Kilka słów o królewiczu, który nie chciał gadać z bardzo grubą i bardzo brzydką królewną

Zdjęcie z fanpage Galanta Lala - blog plus size wstawione za zgodą autorki

To był ten późny wieczór, kiedy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zapuściłam dobrą nutę, jednak dźwięki ze słuchawek nie przywołały snu. Wyobrażałam sobie rzeczy, które lubię, że szydełkuję i liczę oczka, że wyemitowali drugi sezon Opowieści Podręcznej, że zdobywam te Rysy, których nigdy się nie udało, że ważę dziesięć kilo mniej i mieszczę się w spodnie z zeszłego roku. Dupa. Odpaliłam sobie fejsa, zerknęłam na aktualności z ulubionych stron i tak trafiłam na bloga Galanta Lala, na którym widniało powyższe zdjęcie z trafnym komentarzem autorki.

Z początku się wkurzyłam, bo kupuję dziecku książki z nadzieją, że niosą jakąś wartość. Nie zawsze mam możliwość i czas przeczytać je od deski do deski przed kupnem. Wielokrotnie dopiero w domu okazuje się, co w nich dokładnie jest. Jedne książki nastawione są na aspekt edukacyjny, inne zawierają nieszkodliwe i wesołe historyjki bez głębszego przekazu, jeszcze inne po prostu rozweselają albo mnożą liczne przemyślenia po przeczytaniu. Każda książka ma w sobie coś, co w jakiś sposób poszerza horyzonty. Jednak pierwszy raz spotykam się z książką dla dzieci, która obudziła we mnie wewnętrzny bunt.

Od jakiegoś czasu próbuję rozmawiać z dzieckiem na temat różności. Tłumaczę, że świat byłby nudny, gdyby wszyscy ludzie wyglądali tak samo. Jedni mają kilka kilogramów więcej, inni mniej. Jedni są wyżsi, inni niżsi. Jedni mają rude włosy, inni czarne. To wszystko jest nieważne, bo liczy się to, co kto ma w serduszku. Czasem rozumie bardziej, a czasem mniej. Jak to dziecko, bywa że taktu w niej za grosz, bo dzieci tak mają, że mówią bez ogródek w sklepie pełnym ludzi - mamo, patrz, ten pan ma kucyk, haha. Jak ja! Albo w autobusie: mamo - czemu masz taki gruby brzuch? Jest tam dzidziuś? Spojrzenia współpasażerów koncentrują się na mojej talii, która pewnie nigdy nie zbliży się kształtem do talii osy, z czym już się pogodziłam. - Nie kochanie, tam nie ma dzidziusia. Tam jest tylko jedzonko. - mówię. Kątem oka widzę, jak młodzian nieopodal, gotowy do ustąpienia miejsca, oddycha z ulgą. Tymczasem jedna mała książeczka mogłaby zniweczyć ten cały mój trud, jeśli pozostawiłabym ją bez własnego komentarza, co w sumie jest dobre, bo dzięki temu można omówić takie trudne sprawy. Trudne, bo rozmowy na takie tematy z 4,5-latką są skomplikowane, uwierzcie. Unikam ich na polu publicznym. Zazwyczaj staram się omówić to z nią, gdy jesteśmy same, na raty, po trochu. To nie tak, że dziecko przychodzi na świat z wrodzoną wrażliwością. Ono musi dojrzeć do empatii. Tak uważam. Staram się jej w tym pomóc, choć wiem, że przed nami jeszcze wiele gaf.

Tylko powierzchowność

Skreślanie znajomości tylko ze względu na wygląd jest płytkie. Wiadomo, że jeśli chodzi o te najbliższe relacje, to każdy ma swój typ i jeśli ktoś nie jest dla nas atrakcyjny to wcale nie znaczy, że obiektywnie taki nie jest.
Z tekstu wynika, że jeśli ktoś jest gruby, to od razu brzydki, tym samym nie jest wartościowy jako człowiek, nie warto go poznawać, nie warto z nim dalej rozmawiać. Dla mnie proste jest jak budowa cepa, że wygląd nie determinuje charakteru i nie można wartościować ludzi na podstawie ich masy ciała. Wiem, że dla niektórych przekaz z tej książeczki jest rzeczywistością. Wiem, że są ludzie, którzy kierują się powierzchownością, dobierając sobie znajomych. Na szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni myślowo. Jakieś 16 kg temu byłam w swoim życiu chuda. Jakieś 28 kg temu byłam w swoim życiu gruba. Weryfikacja moich znajomych dokonała się dzięki temu samoistnie i dziś najbliżej przy sobie mam ludzi, którzy widzą mnie, a nie moje ciało, które na przestrzeni lat różnie się zmieniało. Jeszcze wieki temu w pradawnych czasach bardzo to przeżywałam, ale dziś wiem, że stało się dobrze. Niektóre kompleksy leczę do teraz, ale taki mam charakter, że ze wszystkiego staram się wyciągnąć dla siebie coś dobrego. W tym przypadku nauczyłam się, że ludzie potrafią być dla siebie prawdziwymi chujami, ale to wszystko jest bez znaczenia, bo stamtąd, gdzie widzę ciemność, po prostu wychodzę w stronę światła.

A książę? Książę jest po prostu beznadziejny. Jeśli miałabym dokończyć tę opowieść w afekcie, powstałby królewski melodramat o księciu, który przemierza kolejne równiny i doliny, odwiedza dziesiątki królestw, i tak przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu siwieje, mięsień piwny rośnie w siłę. I żadna królewna go nie chce, czy to plus size, czy minus size, bo choć na miłość nigdy nie jest za późno, to jego czas przeminął i nie jest już młodym, wysportowanym ogierem, jak mu się zdaje. Całe życie oceniał innych powierzchownie, więc czemu ktokolwiek miałby widzieć w nim kogoś więcej, niż tylko podstarzałego rozkapryszonego starego kawalera. 

Jeśli miałabym dokończyć tę historię po dłuższym namyśleniu, uznałabym że książę jest strasznie nieszczęśliwy, bo nikt go nie nauczył, że w życiu ceni się jeszcze inne wartości. Człowiek to nie tylko to, co widzimy. Człowiek jest jak książka. Okładka nie zawsze jest interesująca, czasem i na wstępie powieje nudą, ale potem może się okazać, że to najlepsza książka ever, jaką kiedykolwiek czytałam.

Czekając na księżniczkę. Czekając na księcia.

Kilka lat temu natrafiłam na bardzo fajny tekst. Przytoczę go swoimi słowami tak, jak sobie mniej więcej zapamiętałam, ponieważ nie pamiętam źródła. To historia, którą absolutnie warto przytoczyć.

Bohaterami były cztery osoby -  żona, mąż i ich dwójka samotnych przyjaciół. Koleżanka - niska, przeciętnej urody księgowa. Nigdy nie była w poważnym związku. Gdy przychodziła w odwiedziny, żaliła się, że wciąż jest sama. Lata lecą. Ona już po 30-tce. Zazdrościła im pięknej rodziny. Tego zwyczajnego życia. Zagadywała - może znacie kogoś, takiego jak ja, kto nie ma nikogo. Małżeństwo miało kolegę mechanika - z wyglądu równie przeciętnego, ale pracowitego, z dużym poczuciem humoru, naprawdę fajnego gościa, samotnego jak księgowa. Na pomysł spotkania z ich znajomą zareagował wielkim entuzjazmem.
Księgowa natomiast, po usłyszeniu o spotkaniu z mechanikiem i krótkim przedstawieniu jego cech, obraziła się - pff, nie chcę mechanika! Dajcie spokój. Chciałabym kogoś na stanowisku. Przede wszystkim przystojnego, wysportowanego, bogatego, inteligentnego. 
Spotkanie było już dograne, więc małżeństwo szybko umówiło mechanika z inną koleżanką. Równie zwyczajną, po magicznej 30-tce, niebrzydką, ale też niewyróżniającą się, o średniej budowie, mądrą.
Na drugi dzień koleżanka była zachwycona, bo mechanik okazał się całkiem spoko gościem, ale on był jakiś taki zgaszony.

Na pytania, co właściwie się stało, powiedział - ech, może i ona jest fajna, ale ja marzę o długonogiej blondynce. Ona jest niska i mogłaby zrzucić kilka kilo. Ma za małe oczy. Jest taka zwyczajna. W sumie sympatycznie się gadało, mamy wspólne hobby, wypiliśmy butelkę wina, ale to nie to, więc pożegnaliśmy się. Nie chciałem robić jej nadziei.

Małżeństwo nie mogło zrozumieć, jak to możliwe. Jak to jest, że wszyscy zazdroszczą im udanego życia, rodzinnej sielanki. Tego, że idealnie się dobrali, a przecież żadne z nich nie przypomina modela i modelki, mają nudne prace. Są przeciętni. Zwyczajni.

Każda z tych trzech osób mogła założyć szczęśliwą rodzinę. Żadna z nich tego nie zrobiła, tracąc najlepsze lata swojego życia na poszukiwanie kogoś idealnego i bez skazy, ponadprzeciętnego. Nie oznacza to, że nie powinniśmy mieć żadnych oczekiwań wobec drugiej osoby. Co to, to nie. Jednak przez to, że powierzchowność czasem liczy się bardziej niż to, co pod nią siedzi, możemy pozostać sami na zawsze, bo ideałów najzwyczajniej w świecie nie ma, a jeśli w nie wierzysz, podobnie jak królewicz, spotkasz się z samymi rozczarowaniami.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Polecany post

Nieszczęśliwe od pokoleń - zaskakująca teoria, która może odmienić Twoje życie

Chronicznie nieszczęśliwi. Tak czasem jest. Niby wszystko mają, a najważniejszego ciągle brakuje. Dziesiątki pytań, czego do chol...