Najlepszy na świecie sposób na dziecięcą histerię


To jest ten książkowy moment, który wywołuje dreszcz grozy. Kojarzony z bezstresowym wychowaniem, wymuszaniem i brakiem dyscypliny - wszyscy wokół czują się najmądrzejsi. Przytaczany w anegdotach, dyskusjach o wychowywaniu dzieci, na blogach i w prasie dla rodziców. Krótka chwila, kiedy sama już nie wiesz, czy jesteś tu, gdzie stoisz, a może dostałaś angaż w jakimś miksie Egzorcysty ze scenami batalistycznymi z produkcji, której tytułu nie pamiętasz (nie przejmuj się, ja też nie przepadam na filmami wojennymi). Może wymyśliłabyś coś mądrego, ale świeżo wyprasowane myśli pospadały z wieszaków i właśnie kotłują się w nieładzie. Choć na co dzień masz tam wszystko uporządkowane, w tym chaosie nie możesz niczego znaleźć. Powinnaś coś zrobić, w końcu jesteś matką. Zrobić szybko, więc te myśli takie nieociosane, prosto z kłębowiska materializują się w "cholera jasna, bo zaraz...", "mam dość tych wrzasków", "uspokój się wreszcie, bo", "jeszcze chwila, a...", "jak natychmiast nie przestaniesz to...". Znasz to? Pewnie wiele razy to słyszałaś i może powiedziałaś - ja też.


Histeria.

Zawsze się tego bałam, a szczególnie, że nie dam sobie rady z opanowaniem dziecięcej histerii, oceny mnie jako rodzica, destrukcyjnego działania na dziecko mojej reakcji. Nie wiem, czy kiedyś ludzie mieli takie dylematy. Ja byłam wychowywana tradycyjnie, pewnie jak większość z nas. Dziś jako dorosła osoba nie zgadzam się z tym i chcę inaczej. Wierzę, że to, jak reagujemy, ma wpływ na dorosłe życie dziecka. Nie chodzi tylko o to, aby wyrosło na człowieka, co często zaznaczają w swoich wypowiedziach entuzjaści klapsów i im podobnych. Chodzi o to, aby wyrosło na człowieka asertywnego, pewnego siebie i przekonanego o własnej wartości i ja tych wszystkich cech nie chcę odbierać dziecku na starcie. Kiedyś słyszałam zdanie, które brzmiało mniej więcej tak - im częściej coś słyszymy, tym bardziej zaczynamy w to wierzyć. Jeśli nie szanujesz czyichś uczuć, nie akceptujesz ich i wymagasz, aby dziecko było w stu procentach podporządkowane i grzeczne to jesteś na najlepszej drodze do tego, aby ukształtować dorosłego, który wciąż ma podcięte skrzydła, czuje się mało ważny, stojący w cieniu. Co prawda naleciałości dawnych przekonań wciąż się przewijają, ale walczę z tym, bo nigdy nie jest za późno, aby stać się lepszym rodzicem. Choć to takie absurdalne, najtrudniej było mi zrozumieć i zaakceptować to, że złość, smutek i gniew są dobre. Jakiś czas temu napisałam tekst My dorośli już tak mamy. Akceptacja czyichś emocji przychodzi nam z trudem. Tam bardziej rozpisałam się na ten temat.

Wiele razy mówiłam - uspokój się, nie płacz, przestań, a przecież to takie naturalne, że jak komuś jest smutno to płacze, jak jest wkurzony to unosi głos. My dorośli umiemy się ograniczać, aby nie narobić sobie wstydu. Mamy pewną granicę, której zazwyczaj nie przekraczamy. Dziecko dopiero uczy się uzewnętrzniać, więc jeśli nie zgadzam się na bajkę w TV, a moje dziecko płacze, już nie mówię - weź przestań, bo przez tydzień Ci nie włączę. Staram się je zrozumieć, bo jest mu po prostu smutno - nie otrzymało czegoś, na czym mu zależało, czuje się rozczarowane. To są normalne uczucia, które targają nami, jeśli czegoś bardzo chcemy, a nie możemy. Nie włączę tej bajki, ale po prostu przytulę, a gdy się uspokoi, to porozmawiamy. Czasem do danego tematu wracam jeszcze po dniu lub dwóch. Nie uznaję odpowiedzi "nie, bo nie".

Histeria zwykle ma drugie dno, którym jest zmęczenie, głód, złość, żal i smutek. Nam zdarza się od czasu do czasu taki płacz o byle Gie, jak to mówią. Na szczęście głównie w domu. Choćby ostatnio o to, że tata w pigułce wyrzucił zużytą gąbkę do śmieci. Nigdy nie wpadłabym na to, że można za czymś takim płakać. Córka w pigułce zrobiła się niegrzeczna, rozgniewana, a na końcu wybuchła trudnym do opanowania płaczem. To nic, że gąbka była już zużyta, była jej, a ktoś ją wyrzucił. Strasznie działało mi to na nerwy. Ale tak sobie pomyślałam, że coś, co jest dla mnie byle Gie, dla kogoś może być bardzo ważne. Nawet jeśli uważam, że to niedorzeczne.

Nie jestem żadnym pedagogiem, psychologiem, nauczycielem. Na swoim blogu nie udzielam porad, a jedynie opisuję, co działa u nas. Jest taki jeden niezawodny sposób na każdą dziecięcą histerię i ten wpis powstał po to, abym mogła się tym sposobem podzielić.

To odczekanie minutki i PRZYTULENIE. I może ktoś powiedziałby, że jestem wariatem. I sama kręcę na siebie bicz. A jednak u nas to działa. Zwyczajne przytulenie i słowa "wiem, rozumiem, czuję...". Cały ten chaos, miotanie się odchodzi w dal. Moja złość, jej złość zostają za plecami. Wiem, że już nie wrócą. Zawiązuje się nic porozumienia. Pamiętaj, tajny kod przytulenia i hasło "wiem, rozumiem, czuję..." - spróbuj, nic nie stracisz przecież. To działa bardziej niż klaps. Bardziej niż krzyk - gdyby ktoś płaciłby mi za krzyczenie, nie musiałabym brać kredytu hipotecznego. Krzyczę. Łatwo wybucham. Równie dobrze mogłabym zamknąć się w łazience i krzyczeć na ścianę albo w stronę wanny. Odkąd to odkryłam, o czym pisałam też we wpisie Mamo, nie krzycz, zaczęłam pracować nad własnym wyrażaniem emocji, no bo tak logicznie rzecz biorąc, nikt nie krzyczy dlatego, że jest przekonany o skuteczności krzyku w procesie wychowania dziecka. Ludzie krzyczą, bo inaczej nie potrafią, a jakoś muszą. Jeśli uważasz, że krzyczenie i klapsy to najlepszy sposób na to, aby mieć grzeczne dziecko to znaczy, że masz ze sobą problem i to Ty potrzebujesz pomocy. Niestety. Ale nie martw się, jest nas więcej takich rodziców krzykaczy. Grunt to po prostu się do tego przyznać, że nie masz racji. Czasem, aby zmienić coś na lepsze, trzeba zapomnieć o wszystkim, co dotychczas znałaś/eś, i budować na nowo swoje przekonania. Gdybym miała opisać uczucia, które targają człowiekiem w chwilach rodzicielskiej bezsilności, przypominałyby długi łańcuch. Jeśli na złość zareaguję złością, otrzymam złość, no to jeszcze jedno ogniwo złości dołożę. Jeśli zrobię coś całkiem przeciwnego, nie będzie z czego budować tego łańcucha. Jeśli przytulę, zaczniemy łączyć go od nowa z całkiem innych ogniw.

Odkąd wysnułam swoje wnioski dotyczące ujarzmiania dziecięcej histerii, strasznie mnie razi, gdy ktoś chwali się pogrożeniem, straszeniem czy jest przekonany o słuszności swoich poglądów, opierających się na tym, że dziecko ma być posłuszne i się podporządkować - daj spokój, to ci i tak nic nie da, przestać płakać, bo mam tego po samą kokardę. W ten sposób można najwyżej pokazać, że uczucia dziecka w ogóle nas nie interesują. Rozumiemy je, gdy jest szczęśliwe i roześmiane. Gdy złości się i płacze, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście dla jasności napiszę, że moja akceptacja nie oznacza braku reakcji. Rok temu pewnie sama udzieliłabym takiej mało konstruktywnej wskazówki i w dodatku wypowiadałam frazy podobne do tych w kursywie. Na szczęście mam to za sobą. Kilka dni temu ktoś napisał w Internecie, że w przypadku histerii mówi dziecku "Nie wolno płakać...". Dalej nie czytałam, tylko się zdziwiłam, próbując poskładać to wszystko logicznie do kupy. Nie odkryłam, co takiego złego jest w płaczu i dlaczego płacz jest czymś, co najlepiej zabronić. Nie płacz... tylko dlaczego?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Polecany post

Klocki inaczej niż zwykle - 4 pomysły na zabawę

Mamy w domu pewien cenny karton po butach, odkopany kiedyś na strychu. Nie jest to taki zwykły karton, bo w środku znajduje się... uwag...