Zmianowa praca dla mamy... nowa organizacja życia

- Ale masz super pracę! Masz wolne weekendy i Święta, a to najważniejsze. - Słyszałam, gdy mówiłam, że pracuję od poniedziałku do piątku przez 8 godzin. Praca idealna, większość osób o tym marzy. Może i mi będzie lepiej? 

- Przyzwyczaisz się, przestawisz się na normalny tryb życia, organizm będzie normalnie funkcjonować bez zarwanych nocek. Popołudnia będą nasze. - mówił tata w pigułce, gdy w pierwszych tygodniach późnym popołudniem przysypiałam na kanapie, bo nie mogłam dotrwać do wieczora.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w rok, później w drugi, a ja wciąż wykonywałam plan minimum.
- Czego Ty chcesz od życia? Przecież masz świetną pracę. Zrobisz swoje, wracasz do domu i masz wolne.
- Tak, to są plusy. Przyzwyczaję się. - Powtarzałam niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie.
Próbowałam się przestawić, naprawdę próbowałam. Dałam sobie dwuletnią szansę. Co może być lepszego dla mamy, jak nie praca na rano z wolnym weekendem?

Po czym codziennie rano nie mogłam zwlec się z łóżka. Drzemka ustawiona co 10 minut dzwoniła przez 40 minut, bo albo usnęłam wieczorem z Kają, a i tak się nie wyspałam, albo siedziałam do 2 w nocy, aby wyrwać trochę czasu tylko dla siebie i te 4 godziny snu za wiele nie dawały. Prawda była taka, że ile bym nie spała, to i tak pospałabym jeszcze. Może to przesilenie? Może minie? W sierpniu nastąpiło apogeum. Najwidoczniej jakiś spadek formy, sama nie wiem. Przestałam robić to, co lubię. Zrezygnowałam z biegania, szydełkowania. Maszyna do szycia obrosła w kurz, bo i tak nie miałam czasu, aby nauczyć się szyć. Nawet książki nie chciało mi się czytać, bo oczy odmawiały współpracy i jedyne, co czułam, to pazury Morfeusza, które chciały wciągnąć mnie do swojej krainy. Mimo początkowych protestów, poddawałam się, bo w końcu jutro do pracy. Pojutrze i popojutrze, i jeszcze następnego dnia. Tak od poniedziałku do piątku. Było mi ciągle zimno i włosy zaczęły wypadać całymi garściami. Było mi smutno. Czułam się jak zastygła w bezruchu baletnica z obiema nóżkami wrośniętymi w scenę pozytywki. Nie było niczego, co nakręciłoby mnie od nowa. Nawet to pisanie jakieś takie na siłę.

Jednak nie to było najgorsze w ósemkowym systemie pracy. Zebranie w przedszkolu? Przedstawienie w przedszkolu? Wizyta u lekarza? Załatwienie sprawy w urzędzie? Urlop wypoczynkowy i dwa dni opieki, które mi przysługują, topniały w zastraszającym tempie. Tym sposobem, zamiast wykorzystywać urlop zgodnie z przeznaczeniem czyli na jakiś krótki wyjazd w ciągu roku, wybierałam go na załatwienie spraw. W mojej pracy nigdy nie mam gwarancji, że będę mogła wyjść wcześniej, jeśli tego potrzebuję, a przenigdy nie chciałabym dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko występuje w przedszkolu, a na widowni nikogo z nas nie ma. Takie przedstawienia odbywają się kilka razy do roku i dla Kai jest to wielkie wydarzenie. Pozostawał więc urlop.

W te "najważniejsze" wolne weekendy, w które i tak zazwyczaj pada, trzeba było... odgruzować mieszkanie. U mnie sprzątanie na zasadzie "codziennie po trochu" nie działało, bo gdy odwaliłam to swoje "trochę", na drugi dzień wszystko wracało do zwyczajnego stanu rzeczy. Czyli bajzlu. Robota na marne. Krok do przodu i od razu krok do tyłu. A ja, jak już sprzątam, to nie lubię rozgrzebać i zostawić. Wolę raz, a porządnie. Poza tym w tygodniu preferuję przeznaczenie czasu na coś innego, bo coś trzeba wybrać. Nie da się zrobić wszystkiego. Może to kwestia złej organizacji, nie neguję, może po prostu nie umiem się ogarnąć w takim systemie pracy. Odkąd pamiętam, pracowałam w zmianach i dwa lata pracy ósemkach niestety nie nauczyły mnie efektywnego zarządzania czasem.

Średnio od południa w niedzielę (jak ja nie znoszę niedzieli) myślałam tylko o tym, że od jutra przez cały tydzień będę chodzić do pracy. Kolejne dni były podobne. Nie mogłam wyłączyć pracy w głowie.
Automatycznie wszystko, co miałam zaplanowane przesuwałam na piątek, bo "jutro do pracy". Gdy ktoś chciał się ze mną spotkać, pisałam -"nie mogę, jutro do pracy". Czas po moim powrocie do domu do wieczora błyskawicznie się kurczył i miałam wrażenie, że dopiero przyszłam, a już trzeba szykować Kaję do snu.
Wolne Święta były fajne, ale w sumie i tak nigdzie na nie nie wyjeżdżam. Spędzamy je w domu.

Miałam wrażenie, że cała moja energia życiowa pozostaje w pracy, a więc coraz mniej chętnie do niej chodziłam, a przecież lubię swoją pracę. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się wypalenie zawodowe - dość wcześnie, bo przecież jestem dopiero koło 30 - tki.

W końcu nadarzyła się okazja, aby przenieść się w tzw. zmiany. Natychmiast z niej skorzystałam. Pojawiam się w pracy średnio 14 razy w miesiącu na 12 godzin. W tym kilka razy na dzień i kilka razy na noc. Zarówno dzień, jak i noc, może wypaść w weekend albo w Święto.  Pracowałam w ten sposób przed ciążą, po której wydawało mi się, że ze względu na dziecko lepiej pracować ósemkowo. Mogę śmiało powiedzieć, że system zmianowy bardziej mi odpowiada. Dzięki niemu nie muszę brać urlopu na te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej. Mam szansę odebrać Kaję z przedszkola. Wcześniej też miałam, ale... ona i tak pojawiała się tam jako jedno z pierwszych dzieci, więc aby nie wychodziła jako jedno z ostatnich, pomagała nam babcia, która odbierała ją o 15.00. Ja odebrałabym ją o wiele później, bo dojazd z pracy do przedszkola trochę zajmuje. Pracę w zmianach zaczęłam od dnia w sobotę i nocy w niedzielę. Dzięki temu przykładowo w tym tygodniu, z wyjątkiem środy, mogę codziennie iść po nią do przedszkola i potem możemy coś wspólnie zaplanować. Wszystko zdążę zrobić rano. Bez presji czasu. Nie musimy angażować nikogo do pomocy tak często, jak do tej pory. Będziemy bardziej niezależni.

Teraz, wchodząc do domu, mogę zamknąć w głowie rozdział praca, a gdy się tam pojawiam, jestem wypoczęta i mam dobry humor.
Czy żal mi całkowicie wolnych Świąt? Sama nie wiem. Coś straciłam, ale też coś zyskałam. Święta to tylko kilka dni w roku i przecież nie będę pracować codziennie we wszystkie świąteczne dni. Rok jest długi, a reszta dni jest równie ważna, nie tylko te świąteczne. 

Czy odczuwam nieprzespane noce? Pewnie, każdy odczuwa, ale z drugiej strony lubię siedzieć do późna. Zawsze lubiłam pracę w nocy. Mniej więcej do 4 rano czuję się dobrze. Później trochę gorzej, ale do końca zmiany zostają raptem 4 godziny. Gdy wszyscy zaczynają swój normalny dzień, mój też się zaczyna, tylko nieco inaczej.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Polecany post

Średnio 10 na 100 świeżo upieczonych matek ma z tym problem - więcej niż tylko baby blues. Dziecko, matka i depresja.

Depresja poporodowa to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. - Napisała Agnieszka. Przez pierwsze dni w szpitalu odczuwała pr...