plan minimum.
- Czego Ty chcesz od życia? Przecież masz świetną pracę. Zrobisz swoje, wracasz do domu i masz wolne.
- Tak, to są plusy. Przyzwyczaję się. - Powtarzałam niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie.
Próbowałam się przestawić, naprawdę próbowałam. Dałam sobie dwuletnią szansę. Co może być lepszego dla mamy, jak nie praca na rano z wolnym weekendem?

Po czym codziennie rano nie mogłam zwlec się z łóżka. Drzemka ustawiona co 10 minut dzwoniła przez 40 minut, bo albo usnęłam wieczorem z Kają, a i tak się nie wyspałam, albo siedziałam do 2 w nocy, aby wyrwać trochę czasu tylko dla siebie i te 4 godziny snu za wiele nie dawały. Prawda była taka, że ile bym nie spała, to i tak pospałabym jeszcze. Może to przesilenie? Może minie? W sierpniu nastąpiło apogeum. Najwidoczniej jakiś spadek formy, sama nie wiem. Przestałam robić to, co lubię. Zrezygnowałam z biegania, szydełkowania. Maszyna do szycia obrosła w kurz, bo i tak nie miałam czasu, aby nauczyć się szyć. Nawet książki nie chciało mi się czytać, bo oczy odmawiały współpracy i jedyne, co czułam, to pazury Morfeusza, które chciały wciągnąć mnie do swojej krainy. Mimo początkowych protestów, poddawałam się, bo w końcu jutro do pracy. Pojutrze i popojutrze, i jeszcze następnego dnia. Tak od poniedziałku do piątku. Było mi ciągle zimno i włosy zaczęły wypadać całymi garściami. Było mi smutno. Czułam się jak zastygła w bezruchu baletnica z obiema nóżkami wrośniętymi w scenę pozytywki. Nie było niczego, co nakręciłoby mnie od nowa. Nawet to pisanie jakieś takie na siłę.

Jednak nie to było najgorsze w ósemkowym systemie pracy. Zebranie w przedszkolu? Przedstawienie w przedszkolu? Wizyta u lekarza? Załatwienie sprawy w urzędzie? Urlop wypoczynkowy i dwa dni opieki, które mi przysługują, topniały w zastraszającym tempie. Tym sposobem, zamiast wykorzystywać urlop zgodnie z przeznaczeniem czyli na jakiś krótki wyjazd w ciągu roku, wybierałam go na załatwienie spraw. W mojej pracy nigdy nie mam gwarancji, że będę mogła wyjść wcześniej, jeśli tego potrzebuję, a przenigdy nie chciałabym dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko występuje w przedszkolu, a na widowni nikogo z nas nie ma. Takie przedstawienia odbywają się kilka razy do roku i dla Kai jest to wielkie wydarzenie. Pozostawał więc urlop.

W te "najważniejsze" wolne weekendy, w które i tak zazwyczaj pada, trzeba było... odgruzować mieszkanie. U mnie sprzątanie na zasadzie "codziennie po trochu" nie działało, bo gdy odwaliłam to swoje "trochę", na drugi dzień wszystko wracało do zwyczajnego stanu rzeczy. Czyli bajzlu. Robota na marne. Krok do przodu i od razu krok do tyłu. A ja, jak już sprzątam, to nie lubię rozgrzebać i zostawić. Wolę raz, a porządnie. Poza tym w tygodniu preferuję przeznaczenie czasu na coś innego, bo coś trzeba wybrać. Nie da się zrobić wszystkiego. Może to kwestia złej organizacji, nie neguję, może po prostu nie umiem się ogarnąć w takim systemie pracy. Odkąd pamiętam, pracowałam w zmianach i dwa lata pracy ósemkach niestety nie nauczyły mnie efektywnego zarządzania czasem.

Średnio od południa w niedzielę (jak ja nie znoszę niedzieli) myślałam tylko o tym, że od jutra przez cały tydzień będę chodzić do pracy. Kolejne dni były podobne. Nie mogłam wyłączyć pracy w głowie.
Automatycznie wszystko, co miałam zaplanowane przesuwałam na piątek, bo "jutro do pracy". Gdy ktoś chciał się ze mną spotkać, pisałam -"nie mogę, jutro do pracy". Czas po moim powrocie do domu do wieczora błyskawicznie się kurczył i miałam wrażenie, że dopiero przyszłam, a już trzeba szykować Kaję do snu.
Wolne Święta były fajne, ale w sumie i tak nigdzie na nie nie wyjeżdżam. Spędzamy je w domu.

Miałam wrażenie, że cała moja energia życiowa pozostaje w pracy, a więc coraz mniej chętnie do niej chodziłam, a przecież lubię swoją pracę. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się wypalenie zawodowe - dość wcześnie, bo przecież jestem dopiero koło 30 - tki.

W końcu nadarzyła się okazja, aby przenieść się w tzw. zmiany. Natychmiast z niej skorzystałam. Pojawiam się w pracy średnio 14 razy w miesiącu na 12 godzin. W tym kilka razy na dzień i kilka razy na noc. Zarówno dzień, jak i noc, może wypaść w weekend albo w Święto.  Pracowałam w ten sposób przed ciążą, po której wydawało mi się, że ze względu na dziecko lepiej pracować ósemkowo. Mogę śmiało powiedzieć, że system zmianowy bardziej mi odpowiada. Dzięki niemu nie muszę brać urlopu na te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej. Mam szansę odebrać Kaję z przedszkola. Wcześniej też miałam, ale... ona i tak pojawiała się tam jako jedno z pierwszych dzieci, więc aby nie wychodziła jako jedno z ostatnich, pomagała nam babcia, która odbierała ją o 15.00. Ja odebrałabym ją o wiele później, bo dojazd z pracy do przedszkola trochę zajmuje. Pracę w zmianach zaczęłam od dnia w sobotę i nocy w niedzielę. Dzięki temu przykładowo w tym tygodniu, z wyjątkiem środy, mogę codziennie iść po nią do przedszkola i potem możemy coś wspólnie zaplanować. Wszystko zdążę zrobić rano. Bez presji czasu. Nie musimy angażować nikogo do pomocy tak często, jak do tej pory. Będziemy bardziej niezależni.

Teraz, wchodząc do domu, mogę zamknąć w głowie rozdział praca, a gdy się tam pojawiam, jestem wypoczęta i mam dobry humor.
Czy żal mi całkowicie wolnych Świąt? Sama nie wiem. Coś straciłam, ale też coś zyskałam. Święta to tylko kilka dni w roku i przecież nie będę pracować codziennie we wszystkie świąteczne dni. Rok jest długi, a reszta dni jest równie ważna, nie tylko te świąteczne. 

Czy odczuwam nieprzespane noce? Pewnie, każdy odczuwa, ale z drugiej strony lubię siedzieć do późna. Zawsze lubiłam pracę w nocy. Mniej więcej do 4 rano czuję się dobrze. Później trochę gorzej, ale do końca zmiany zostają raptem 4 godziny. Gdy wszyscy zaczynają swój normalny dzień, mój też się zaczyna, tylko nieco inaczej.






Polecany post

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do chol...